Sport.pl

Donald Tusk: Leo jest wielki

- Dla prawdziwego kibica siedzenie w loży VIP to mała atrakcja. Beenhakker powiedział, że mnie rozumie, ale liczy, że zmienię zdanie, gdy Polacy wyjdą z grupy. Zalicytowałem półfinał. Trener uznał to za dodatkową motywację - mówi ?Gazecie? premier Donald Tusk

Dramat w kadrze: jak traciliśmy Błaszczykowskiego

Schetyna: pojedzie na Euro zamiast Tuska



Grzegorz Kubicki, Maciej Drzewicki: Jaki skład wystawiłby pan na niedzielny mecz z Niemcami?

- Gdy w poniedziałek spotkałem się z reprezentacją, trener Beenhakker na ucho powiedział mi parę rzeczy dotyczących składu. Jestem więc jednym z nielicznych, którzy znają jego koncepcję. Ale jej nie zdradzę.

Ale już przed rozmową z selekcjonerem miał pan pewnie w głowie swój skład.

- W bramce nie ma wątpliwości, nr 1 jest Boruc. Obrona to nie miejsce na eksperymenty. W środku Bąk i Żewłakow. Z prawej Wasilewski, z lewej Wawrzyniak. Alternatywą jest Golański, piłkarz prawonożny. Sam nigdy nie próbowałem grać na boku obrony, ale wyobrażam sobie sytuację, w której nie mając umiejętności gry lewą nogą, musiałbym występować po tej stronie boiska. Tragedia.

Wydawało się, że w pomocy mamy czterech pewniaków - Błaszczykowskiego, Lewandowskiego, Dudkę i Krzynówka. Pojawienie się Rogera zburzyło koncepcję, ale daj Boże takie problemy. Gorzej, gdyby brakowało graczy.

Może Roger mógłby zagrać za napastnikiem?

- Pozycja Macieja Żurawskiego jest niepodważalna. I słusznie, bo to prawdziwy kapitan. On zagra w ataku ze Smolarkiem, a Roger będzie superrezerwowym.

Czy Żurawski rzeczywiście ma cechy przywódcy?

- Są różne typy kapitanów. Żurawski nie jest twardzielem, którego wszyscy na baczność słuchają, ale jest inteligentny, lubiany, szanowany. Ma coś, co w polityce nazwalibyśmy miękką charyzmą.

Czy skład, który podał panu na ucho Beenhakker, mocno różni się od pana drużyny marzeń?

- Nie.

W ogóle czy trochę?

- Nie mogę powiedzieć.

Dlaczego nie jedzie pan do Austrii na mecze Polaków?

- Dla prawdziwego kibica siedzenie w loży VIP to mała atrakcja. Beenhakker powiedział, że mnie rozumie, ale liczy, że zmienię zdanie, gdy Polacy wyjdą z grupy. Zalicytowałem półfinał. Trener uznał to za dodatkową motywację.

Na ostatnim mundialu przed spotkaniem z Ekwadorem Kazimierz Marcinkiewicz mobilizował piłkarzy w szatni.

- Piłkarze nie przepadają za politycznymi patronami, nie lubią, gdy ktoś wtargnie do ich świątyni, jaką jest szatnia. Sam jestem piłkarzom amatorem i wiem, co się myśli o ludziach z zewnątrz, którzy wchodzą do szatni, i jakich słów się używa wobec nieproszonych gości. Ja nie chcę się narażać. Podczas ostatniego spotkania z piłkarzami dostałem za to wyjątkowy prezent. Na prośbę Leo Smolarek przyniósł mi koszulkę, w której grał w niedzielę z Danią. Zapytałem też Żurawskiego, czy nie dałby mi buta, w którym przestrzelił karnego, ale nie chciał.

Gdzie pan obejrzy mecze Polaków na Euro?

- Mecze reprezentacji najbardziej lubię oglądać w domu. Zwłaszcza z synem Michałem, bo on też jest zapalonym kibicem. Miałbym trochę wyrzutów sumienia, gdybym byczył się w loży VIP, a Michał oglądał mecz z kolegami w barze w Sopocie. Żona Gosia i córka Kasia nie są profesjonalnymi kibicami, ale przynajmniej podbiegają do telewizora, kiedy pada bramka. I reagują, kiedy ja z Michałem wydajemy z siebie ryk, bo to świadczy o tym, że stało się coś ważnego.

Co jest takiego w Beenhakkerze? Kibice go uwielbiają, ale kiedy rozpoczynał pracę w Polsce, nie narzekał na brak wrogów wśród ludzi polskiej piłki.

