Nie ma wielu powodów, by wierzyć w awans Polski do ćwierćfinału

Czyż zdobyte przez Greków złoto nie było bardziej nierealne niż nasze jedno skromne zwycięstwo nad Niemcami? - przed meczem Polska - Niemcy pisze Rafał Stec.
To dziś jest ten dzień - Polska - Niemcy Z czuba i na żywo

O 20.45 rola Beenhakkera będzie skończona

Gdyby wiara rzeczywiście przenosiła góry, polscy kibice już dawno wymietliby całe Alpy gdzieś do Patagonii. Właśnie przeżywamy to, co zwykle - im mniej nasi piłkarze umieją, im mniej znaczą na co dzień w wielkim świecie, tym niezłomniej ufamy, że wreszcie nie zawiodą i przywrócą należne nam - znaczy wszystkim Polakom - miejsce na futbolowym szczycie.

Gramy z Niemcami? Z Niemcami, którzy zuchwale jeszcze nigdy nie dali nam wygrać? Tym gorzej dla nich, że nie dali, teraz odcierpią na co zasłużyli. Sukces jest prawie pewny, niezależnie od przeszkód i przeciwności losu. Choćby nasi ludzie mieli zatrzymać pogodzonych antypolskim sojuszem Pelego i Maradonę, choćby mieli strzelać gole wielorękiemu potworowi chroniącemu bramki, choćby trenera przeciwników wspierał superkomputer, który w symultanie całą armię sklonowanych Kasparowów przechytrzył. Taka jest kibicowska natura i taka być musi, racjonalny pesymizm nie pchałby do Klagenfurtu wielu tysięcy ludzi więcej ponad tych, którzy zdołali kupić bilet na mecz.

W żadnym razie nie podśmiewam się ze zbiorowej euforii, a gdybym się nawet próbował podśmiewać, łatwo byście przejrzeli moją hipokryzję. Sam ulegam nastrojowi przedmeczowych chwil, z każdą godziną bliższą pierwszego gwizdka uporczywiej wierzę w Smolarka i Krzynówka, wmawiam sobie, że każdym gestem Beenhakkera zawiaduje papieska nieomylność. Wszystko przychodzi tym łatwiej, że pamięć usłużnie podsuwa obrazy z poprzednich mistrzostw Europy. Czyż Grecy, do cholery, nie mieli świętego obowiązku się na tamtym turnieju nie skompromitować? Czyż zdobyte przez nich złoto nie było bardziej nierealne niż nasze jedno skromne zwycięstwo z Niemcami?

Rozgryzamy taktykę Polaków

Daję upust galopadzie myśli i skojarzeń, desperacko chwytając się każdej potencjalnej szansy, a zarazem zdaję sobie sprawę, że postępuję wbrew logice. Bo nie istnieje wiele powodów, by wierzyć w awans Polaków do ćwierćfinału.

Owszem, na mundialach w 2002 i 2006 roku mieliśmy powody, by oczekiwać wyjścia z grupy. Reprezentację Jerzego Engela na mistrzostwa świata w Korei tworzyli lepsi piłkarze, już defensywę składał on z duetu wybieranego swego czasu na najlepszą parę stoperów w Bundeslidze (Wałdoch, Hajto) oraz gracza, który spędził dekadę w lidze włoskiej (Koźmiński). Reprezentacji Pawła Janasa natomiast wystarczało rozprawić się z bardzo słabymi - biorąc pod uwagę poziom mundialu - przeciwnikami. Ekwadorczycy bywają śmiertelnie niebezpieczni u siebie, w wysokich górach, gdzie płuca nieprzywykłych do rozrzedzonego powietrza rywali dostają za mało tlenu. Gdy wszyscy na boisku oddychają normalnie, okazują się bezbronni. Poza swoim krajem w ostatnich sześciu latach pokonali jedynie dwie drużyny - Polskę oraz Kostarykę, nawiasem mówiąc innego przeciwnika kadry Janasa na MŚ.

Przed oboma mundialami mieliśmy prawo do ostrożnego optymizmu, oba przyniosły klęskę. Teraz, jeśli okiełznać kibicowskie uniesienia i analizować sytuację na zimno, wymagania powinniśmy piłkarzom przedstawiać powściągliwiej. Niemcy - wiadomo, mierzą w złoto. Austriacy - choć słabi, pozostają gospodarzami, czyli dysponują atutem niemal zawsze gwarantującym wyjście z grupy na wielkich turniejach. Wreszcie Chorwaci - wyzywający, niemal impertynencko pewni siebie, naładowani świetnymi meczami kwalifikacyjnymi, grający w mocnych ligach lub przez mocne ligi pożądani, z Luką Modriciem, który dla Tottenhamu był wart więcej niż zagraniczne kluby zapłaciły za wszystkich naszych kadrowiczów. Z naturalnych względów kojarzą się nam bałkańscy rywale z drużyną Kazimierza Górskiego, która pochód po medal MŚ rozpoczęła od wygrania eliminacji również na stadionie Wembley. O czymś jednak zapominamy - Polacy trzy dekady temu na wpół żywi przetrwali angielskie oblężenie, Chorwaci jesienią zgarnęli całą pulę, trzema golami i zwycięstwem sprowadzając na ziemię zarozumiałych wyspiarzy, którzy zawsze są przekonani, że zasługują na mistrzostwo świata. W pewnym sensie zatem piłkarze Slavena Bilicia osiągnęli więcej niż Domarski i spółka wyszarpali na Wembley 35 lat temu.

