Sport.pl

Fruwając pod koszem: Kobe Bryanta można zatrzymać...

Kobe Bryanta można zatrzymać. Pytanie brzmi, czy tylko raz?


Zapraszamy na nasz blog Supergigant.blox.pl, gdzie planujemy prowadzić - tak jak w zeszłym roku - wspólne blogowanie na żywo.



Najfajniejsze od lat finały NBA nie mają wielkich szans w kraju nadwiślańskim, opętanym Euro pandemonią, do której zresztą radośnie dołączamy. Ale, dla tych, którym piłka może nie całkiem zawróciła w głowie, podajemy jeszcze jeden argument na rzecz tego, że warto w środku nocy zwlec się z łóżka, oblać łeb zimną wodą, wypić dwie kawy, poprawić red bullem i włączyć telewizor (albo jak kto woli komputer).

W tych finałach Kobe Bryant nie tylko walczy o swój pierwszy "samodzielny" mistrzowski tytuł.

W tych finałach mierzy się z legendą Michaela Jordana.

Jordana wielbimy przecież nie za podkoszowe ekwilibrystyki, nie za rekordy strzeleckie, nawet nie za szarmancki wąsik, nie za zwycięskie konkursy wsadów - ale za niespotykaną umiejętność zwyciężania i niepoddawanie się presji w najtrudniejszych momentach. To w finałach Jordan zagrał swoje największe mecze, śrubował średnie punktowe, dobijał rywali zagraniami, jakich wcześniej nie widział nikt.

Niesamowita seria trójek w pojedynku z Portland, zakończona najsłynniejszym w historii koszykówki wzruszeniem ramion. 55 punktów w piątym meczu przeciw Phoenix w 1993. Zwycięski buzzer beater w pierwszym meczu finałów 1997. Niezapomniana "Flu Game" w tym samym roku, gdy Scottie Pippen musiał odwodnionego MJ-a niemal znosić z boiska. I wreszcie ów mecz nad meczami, szósty w 1998 roku, z 45 punktami, przechwytem na 17 sekund przed końcem, klapsem w pupę dla Bryona Russella, i podręcznikowym, czyściutkim, najważniejszym rzutem w karierze - który dał Jordanowi szósty mistrzowski pierścień, a fanom - chwilę, której nigdy nie zapomną.

A Kobe? Choć w finałach gra po raz piąty, bohaterem nie został jeszcze ani razu.

Owszem, jego losy potoczyły się inaczej. W 2000 roku, gdy debiutował w finałach, był młodziutkim giermkiem u boku wielkiego O'Neala. I wtedy właśnie zaliczył swój najlepszy chyba finałowy występ - w meczu numer 4, gdy Shaq spadł za faule, a 21-letni Kobe, z obolałą kostką, poprowadził Lakers do wyjazdowego zwycięstwa w dogrywce.

Ale znacznie częściej zdarzały mu się mecze takie jak ten 13 czerwca 2004 roku. Lakers przegrywali 1:2 i, żeby marzyć o odzyskaniu tytułu, musieli mecz numer 4 wygrać. Shaquille O'Neal chyba ostatni raz w życiu zagrał wówczas jak Superman, trafiając 16 z 21 rzutów i rozstawiając wszystkich po kątach. Ale to nie wystarczyło - bo Bryant postanowił zostać bohaterem i raz za razem rzucał z fatalnych pozycji.

Najwyższa średnia punktowa Bryanta w finałach, to 26,8 pkt. (2002 rok). Najniższa Jordana - 27,3 (rok 1996).

Tylko raz udało się Kobemu rzucać w finałach z dobrą skutecznością (powyżej 42 proc.).

Kobe ani razu nie przekroczył 40 punktów. MJ uczynił to sześciokrotnie, a w 1993 roku miał średnią powyżej 40 pkt.

Owszem, te porównania są tendencyjne - Kobe w poprzednich finałach był ledwie drugą strzelbą Lakers. Poza tym był młody i głupi.

Teraz jest duży i mądry.

Ale w pierwszym meczu przeciw Celtom historia się powtórzyła. Bryant trafił tylko 9 z 26 rzutów, a w końcówce - aż strach przyznać - wyglądał na śmiertelnika, którego można pokonać.

Czapki z głów dla obrony Celtics, która opracowała chyba najlepszy możliwy plan obrony przed Bryantem. "Plastry" Kobego zmieniały się co chwila - a to Pierce, a to Allen, a to Posey. Gdy tylko Bryant dostawał piłkę, osaczały go zielone koszulki. Kevin Garnett, w teorii kryjący Lamara Odoma, często zostawiał go samego i wymachując rękami jak wiatrakami, sunął w stronę Bryanta. Drogę do kosza szczelnie zaryglowano, zmuszając Kobego do rzutów z dystansu. To - teoretycznie - dawało szansę Lakersom na rozmontowanie bostończyków wespół w zespół. Ale koledzy Kobego rzucali cegłę za cegłą, a on z czasem coraz rzadziej im podawał.