- Byłem poirytowany, kiedy pojawiły się obiekcje naszych starych wyjadaczy. Obserwowałem coś, co na co dzień widzę w polityce - strach przed konkurencją, której kryterium jest skuteczność i sukcesy. Wtedy zaczyna ona uwierać tych, którzy się zasiedzieli. Beenhakker to człowiek wielkiego i wyjątkowego formatu. Ma w sobie coś pociągającego, skupiającego uwagę. Ludzie po prostu się z tym rodzą, to dar od Boga. Na ten wizerunek wpływa też życie. Przecież Beenhakker prowadził nawet Real Madryt. To też buduje człowieka. Ale urok osobisty to jedno, a drugie to wyniki. W pierwszej połowie lat 70. byłem rozkochany w Kazimierzu Górskim. Później go poznałem. Nie był charyzmatycznym przywódcą, tylko skromnym, zdroworozsądkowym człowiekiem. Ale miał wielkie sukcesy, które sprawiały, że był traktowany jako ktoś absolutnie wyjątkowy. I słusznie, bo w sporcie chodzi o zwycięstwo. Niektórzy mówią, że w sporcie najważniejszy jest udział, ale ja się z tym nie zgadzam. Liczą się walka i zwycięstwo. Jeśli nie wychodzisz na boisko, by wygrać, to nie zawracaj ludziom głowy. Idź uprawiać jogging.

To trochę jak w polityce?

- Podobnie. W polityce też jest konkurencja, liczy się zwycięstwo, skuteczność w realizowaniu celu. Wracając do Beenhakkera. Było mi przykro, że niektórzy rzucili się na niego tylko dlatego, że miał sukcesy. Chcieli dobić tego, który jest najlepszy.

Za cztery lata mistrzostwa Europy mają być w Polsce. Zdążymy?

- Mówiąc wprost: gdybyśmy my na miesiąc czy dwa przed mistrzostwami byli tak przygotowani jak Austriacy i Szwajcarzy, to ludzie nie szczędziliby nam krytycznych uwag. Mogę z dużym spokojem powiedzieć, że jestem pewny, iż w 2012 r. bez kompleksów będziemy się mogli porównywać z organizatorami poprzedniej imprezy. Zresztą to nie jest tak, że wszędzie na świecie robią to genialnie. Byłem na meczu Ukraina - Włochy na mundialu w 2006 r. Niemcy pod niebiosa wynosili rozwiązania techniczne zastosowane przy przebudowie stadionu HSV w Hamburgu. Tyle że w dniu meczu usiłowałem do tego stadionu dojechać i nie było to łatwe. Później miałem problem ze znalezieniem parkingu. Skończyło się na postoju na jakimś klepisku.

Z drogami do naszych stadionów nie będzie jeszcze gorzej?

- Drogi muszą być i będą. W przypadku Poznania i Warszawy nie ma problemu, bo tam nowe stadiony powstają w miejscu już istniejących i tam drogi już są. Nie chodzi przecież o miliony ludzi, którzy w ciągu godziny będą się przemieszczać z jednego końca Warszawy na drugi. Zresztą w tak dużej aglomeracji podróżowanie kilkudziesięciu tysięcy ludzi więcej niż zazwyczaj nie jest niczym niecodziennym... Trudniejsze zadanie mają Gdańsk, a zwłaszcza Wrocław, który stawia stadion w szczerym polu. Ale muszą dać radę, pomoc finansową dostały. Przedstawiciele wszystkich miast organizatorów przyznają, że większą, niż się spodziewały.

Stadion Narodowy w Warszawie jako jedyny ma być budowany wyłącznie ze środków budżetu państwa. Tymczasem hasło: "Cały naród buduje swoją stolicę", wszędzie - poza samą stolicą - nie cieszy się popularnością.

- Nie chcę zwalać na poprzedników, chociaż faktem jest, że odziedziczyłem pewien stan rzeczy, a na robienie rewolucji nie było czasu. Gdybyśmy mogli na nowo zaprojektować wydatki, to nie wykluczam, że Stadion Narodowy byłby w Chorzowie tak jak do tej pory. A w Warszawie być może zbudowalibyśmy większy stadion Legii.

Nie przeraża pana to, co się dzieje na naszych stadionach? Dlaczego państwo nie radzi sobie z grupą kilku tysięcy - w skali kraju - bandytów terroryzujących trybuny i miasta?

- Moim zdaniem zaczyna sobie z tym radzić, ale oczywiście wciąż robi to w stopniu niewystarczającym. Po pierwsze - i to nie moja zasługa - bezpośrednia przemoc i awantury na stadionach to jest już właściwie przeszłość.

A bijatyka podczas ostatniego finału Pucharu Polski w Bełchatowie?

