Fizjolog reprezentacji Polski: Musicie sprinterów nauczyć grać w futbol

Problemem Polaków nie było złe przygotowanie fizyczne, ale brak szybkości. Fizjolog nic na to nie poradzi. Chcecie mieć szybszych piłkarzy, to poszukajcie sprinterów i nauczcie ich grać w futbol - mówi Mike Lindemann.
Polska po Euro: Załamany Boruc, lisie uśmieszki Krzynówka i Żurawskiego

Michał Pol i Robert Błoński: W naszym poczuciu nasi piłkarze byli na Euro 2008 słabsi fizycznie od swoich rywali. To pan odpowiadał za ich przygotowanie, co poszło nie tak?

Mike Lindemann: Nie zgadzam się, że odstawaliśmy fizycznie od rywali. Po każdym meczu dostawaliśmy raporty, ile kilometrów przebiegł każdy zawodnik. Polacy nie ustępowali pod tym względem od Austriaków, Niemców i Chorwatów. Tyle że to za mało, żeby wygrywać mecze, w grę wchodzą jeszcze umiejętności, taktyka, zaangażowanie, głowa. Ale o to pytajcie zawodników, nie mnie.

Ja monitorowałem ich codziennie sprzętem komputerowym, jakiego używają najlepsze kluby. Mówił mi on, w jakiej kto jest formie po meczu, kto i ile musi do siebie dochodzić. I pod tym kątem indywidualnie konstruowaliśmy trening. Jeden potrzebował więcej czasu na odzyskanie siły i sprawności, inni od razu byli gotowi fizycznie do walki. Moim zadaniem było sprawić, żeby każdy zawodnik przystępował do kolejnego meczu z "pełnym bakiem benzyny".

Nasi piłkarze biegali tyle, co rywale, ale wolniej od nich. Nawet nasz najszybszy Ebi Smolarek wolał nie angażować się w pojedynki biegowe. Czemu tak się działo?

- Szybkim trzeba się urodzić. Fizjolog w ciągu trzech tygodni nie sprawi, że ktoś będzie bił rekordy na sto metrów. Tak samo jest u zwierząt. Możesz sprawić, że lew stanie się trochę szybszy, ale nigdy nie dorówna gepardowi. Fizjolog może tylko odrobinę poprawić szybkość zawodnika. A i to tylko tych młodszych, bo już tych po trzydziestce nie.

Ile gepardów mamy w reprezentacji Polski?

- Pół. Niestety, takich macie zawodników, a nie innych. Są silni fizycznie, twardzi, nie boją się ostrej walki, mają żelazną wolę. Ale akurat szybkości im brakuje.

Porównywał pan testy szybkości poszczególnych zawodników z Euro i z eliminacji?

- Nie, bo wiedzieliśmy, że w dwa tygodnie nie poprawimy ich czasów na pierwszych pięciu czy 30 metrach. To niemożliwe. Ćwiczyliśmy agresywne krótkie biegi, start do piłki, ale niewiele dało się zrobić. Sprinter potrzebuje roku, żeby z 12 sekund zejść do 11 sekund. Ale aż sześciu lat, żeby zejść z 11 sekund do 10,5. Więc jeśli chcecie mieć szybszych piłkarzy, to poszukajcie najlepszych sprinterów i nauczcie ich grać w futbol. W drugą stronę to nie działa.

Ale przecież Smolarek zachwycał w eliminacjach szybkością. Gdzie się ona podziała?

- Prosta odpowiedź: kiedy Ebi był zawodnikiem Borussii Dortmund, grał dwa razy w tygodniu i to na najwyższym poziomie. W Racingu Santander w końcówce sezonu wchodził na ostatnie 12 minut. Nic nie dzieje się bez przyczyny. Zobaczcie, Chorwacja wystawiła przeciw nam drużynę B. Ale w ataku zagrali Petrić i Klasnić, którzy regularnie, tydzień w tydzień występują w Bundeslidze. I to na najwyższym poziomie fizycznym i mentalnym, pod presją, bo taki Klasnić w sobotę grał przeciwko Bayernowi Monachium, a w środę w Lidze Mistrzów przeciwko Barcelonie. A polscy piłkarze? Sami wiecie.

Na czym jeszcze polegała pana praca z polską kadrą?

- Starałem się np. przywrócić do zdrowia Mariusza Lewandowskiego. Dostał bardzo mocnego kopniaka w meczu z Niemcami i ledwo chodził przez dwa dni. Ale ma niesamowity charakter, więc się uparł, że zagra z Austrią. Pracowaliśmy do 0.30 w nocy. I zagrał, ale trzeci mecz to już było dla niego za dużo. Nie mentalnie, bo bardzo chciał grać. Ale organizm się zbuntował. Trzeba zresztą było uwijać się wokół wszystkich przed każdym kolejnym meczem. Wobec każdego stosować inny rodzaj treningu.

Nie jest łatwo rozegrać trzy mecze na tak wysokim poziomie w ciągu trzech dni. Naprawdę jestem zadowolony z polskich zawodników. Gdybyśmy zagrali dobrze pierwszą połowę z Austrią, a drugą źle - tak jak Chorwaci - tobym się martwił o ich stan fizyczny i psychiczny. Ale graliśmy dokładnie odwrotnie.

Tajemnica Euro: co się stało z Ebim?

Oceny Polaków po Euro: zero i jedynki