Nie trzeba mieć hyzia na punkcie piłki, by mieć hyzia na punkcie kibicowania

I stało się. Piłka poszła, jak mawiają, w ruch. Czyli najbliższe trzy tygodnie mamy z głowy. I dobrze.
Pierwsze dwa mecze za mną i jak na razie bez niespodzianek, co nie znaczy, że bez emocji. Jestem na etapie opracowywania taktyki kibicowania bez wrzasku. Jeśli szybko nie dojdę do perfekcji, dziecko moje rychło nabawi się nerwic i lęków, nie mówiąc już o tym, że nim to nastąpi, któregoś razu niechybnie wyskoczy z łóżeczka. I przyznam szczerze, że kiepsko mi idzie takie kibicowanie.

Było jeszcze jako tako, gdy Czesi grali ze Szwajcarami. Przez cały boży dzień nasłuchałam się w telewizji, że w tym meczu niespodzianek nie będzie, gdyż Szwajcarzy "przez ostatnie dwa lata rozgrywali tylko mecze towarzyskie". Zaś Czesi - wiadomo, niecieńka drużyna. A tu proszę. Żal było tylko patrzeć, kiedy Frei opuszczał boisko, bo niczym sobie na taką karę nie zasłużył. Modelowy przykład sytuacji, w której Amerykanie zwykli mawiać "shit happens". Niestety. I mało brakowało, by jego los podzielił Simao. Kiedy Turek poczęstował go kopniakiem w kolano, zebranej u mnie w chałupie loży kibica wyrwał się okrzyk zbiorowy okraszony mimiką rodem z reklamy "a jaką ty masz minę, kiedy depilujesz nogi". Czesi trochę wymęczyli zwycięstwo na dzielnych Szwajcarach.

Za to Portugalczycy mieli chytry plan rozjechania Turków walcem, ale przeszkadzał im straszliwy niefart. Limit trafień w słupek, poprzeczkę i "o mały włos" przeznaczony na całą fazę grupową wykorzystali w ciągu jednego meczu. Chociaż i tak było wiadomo, że Portugalia wygra, to ze skóry szło wyskoczyć. I jak tu nie kląć jak szewc! Z przyzwoitości nie będę cytować.

Szczęściem dziecię me spało jak zabite wymęczone całodziennym rajdem po sklepach w poszukiwaniu gadżetów kibica. Rany! W życiu nie przypuszczałam, że dane mi będzie jeszcze kiedyś oglądać półki sklepowe wyczyszczone do cna. Normalnie, wszystko było wykupione. Ludzie latali jak w amoku gotowi zabić za to, co jeszcze zostało. Z samego rana zapakowałyśmy się z siostrą i z Helką w naszą nieszczęsną skodzinę i ruszyłyśmy w przekonane, że w dobie kapitalizmu w bród będzie wszystkiego tego, co nam potrzebne, czyli koszulek, czapeczek i takich tam. A tu kicha. Sklep kibica przywitał nas ledwie szalikami, po które w naszej obecności ustawiła się niemała kolejka. Kupiłyśmy choć to. Co było robić - supermarket jedynym ratunkiem. A tam chamstwo, wiocha i szczyty cwaniactwa. Jedyne flagi jakie zostały, to te dodawane do czteropaków pepsi. Każdy jeden rozbebeszony i bez flagi. Niemało czasu zeszło nam na szukaniu takiego, w którym flaga jeszcze była. Żal było chamom 16,99 za cztery butelki. Jak chcieli flagę, a nie lubią pepsi, było kupić i dzieciakom pod blokiem rozdać.

Koniec końców udało nam się upolować tę flagę, dwie chorągiewki na samochód (zdobyte od pani handlującej nimi na poboczu po 10 złotych za sztukę), koszulki dla nas i bodziaka dla Helki. Nawet dziecięce sklepy świeciły pustymi wieszakami po komplecikach kibica.

To tylko dowód na to, że nie trzeba mieć hyzia na punkcie piłki nożnej i być jej superznawcą, by mieć hyzia na punkcie kibicowania, do czego potrzeba znacznie mniejszych kwalifikacji. Postawiłyśmy z siostrą na to drugie. Ale za to z przytupem. W końcu do gotowania, czy też, jak wolą niektórzy - do garów, też mamy spore kwalifikacje. Do meczów była zapiekanka ryżowa i paluszki krabowe z majonezem, jogurtem i pietruszką oraz ciasto. I piwo. Choć konkubent siostry proponował jej wino, co ona skomentowała z właściwym sobie romantycznym obrzydzeniem: "No co ty?? Wino na mecz?".

Dzisiaj będzie sałatka. Zgodnie z obietnicą podaję przepis.

Przygotować należy: kapustę pekińską, dużą podwójną pierś z kurczaka lub dwie mniejsze, puszkę kukurydzy, słoik ogórków konserwowych, mały słoik majonezu i takiż keczupu oraz przyprawę kebab-gyros.

Kapustę pokroić i wymieszać z kukurydzą, z której wcześniej należy wylać wodę. Do tego wrzucić z pięć, sześć pokrojonych ogórków. Kurczaka pokroić i wrzucić na patelnię, a tam wsypać na niego całe opakowanie przyprawy. I tak smażyć aż będzie usmażony. Kiedy to nastąpi wymieszać z kapustą, kukurydzą i ogórkami, dodać majonez i keczup. I gotowe. Do piwa jak znalazł.

Dzisiaj Nasi Najlepsi grają z Niemcami. I choć, jak dowodzą niektórzy, nigdyśmy z Niemcami nie wygrali, to - jak mówią inni - nigdyśmy pod Wiedniem nie przegrali.

Należy przyoblec się w barwy narodowe i kibicować gorąco i z sercem. Tyle możemy dla nich przecież zrobić.

A jeśli wygrają, co jest sprawą pewną, siostra moja postuluje postawienie pomnika Leo Beenhakkera u nas na parkingu i składania pod nim wieńców przy byle okazji. Dopuszcza też możliwość nazwania jego imieniem kilku ulic, nawet jeśli miałoby to skutkować powstaniem skrzyżowania Beenhakkera z Beenhakkera.