- Powiem precyzyjnie: jest tego dużo mniej niż kiedyś. Ale nie zmienia to faktu, że z bandytami - bo nie znoszę neologizmu "pseudokibice" - trzeba walczyć wszelkimi sposobami. Jeśli ktoś idzie na mecz z siekierą czy tasakiem, to jest potencjalnym mordercą, nie kibicem, i tak go należy traktować. Muszę przyznać, że z niepokojem obserwuję reakcje tzw. normalnych kibiców w sytuacji, gdy policja podejmuje zdecydowane działania. Mam wrażenie, że często są to reakcje wręcz wrogie wobec policji.

A nie ma pan wrażenia, że policja nie robi w tej sprawie wszystkiego?

- Generalnie tak jak inne służby publiczne policja niechętnie bierze na siebie systematyczny wysiłek. Przecież to trudne zadanie, które wymaga ciągłej koncentracji, prowadzenia wojny. Pewnie jeszcze trochę czasu minie, zanim tak przebudujemy policję, żeby reagowała na każdy przejaw agresji. Nie dotyczy to tylko meczów piłkarskich. Ogólnie panuje u nas przesadna tolerancja na różnego typu agresję. Jeśli chodzi o piłkę, to chciałbym, żeby skończyć z praktyką, że gość, który uderzył kogoś cegłą czy siekierą, traktowany jest jak kibic i w związku z tym dostaje tylko zakaz stadionowy i kolegium.

Zwłaszcza że ten zakaz nie jest potem egzekwowany.

- Tym bardziej. Niepokojące jest również to, że w niektórych klubach grupa kibiców-bandytów dyktuje warunki. Ta choroba i terapia potrwa dłużej. Naszą ambicją - policji, prokuratury, sędziów i opinii publicznej - jest uznanie, że jeśli ktoś używa siekiery, to nawet jeśli ma szalik klubowy, odpowiada za swoje czyny jak zwykły przestępca. I karą nie mogą być trzy miesiące w zawieszeniu czy nieegzekwowany później zakaz stadionowy. Muszą zacząć zapadać wyroki właściwie dla danego przestępstwa. Ktoś, kto uderza człowieka i może go zabić, musi iść do więzienia, a nie dostawać zakaz stadionowy.

Polskie stadiony są pełne również innych patologii, np. rasizmu. Co pan czuje, czytając, że na stadionie Lechii Gdańsk, której pan kibicuje, w czarnoskórych piłkarzy rzuca się bananami, a na ich widok naśladuje odgłos małpy?

- To strasznie upokarzające. W 2012 r. mamy mistrzostwa Europy, ale jeśli okaże się, że na polskich stadionach wciąż króluje dzicz - jeden daje w mordę, a drugi udaje małpę, jak widzi czarnoskórego piłkarza - to lepiej nie organizować tych mistrzostw. Bo to by oznaczało, że jako naród - nie jako państwo i administracja - nie jesteśmy przygotowani do takiej imprezy. Zachowania rasistowskie na trybunach to nie tylko polska specyfika, choć nie jest to dla mnie żadnym pocieszeniem. Są kraje, gdzie udało się te problemy wyeliminować, np. Anglia, Holandia czy Niemcy. Ale są też takie, gdzie nie poradzono sobie ani z zabójcami, ani z rasizmem. I są to kraje wysoko rozwinięte - jak Włochy czy Hiszpania. W Polsce, niestety, część tych zjawisk zanikać będzie dopiero wraz z ogólnym rozwojem cywilizacyjnym i kulturowym.

Co pan powie normalnym kibicom, którzy z powodu głupoty kilkudziesięciu bandytów nie mogą oglądać meczów swojej drużyny, bo ich stadion jest za karę zamknięty?

- Chaotyczne karanie w polskiej piłce, np. za rozróby na stadionach, szczególnych efektów wychowawczych nie przynosi. Ci, którzy rzucają bananami, wyzywają sędziego, biją się przed czy po meczu, w ogóle nie przeżywają przecież tego, że ich stadion jest zamknięty. Zorganizują sobie "ustawkę" i tam się wyładują. Wiecie, co jest największym problemem? Tolerancja, jaką ludzie zgromadzeni na stadionie okazują grupkom chuliganów. Ja też chodziłem na stadion. Nie byłem świętoszkiem, choć nie byłem też zabijaką. Pamiętam dokładnie, że często tłum tolerował skandaliczne zachowania.

Trudno jednak wymagać od kibiców, by to oni sami brali na siebie utrzymywanie porządku na stadionie - np. sami wyprowadzali awanturujących się chuliganów.