Po meczu Kobe wzruszył ramionami, stwierdził, że widoczność miał dobrą, tylko piłka nie wpadała do kosza. - Przestrzeliłem trochę króliczków - dodał.

Na króliczkach znamy się słabo, wiemy jednak, że łatwiej trafia się do nich z bliska. Króliczek widziany z 5 metrów jest mniejszy niż taki, którego ma się tuż pod nosem. A w meczu numer 1 Kobe jakby odpuścił sobie wejścia pod kosz (tylko trzykrotnie sfaulowano go przy rzucie).

Trener Phil Jackson bagatelizuje słabszy występ Bryanta. Przecież każdemu się może zdarzyć. A Kobemu ponoć nigdy nie zdarza się dwa razy z rzędu.

Pożyjemy, zobaczymy. Jedno wiemy na pewno. Michael Jordan dałby radę.

Kronika towarzyska - wokół finałów

Przed pierwszym meczem finałów Kobe zebrał kolegów w szatni i odstawił kapitalną motywacyjną mowę. - Moglibyśmy grać z nimi siedem meczów i ich pokonać! Moglibyśmy grać z nimi na Plutonie albo na Marsie i ich pokonać! Jesteśmy lepsi! Nie pomogło, ale co on tak ciągle o tym Plutonie?

W połowie trzeciej kwarty pierwszego meczu Kendrick Perkins zderzył się z Paulem Pierce'em. Pierce upadł i zaczął zwijać się z bólu, trzymając się za kolano. Po chwili koledzy znieśli go z boiska i na wózku inwalidzkim zjechał do szatni. Wyglądało to gorzej, niż kontuzja Alexa Freia w meczu otwierającym Euro. Wydawało się, że wynik finałów właśnie został rozstrzygnięty. Ale nastąpił cud - po pięciu minutach Pierce wrócił, po kontuzji nie było śladu, szybko wrzucił dwie trójki, wyprowadził Celtics na prowadzenie, którego nie oddali już do końca.

Natychmiast pojawiły się porównania z finałami sprzed 28 lat i niesamowitym come-backiem kontuzjowanego Willisa Reeda z New York Knicks na zwycięski mecz nr 7. Ówczesny kolega Reeda z drużyny, dziś trener Lakers, Phil Jackson, nie kupuje tych porównań: - O ile się nie mylę, Willis Reed opuścił pół meczu i potem jeszcze cały mecz. Dostał trzy czy cztery potężne zastrzyki przeciwbólowe w udo, żeby móc wrócić i zagrać. Pierce został zniesiony z boiska, ale już po minucie był z powrotem na nogach. Być może anioły pojawiły się w szatni Celtics podczas przerwy, ale zdaje się, że Paul nawet nie utykał jak wrócił na parkiet. A może w ich szatni przebywa Oral Roberts? Oral Roberts to znany telewizyjny ewangelista chrześcijański.

Pierwszy mecz finałów obejrzało w stacji ABC 13,38 mln widzów. To o 45 proc. więcej niż średnia widownia ubiegłorocznych finałów.

Ciekawostki

Joe Johnson z Atlanty w sezonie zasadniczym trafiał do kosza ze skutecznością 44,2 proc. W playoffs, w meczach przeciwko Bostonowi miał 40,9 proc.

Inny gwiazdor Hawks, Josh Smith, w sezonie zasadniczym rzucał ze skutecznością 45,9 proc. A przeciwko Bostonowi - 39,8 proc.

Lider Cavaliers, LeBron James w sezonie zasadniczym miał skuteczność 48,4 proc.. A w drugiej rundzie playoffs - przeciwko Bostonowi - 35,5 proc.

Gwiazda Pistons, Chauncey Billups, w sezonie zasadniczym trafiał 44,8 proc. rzutów. W Finale Konferencji - przeciwko Bostonowi - 39,4 proc..

MVP ligi, Kobe Bryant, trafiał w sezonie zasadniczym ze skutecznością 45,9 proc.. Ale w dwóch pojedynkach przeciw Celtics trafił tylko 32,6 proc. rzutów. Ciekawe, prawda?

Złota myśl

- Presja? Wolę być pod taką presją, niż pod presją konieczności podjęcia decyzji, który kombinezon nurkowy mam założyć na Bora Bora. Ten od Gucciego, czy ten od Yves Saint Laurenta - Kobe przed drugim meczem finałowym.

"/> Zbigniew Boniek zdradza kulisy pożegnania Piszczka: Piłkarze dogadali się ze Słoweńcami [SEKCJA PIŁKARSKA #29]