Sport.pl

Kubica w Warszawie: Karting to większa radość niż F1

- Najważniejsze w życiu było dla mnie zwycięstwo w mistrzostwach Włoch w kartingu w 1998 roku, a nie Montreal - szokował publiczność w sobotę Robert Kubica, gość Pit Lane Park w Warszawie
Kibice z całej polski wisieli na metalowych barierkach, niemal każdy miał przygotowany aparat fotograficzny. Zatyczki do uszu? Większość nie korzystała. Tylko dzieci miały specjalne nauszniki, które dostały przy wejściu. Muzyka grała coraz głośniej, tak, jakby organizatorzy chcieli potęgować napięcie. Wreszcie, o 12.21 Kubica wyjechał na kilkudziesięciometrowy odcinek "toru" warszawskiego lotniska Bemowo zakończony pętlami. Kierowca BMW Sauber wydobył może 20 proc. mocy swojego bolidu, ale hałas i tak był ogromny. Palenie gumy i kręcenie bączków wytworzyły ryk, dym i swąd, ale właśnie o to chodziło kibicom. Tysiące fanów z bliska poczuło na czym polega moc bolidów F1.

Zapracowany Kubica nie popisywał się długo - po trzech minutach wyskoczył z bolidu i zniknął w garażu. Potem odpowiadał na pytania dziennikarzy.

Czy zwycięski wyścig w Montrealu to pana największy sukces w karierze?

Robert Kubica: - Na pewno najgłośniejsze zwycięstwo, bo Formuła 1 jest najbardziej popularnym sportem samochodowym na świecie. Jednak w mojej osobistej hierarchii wyników wyżej postawiłbym zwycięstwo w kartingowych mistrzostwach Włoch w 1998 roku. Wygrałem je jako pierwszy cudzoziemiec w historii. Objechałem wówczas wszystkich Włochów, którzy byli wtedy i nadal są najmocniejszą nacją, jeśli chodzi o kierowców kartingowych.

To w ilu wyścigach Formuły 1 musi pan zwyciężyć, aby powiedzieć: okej, to jednak w F1 osiągnąłem najwięcej?

- Oj, dużo chyba. Zmieniłem się i jako kierowca, i jako osoba. W Formule 1 ciężko mi będzie dorównać tej radości z osiągnięć, jakie miałem w kartingu. Chociaż to jest możliwe.

Na mecie w Montrealu cieszył się Pan jednak wielką radością. Co szczególnego czuł pan w Kanadzie?

- Cały weekend był w Montrealu był bardzo zmienny. W wyścigu były takie fazy, w których miałem nadzieję, aby skończyć go na piątym, szóstym miejscu. Nawet pomimo to, że prowadziłem, jeśli chodzi o kierowców jadących na dwa tankowania, bo w momencie wyjazdu na tor samochodu bezpieczeństwa sytuacja kierowców z taką strategią stała się bardzo ciężka. Nie było więc łatwo i w ciągu 20 okrążeń straciłem bardzo dużo czasu, jadąc za wolniejszymi kierowcami. A nie mogłem ich wyprzedzić, bo miałem dużo cięższy, zatankowany bolid. Dopiero jak zjechali, mogłem zacząć powiększać przewagę nad Nickiem Heidfeldem. Musiałem odjechać mu na 24 sekundy, odjechałem na 25 w ciągu ośmiu okrążeń. Zjechałem na tankowanie, wróciłem przed kolegą z zespołu i w tym momencie wszystko stało się dużo prostsze.

Te osiem okrążeń było kluczowe. Jechał pan chyba szybciej niż na 100 proc.?

- Rzeczywiście, postawiłem wszystko na jedną kartę. Mogłem wygrać już w Monako, ale miałem trochę pecha, albo może szczęście miał Lewis Hamilton. Wiedziałem, że okazja na wygranie wyścigu nie nadarzy się szybko, ale szczęście się odwróciło. Pojechałem osiem okrążeń kwalifikacyjnych, które bardzo się różnią od okrążeń wyścigowych - te zwykle mają inny rytm, trzeba oszczędzać opony i paliwo. A w kwalifikacjach wyciąga się każdą setną sekundy z kieszeni. Te osiem okrążeń to były moje najszybsze kółka w dotychczasowej karierze w Formule 1. Z drugiej strony 15 ostatnich okrążeń to były najnudniejsze i najwolniejsze fragmenty, bo chodziło tylko o to, aby dojechać do mety.