- Nie chcę nawoływać do tworzenia straży obywatelskiej. Mówię tylko o tej w Polsce niemal powszechnej tolerancji dla zachowań nagannych, nie tylko na stadionie. Kumpel w szkole się chwali, że dał komuś wycisk. I co? Wszystko jest w porządku, może nawet zostaje bohaterem. Zastanówcie się, ilu macie wokół siebie ludzi, którzy tolerują naganne zachowania. Nie twierdzę, że mają natychmiast iść do prokuratury. Wystarczy nie dawać swojego przyzwolenia. Tymczasem jest tak, że wielu kibiców, np. Wisły - na co dzień statecznych, spokojnych - na wieść o tym, że ktoś z Cracovii dostał w zęby, odczuwa satysfakcję. Czy to w porządku?

Kto powinien rządzić w PZPN po Michale Listkiewiczu?

- Gdybym był tylko kibicem, powiedziałbym, co na ten temat myślę. Ale jestem też premierem i nie będę wysuwał swoich kandydatów. Chciałbym jednak, żeby władze polskiej piłki składały się w coraz większym stopniu z ludzi przypominających kogoś takiego jak Beenhakker.

A nie uważa pan, że po przyznaniu nam organizacji Euro 2012 rząd stał się zakładnikiem PZPN? Komisarz nie wejdzie do związku, bo zostaniemy wykluczeni przez UEFA czy FIFA i z mistrzostw nici.

- UEFA czy FIFA to gigantyczne przedsiębiorstwa, miliardy euro obrotu. To organizacje, które zazdrośnie strzegą swojej autonomii, na dobre i na złe. Nie pozwalają na ingerencję rządów w wewnętrzne sprawy krajowych związków. Dlatego pozycja prezesów takich związków jest mocna i utrudnia pozytywne zmiany. Z drugiej strony problem naprawienia polskiej piłki jest bardziej złożony. Pamiętacie, kto pierwszy z pozorami niezwykłej energii ruszył naprawiać PZPN? To był minister, który dziś będzie odpowiadał za korupcję.

Przed Tomaszem Lipcem był Jacek Dębski, który też wprowadzał komisarza do związku.

- Tak, ale to tylko potwierdza smutną konkluzję, że w Polsce świat piłki czy sportu w ogóle to nie jest świat aniołów, ludzi, którzy mogliby wykładać etykę na uniwersytetach.

Czy gdyby nie perspektywa Euro 2012, byłby pan skłonny rozważyć wprowadzenie zarządu komisarycznego do związku?

- W tym przypadku nie sprawdza się przysłowie, iż ryba psuje się od głowy. Tu cała ryba jest zepsuta. Jeśli odetniemy jej głowę, okaże się, że reszta też nie najlepiej pachnie. W związku z tym nie podążałbym szlakiem poprzedników - decyzjami spektakularnymi, efektownymi, ale niezbyt skutecznymi. Zastanówmy się, tak z ręką na sercu - co da zmiana prezesa PZPN? Mnie o wiele bardziej interesuje, kto zostanie szefem okręgowego związku piłki nożnej, prezesem klubu niższej ligi w powiecie. Interesuje mnie, jak zbudować mechanizm, który pozwoli ludziom wchodzić do piłki nożnej jako do czystego biznesu, regulowanego standardami dobrego rządzenia.

Czyli nie mamy co liczyć, że następca Listkiewicza, kimkolwiek by był, zagwarantuje dogłębne oczyszczenie polskiej piłki?

- Jestem pewien, że nie. Tego nie da się załatwić jedną spektakularną akcją. To tak jak ze strzyżeniem trawnika - nie wystarczy zrobić to raz. Musi powstać cały zespół ludzi, który uważa za normę uczciwe działanie, trzymanie się pewnych standardów. Dopóki świat piłki w Polsce nie będzie nasycony takimi ludźmi, żadna akcja tutaj nie pomoże. Muszę jednak powiedzieć, że PZPN też zaczyna się zmieniać. Wprawdzie bez entuzjazmu i z wysiłkiem malującym się na twarzach, ale działacze zaczynają dostrzegać nowe standardy. Robią to często nieudolnie, chaotycznie, widać, że nie bardzo wiedzą, co dalej, ale jakieś działania podejmują. Są kary, za korupcję kluby są degradowane. Nawet jeśli daleko do wyjaśnienia wszystkich spraw, to przynajmniej winni już nie mogą spać spokojnie. O to już zresztą zadba prokuratura.

Gdyby nie ona, to PZPN nadal udawałby, że w polskiej piłce korupcji nie ma.

- Pewnie tak.

Loew: Klose w znakomitej formie

Trener Niemców: Moje wspomnienia związane z Polską są...