Grecja - Rosja 0:1. Mistrz odpadł już po dwóch meczach

Najmniej sensacyjna sensacja w historii futbolu. Mistrzowie Europy Grecy przegrali z Rosją 0:1 i już po dwóch meczach odpadli z turnieju.
To zaskakujące, że akurat w tym meczu padł gol niebanalny, być może najbardziej nietypowy na całym turnieju. Antonios Nikopolidis, bramkarz niespełna 37-letni drużyny, zachował się nierozsądnie jak rozkojarzony uczniak. Niepotrzebnie pobiegł za dośrodkowaną piłką daleko na lewe skrzydło, ale jej nie dopadł. Ubiegł go Siergiej Semak i stojąc tyłem przerzucił ją sobie przez plecy. Upadła tuż przed bramką - pod nogi Żyranowa. Rosjanie prowadzili 1:0.

Albo inaczej: prowadzili przeciwnicy Greków, czyli nastąpił upragniony moment wielbicieli futbolu, który stawia sobie ambitny cel zdobywania bramek. Mistrzowie Europy, co wiemy od 2004 roku, go sobie nie stawiają. Chcą przetrwać.

Tego wieczoru koncept trenera Otto Rehhagela znów spełniał swoje zadanie znakomicie. Zanim padł gol, od patrzenia na boisko bolała głowa, bo wyrafinowanie strategii Greków polega na tym, że nie tylko w ich samych zabija inwencję, ale i czyni analfabetów z przeciwników. Mecz w Salzburgu w swojej początkowej mógłby aspirować do miana rekordowego, gdyby turniejowe statystyki obejmowały liczbę zagrań głową. Piłkarze długo nie chcieli sprowadzić jej na murawę, bo wtedy musieliby się przebijać przez obronne zasieki przeciwnika. Czyli ryzykować. Dlatego woleli dalekie wykopy, podszyte nadzieją, że futbolówka odbije się od właściwej głowy i coś wartościowego z tego wyniknie.

Nie wynikało. Do miana wydarzeń pretendowały incydenty, które zazwyczaj są epizodami dostrzegalnymi dopiero we wnikliwych pomeczowych analizach. Obrońca Giourkas Seitaridis po kwadransie wreszcie dośrodkował z prawego skrzydła, notabene z mizernym skutkiem - wydarzenie. Seitaridis dośrodkował po raz drugi, ostatni - wydarzenie. Patsatzoglou strzelił z dystansu, prawdopodobnie dla formalności, chyba mierzył w rękawice bramkarza Akinfiejewa - tu już prosiło się wręcz o fanfary. To na tyle, jeśli o chodzi o pierwszą połowę w wydaniu greckim.



Kiedy mistrzowie Europy wreszcie się ocknęli, okazało się, że umieją. I mocno strzelić (Karagounis), i utkać sensowne natarcie z kilku podań. Niestety, zebrali się w sobie zbyt a późno, a jak już się zebrali, to i tak Rosjanie odpłacali im się akcjami jeszcze groźniejszymi. Gdyby zachowali trochę zimnej krwi, mogliby obrońcom tytułu wtłuc dalszych pięć-sześć goli. Zwłaszcza wybrany przez UEFA na bohatera wieczoru Roman Pawluczenko, choć rzeczywiście grał dobrze, pudłował na potęgę, co rosyjscy dziennikarze wyjaśnili w prosty sposób: trener Guus Hiddink zagonił go do odchudzania, a ponieważ ładnych parę kilogramów już wypocił, to napastnik Spartaka Moskwa miał siłę tylko na początek każdej akcji. Na finiszu padał już trupem i nad sobą nie panował.

Jego drużyna panowała za to na boisku bezwzględnie. I jeśli pokona Szwecję, trener Guus Hiddink jak zwykle wyprowadzi prowadzoną przez siebie reprezentację poza rundę grupową wielkiego turnieju (uczynił to już z Holandią, Koreą i Australią). Rosjanie przed turniejem w to nie wierzyli - uważali swoich piłkarzy za genetycznie niezdolnych do takich wzlotów. Ich kadra po rozpadzie ZSRR do fazy pucharowej mistrzostw Europy lub świata jeszcze nie awansowała.

A Grecy ? Choć są rozczarowani, pozwolą 69-letniemu trenerowi Rehhagelowi kontynuować swoją misję. Kiedy zdobył złoto ME, większość uznała, że zasłużył na dozgonną wdzięczność i prawo do nieograniczonej liczbie porażek. Stosunek do swojej reprezentacji mają niejednoznaczny. Z jednej strony z niej podkpiwają, mówią np., że dotąd futbol znał drużyny, w których napastnik rzadko dostawał piłkę, bo zbyt słabi partnerzy nie byli w stanie dokopać jej do pola karnego rywali. - My przeprowadziliśmy rewolucję. Mamy na mistrzostwa przywieźliśmy taktykę, w której piłka nie dociera nawet do pomocników - opowiadają.

Ale zarazem złoszczą się, gdy słyszą od całej Europy, że greccy piłkarze zabijają futbol, że dla jego dobra trzeba ich jak najszybciej wyrzucić z turnieju. Rehhagelową reprezentację traktują jak ukochane dziecko, którą rugać mogą tylko oni. Pod stadionem w Salzburgu usłyszałem: - Zabijamy futbol? Kompletne bzdury. Kiedyś niby graliśmy pięknie? Nie, tylko nikt się nami nie zajmował, bo nie zdobyliśmy mistrzostwa Europy. Teraz mamy do końca życia przepraszać, że inni nie umieli z nami wygrać?