Jest pan w stanie z tak ogromną precyzją regulować swoje tempo?

- Zależy, co uważamy za precyzję. Gdybym nie miał wyświetlanych czasów okrążeń na kierownicy, to i tak byłbym w stanie wyczuć różnicę 0,2 sekundy na pięciokilometrowym okrążeniu. Normalny człowiek tego nie zarejestruje, ale kierowca wyścigowy czuje, gdzie stracił i ile. Często zdarza się, że w kwalifikacjach popełniam błąd i bez patrzenia na tablice czasów sam mówię zespołowi, że straciłem tyle i tyle. Bardzo rzadko zdarza się, że się w takich sytuacjach mylę.

Jak ocenia Pan pomysł Pit Lane Park?

- To na pewno niemała atrakcja dla kibiców, mimo że bolid Formuły 1 w 100 proc. można zobaczyć i poczuć na torze. Ale jeśli chodzi o zbliżenie się do dyscypliny, wczucie w role pewnych członków zespołu, to Pit Lane Park jest znakomitym miejscem. Duże zainteresowanie jest też oczywiście spowodowane tym, że Polacy nie mają dostępu do takich atrakcji. Niestety, nigdy nie mieliśmy Grand Prix ani kierowcy Formuły 1 i tak naprawdę to F1 jeszcze pięć lat temu oglądała przed telewizorami garstka fanów. Teraz jest to jeden z najbardziej popularnych sportów w Polsce. Ale to się może szybko zmienić, bo wystarczy, że zamiast wygrywać wyścigi, będę 15. i połowa osób nie będzie już oglądała tego sportu.

To jakiś bardzo czarny scenariusz.

- Wszystko się może zdarzyć. Dzisiaj BMW Sauber posiada bolid, w którym można rywalizować i z Ferrari, i z McLarenem, więc mam nadzieję, że taka sytuacja będzie trwała jak najdłużej. Ale w przyszłym roku będą duże zmiany regulaminowe i może się okazać, że zespół z czołówki spadnie do środka stawki.

W czwartek i piątek testował pan na torze pod Barceloną. Co konkretnie sprawdzaliście?

- Testowaliśmy mało ustawień, jeśli chodzi o najbliższe wyścigi, bo konfiguracja toru pod Barceloną jest jednak zupełnie inna niż na Magny-Cours czy Silverstone. Jak zwykle na testach mieliśmy jakieś nowinki, jeśli chodzi o aerodynamikę i podzespoły mechaniczne. Sprawdzaliśmy też pewne sprawy związane z przyszłorocznym regulaminem. Ja oczywiście wolałbym się przygotowywać tylko do dwóch najbliższych Grand Prix, ale zespół musi dzielić obowiązki.

Czy pan jako kierowca spotyka się z inżynierami specjalnie po to, aby zasugerować pewne rozwiązania?

- Kierowca nie buduje bolidu, ma wręcz minimalny wkład w jego powstawanie. Ale jak samochód już jest, to spełniamy dużą rolę, jeśli chodzi o jego ulepszanie i wskazywanie kierunków rozwoju. W tym roku nasz bolid rodził się w bólach, w zimowych testach nie byliśmy tam, gdzie zakładaliśmy, jeśli chodzi o osiągi. Ale właśnie w tych testach każdy członek zespołu wykonał kawał dobrej roboty. Dlatego tak dobrze zaczęliśmy ten sezon, kiedy w pierwszych trzech wyścigach dorównywaliśmy Ferrari i McLarenowi. Ostatnio przewaga tych zespołów trochę wzrosła i to trochę mnie niepokoi. Ale będziemy walczyć.

Walczyć pewnie o mistrzostwo, bo nie wierzymy, że jako sportowiec z krwi i kości powie pan sobie, że nie walczy o tytuł.

- Jako sportowiec i jako kierowca walczę o to, żeby być jak najwyżej. Ale są też fakty i realia - one są trochę mniej optymistyczne niż klasyfikacja indywidualna na dziś. Układ sił może zmienić się bardzo szybko. Może nieznacznie, ale jednak. Ja chcę wyciągać z bolidu tyle, ile potrafię. Mogę być czwarty, szósty, albo drugi - ważne żebym wiedział, że dałem z siebie maksimum.

Czego potrzeba, aby obronić pierwszą pozycję do końca sezonu?