Polska - Niemcy pozycja po pozycji. Wychodzi 6:6

A jednak, paradoksalnie, drużyna Beenhakkera wylosowała szczęśliwie. Na mistrzostwa Europy nie przyjeżdżają Ekwadory czy Kostaryki i każdą inną grupę ruszającego dziś turnieju wypada uznać, biorąc pod uwagę renomę drużyn i piłkarzy, za teoretycznie mocniejszą i bardziej konkurencyjną od "polskiej". Fachowcy, bukmacherzy i dziennikarze z całego kontynentu dawno rozdzielili role: protagonistami o potencjale gwiazdorskim obwołali Niemców i Chorwatów, dla Austriaków i Polaków zostawiając nieistotne epizody. Ebiego Smolarka tytułują raczej synem legendy niż kandydatem na bohatera imprezy znanym z wzlotów w lidze hiszpańskiej, natomiast uwagę poszukujących talentów wysłanników klubów kierują na Kubę Błaszczykowskiego, którego odebrał nam pech (a od którego styl gry - oparty na dynamicznych zrywach i dryblowaniu bez wytchnienia - wymagałby raczej podwyższonej odporności niż podwyższonej podatności na urazy).

Dla jasności: nie zachęcam nikogo do spuszczenia nosa na kwintę jeszcze przed pierwszym gwizdkiem. Przeciwnie, wolałbym zasugerować, że Euro 2008 może się skończyć dla nas ładnie i dać nam dużo sympatycznych wzruszeń, nawet jeśli piłkarze nie awansują do ćwierćfinału. Byle wreszcie nie wywołali w kibicach uczucia zażenowania, lecz wypocili na austriackich boiskach kilka scen dramatycznych i niezapomnianych, pamiętając, że obok wyniku w sporcie liczy się jeszcze styl. Słowem, niech wreszcie zostawią po sobie dobre wrażenie.

Żurawski: Nie spodziewam się słabej gry Niemców

Ostatnie mundiale zaserwowały najbardziej zaangażowanym fanom widowiska niemal traumatyczne. Im więcej pokładali w piłkarzach nadziei, tym boleśniej przecierpieli klęski poniesione w stylu zawstydzającym. Ekipy Engela i Janasa na festiwale futbolu nowoczesnego przywiozły futbol archaiczny i nie do zniesienia. Torturowały nas prymitywną taktyką, niedowładem kondycyjnym, mentalną niezdolnością do sprostania wyzwaniom rangi mistrzowskiej. Wygrywały dopiero ostatnie grupowe mecze, gdy do wygrania nie zostało już nic.

Dlatego dziś, gdy już punkt wyjścia - umiejętności naszych ludzi i przeciwników - nakazuje zachować dalece posuniętą wstrzemięźliwość, miejmy wobec polskiej kadry wymagania skromniejsze. Niech wytrwa ciut dłużej, niech sprawi, że tym razem w trzecim spotkaniu wciąż będzie czym się denerwować na trybunach i za co umierać na murawie. Niech stylem gry udowodni, że jest pełnoprawnym finalistą mistrzostw, a nie wrzuconym doń przypadkowo obcym ciałem, który zakłóca harmonię całego turnieju.

Ponad półtora roku temu ludzie Beenhakkera zagrali z Portugalią fantastycznie, podarowali nam chyba najpiękniejszy występ reprezentacji w ostatnim ćwierćwieczu. Potem już nigdy nie zbliżyli się do poziomu z chorzowskiego meczu, ale nawet gdyby nie wygrali eliminacji, trochę kibice by im zawdzięczali. Prosimy o jeszcze trochę. Ciut pozytywnych emocji i estetycznych wrażeń. Będzie nam przyjemniej zawzięcie i niewzruszenie wierzyć - po ostatni gwizdek, a nawet dłużej - że sensacyjny Polaków awans do ćwierćfinału jest wbrew logice oraz opinii reszty świata całkiem realny.

Beenhakker: Niemcy się rozwijają małymi kroczkami