- Lepszego bolidu, szybszej jazdy i lepszych czasów na okrążeniu. Na razie siedem wyścigów pokazało, że dopóki nasi rywale będą mieli problemy, albo ich kierowcy będą popełniać błędy, to my jako najrówniejszy zespół i ja jako najrówniejszy kierowca możemy walczyć. Ale zaznaczam: w Formule 1 z reguły wygrywają najszybsi, a nie ci, którzy zawsze dojeżdżają do mety.

Czy BMW Sauber potrzebuje kierowcy lidera?

- Nie sądzę, bo to zespół, który przede wszystkim stawia sobie za cel dobre miejsce w klasyfikacji konstruktorów. Potrzebne są punkty obu kierowców. Z Nickiem współpracuje mi się dobrze, ale rywalizuję z nim, bo ścigam się przecież z każdym kierowcą stawki.

Niektóre słabsze zespoły skupiają się już na pracy nad przyszłorocznym bolidem. BMW Sauber zrealizowało swój cel na ten rok, czyli wygraną w wyścigu. Na czym powinniście się teraz skupić?

- Plan na ten sezon wykonaliśmy i to przedwcześnie. Ale w F1 nie można nic zaplanować, więc zespoły wyznaczają sobie minimum. Nam się to udało, ale jeśli teraz mamy szansę na wygranie mistrzostwa, to choć będzie to bardzo ciężkie, nie możemy odpuścić. Nie wiadomo, czy za rok, za dwa, trzy lata będziemy mieli kolejną szansę.

Na świecie jest 6 miliardów ludzi, a tylko 20 ludzi ściga się w Formule 1. Czy po tym, co już pan osiągnął, dotarło do pana, jak wielki odniósł sukces?

- Zależy, jak na to spojrzeć. Jeśli przez pryzmat oglądalności i pieniędzy inwestowanych w ten sport, to można o sukcesie mówić. Ale ja patrzę na F1 tak, jak patrzyłem na serie, w których jeździłem do tej pory. Tak naprawdę, to mało mnie obchodzi to, czy jeżdżę w F1 czy Formule 3. Kiedy w 2005 roku po raz pierwszy jeździłem bolidem F1 pod Barceloną, to traktowałem to tylko jako przygodę. Nie myślałem, że dojdę do F1, bo zdawałem sobie sprawę z tego, że pochodzę z kraju bez tradycji wyścigowych i bez Grand Prix - a to przecież pomaga. Trzeba mieć szczęście, a ono się do mnie uśmiechnęło.

Wiadomo, że celem pana startów w F1 jest mistrzostwo świata. Czy zamierza pan się wycofać po jego zdobyciu?

- Ostatnio chodzą plotki o jednym kierowcy, który chce się wycofać [chodzi o Kimiego Räikkönena], więc skoncentrujmy się na nich. Ja mam pewne cele i nie jest sekretem, że nie zagoszczę w F1 na długo. Chociaż plany mogą się zmienić.

Co poradziłby pan młodym kierowcom, którzy chcą zrobić karierę w wyścigach. Wyjazd z Polski czy jeżdżenie w kraju?

- Od pięciu, a nawet 10 lat w Polsce niewiele się zmieniło. Nie ma dobrych warunków do ścigania się, choć może będą. Zawsze powtarzam, że jeśli chcemy mieć dobrych kierowców w sportach motorowych, to musimy zacząć od najmłodszych. To nie jest tak, że bierze się 20-letniego chłopaka, daje mu się auto, trenuje przez trzy lata i czeka na wynik. Trzeba zaczynać od kartingu, a w tą stronę w Polsce mało się robi.

Mówił pan ostatnio, że nie ma co się skupiać na budowie w Polsce toru spełniającego wymogi F1, bo szans na dostanie się do kalendarza praktycznie nie ma. Ale dodał pan także, że większe szanse miałby tor uliczny. Co trzeba byłoby w tym kierunku zrobić i które polskie miasta miałyby szansę?

- Powiedziałem coś innego, ale wystarczy zmienić dwa słowa i cały kontekst się różni. Gdybym ja musiał wydać pieniądze, to nie inwestowałbym w Polsce w tor spełniający wymogi F1. Tory na całym świecie nie żyją z F1, tylko z innych wyścigów. Wiadomo też, że każdy chciałby na takiej inwestycji zarabiać i przecież nikt nie wybuduje sobie prywatnego toru, aby raz na rok przez trzy dni ścigało się na nim 20 kierowców Formuły 1. Tor uliczny zorganizować jest łatwiej, ale polskie drogi są, jakie są.