Stec wylicza błędy Beenhakkera

Dziesiątki nazwisk podsuwali reprezentacji Polski znawcy futbolu. A im więcej ich podsuwali, tym bardziej nie nadawały się one na mistrzostwa Europy. Leo Beenhakker miał marne szanse na sukces. Nawet gdyby nie popełnił błędów. A popełnił
Gdyby Beenhakker odszedł...

Jedna z szeroko rozpowszechnionych prawd czyni napastnika niewolnikiem całej reszty drużyny. Pozostaje on ponoć nieuleczalnie uzależniony od podań, bez nich niknie, od siebie nie da drużynie nic, jeśli najpierw sam czegoś nie dostanie.

Nawet pobieżne spoglądanie na boiska Euro 2008 rodzi refleksję odmienną. To drużyna - przynajmniej każda grająca najmodniejszym dziś systemem z jednym snajperem - zależy od napastnika. Od jego ruchliwości, aktywności, nieustającego nękania obrońców i oswobadzania się z ich opieki. Od uporczywej gry bez piłki, by ułatwić jej podanie, od zapału do pracy w obronie, by już na tyłach wroga podkopywać jego ofensywne zapędy. A nade wszystko - od umiejętności gry plecami do bramki i utrzymania piłki tak długo, aż podejdą partnerzy i będzie mógł ją odegrać na flanki etc. Słowem, wzbogacającej warianty ataku. Brak spełniającego powyższe warunki napastnika z klasą drużynę okalecza, czyniąc ją na wpół sparaliżowaną, zdolną co najwyżej do okazjonalnego zagrażania bramce przeciwnika.

Roger wrócił do Polski - pod eskortą kibiców

Polski futbol nie ma żadnego napastnika

Polski futbol go nie wynalazł. Na Euro 2008 przekonaliśmy się, dlaczego Leo Beenhakker desperacko wyciągał za uszy Radosława Matusiaka, dlaczego wciąż w niego wierzył, gdy nikt inny już nie wierzył, i zrezygnował z niego dopiero tuż przed turniejem. Tylko Matusiak - w swoim szczytowym momencie - odpowiadał stylem gry przedstawionemu modelowi. Niestety, okazał się nosicielem choroby trawiącej nawet najlepszych polskich piłkarzy. Wzlatywał epizodycznie. A kiedy musiał podołać poważniejszemu wyzwaniu międzynarodowemu, poniósł klęskę.

Wszyscy inni napastnicy, co do jednego, też ją ponosili. Smolarek w lidze hiszpańskiej strzelał gole wyłącznie słabym i w Santander już go nie chcą. Żurawski wyglądał w Lidze Mistrzów jak przeniesiony z gimnazjalnej klasy wyrównawczej na Oxford. Saganowski w ostatniej chwili uratował się przed spadkiem do trzeciej ligi. Gdy Rasiak rzadko wchodził na boisko angielskiej Premiership, to poruszał się, jakby miał łydki obwieszone workami z piaskiem i zdawał się zdezorientowany, że tak wiele się wokół niego dzieje. Wichniarek zajął jedno z ostatnich miejsc w klasyfikacji "Kickera" oceniającego piłkarzy Bundesligi i również nie strzelił gola nikomu z czołówki. Beznadzieja.

Listę można wydłużać w nieskończoność. Reprezentacji proponowano tłum snajperów, co zrozumiałe - wszyscy grają na zbliżonym poziomie, żaden nie zdobywa bramek w meczach z mocnymi przeciwnikami, żaden prawdopodobnie nie nadawałby się na Euro. Tytuł króla strzelców polskiej ligi jest rekomendacją marną, zdobywali go nawet Stanko Svitlica czy Grzegorz Piechna, którzy w piłkę grać nie umieją. Jeśli definicję napastnika odrobinę zaostrzyć, by dorastała do średnich kryteriów europejskich, zostanie nam jeden wniosek: nasz futbol nie wychował ani jednego. Beenhakker powinien dokonać kopernikańskiego przewrotu i opracować taktykę, w której jest zbędny.

Luk znaleźlibyśmy więcej. Kiedy np. kilka miesięcy temu sondowaliśmy ligowych trenerów o lewonożnych lewych obrońców, potrafili wypocić ledwie trzy nazwiska. Nie nazwiska trzech klasowych graczy, lecz jedyne trzy dostępne - Gancarczyka, Sznaucnera i Lisowskiego.

Kadrowe ubóstwo i chwiejna forma piłkarzy sprawia, że selekcjoner właściwie bez przerwy miałby powody, by drużynę demontować i wymyślać od nowa. Niestety, to niemożliwe. U FIFA nie wybłagamy serii dodatkowych sparingów na prace laboratoryjne, a jakichś stałych punktów podparcia trzeba się trzymać, inaczej reprezentacja utonie w chaosie. Dotyczy to również stabilności taktycznej (najbardziej szalone idee zakładały powrót do gry z dwoma napastnikami - choć nie wystarcza nam mocy na jednego! - i tym samym radykalne osłabienie drugiej linii), dlatego nawet Rogera wprowadzał Beenhakker ostrożnie, choć jego kopnięcia wciągały grę zespołu na wyższy poziom.

Adoptowanie Brazylijczyka to największy selekcjonerski triumf trenera. Wielu krytykowało ten wybór także ze względów sportowych, widząc w nim przeciętnego ligowego kopacza. Tymczasem Roger zagrał na Euro jak wyjęty z innej cywilizacji przedstawiciel wyższego gatunku. Beenhakker znów potwierdził, że widzi więcej. I nie dał powodu sądzić, że popełnił poważne selekcyjne błędy. A jeśli popełnił drobne, to nie mogły one decydująco wpłynąć na wynik.

Polska po Euro: Załamany Boruc, lisie uśmieszki Żurawskiego i Krzynówka

Beenhakker popełnił błędy

Błędy jednak selekcjoner popełnił. Niepotrzebnie powołał do turniejowej kadry Tomasza Kuszczaka. Gdyby nie zabrał, naraziłby się na krytykę totalną, ale właśnie po to najęliśmy obcokrajowca, by niepopularne decyzje podejmował śmiało. Bramkarz Manchesteru fatalnie znosił niską rangę w reprezentacyjnej hierarchii, brzydko się z nią rozstał, a takie niuanse potrafią naruszyć morale grupy mniej wrażliwej na wstrząsy niż polska kadra.

Kompletnie zaniedbał Beenhakker stałe fragmenty gry. I przez całe eliminacje, i w Austrii jego piłkarze wręcz ostentacyjnie nie korzystali z metody na strzelanie goli niebywale dziś popularnej i skutecznej.

Nie trafił selekcjoner z nominacją na kapitana i późniejszym, odpornym na wszelkie argumenty przeciw zaufaniem do niego. Nie zdołał Macieja Żurawskiego zmotywować, jego ulubiony piłkarz zostawił wrażenie, jakby w kulminacyjnym momencie poddał się, uciekł przed wyzwaniem i porzucił kolegów. Tutaj znajduję jednak okoliczność łagodzącą - z korowodu piłkarzy równie miernych napastnik Larissy teoretycznie mógł się wybić, nawet surowy sędzia Zbigniew Boniek widział u niego wszystkie atuty potrzebne do międzynarodowej kariery, a przy kadrowej mizerocie trenerowi niełatwo rezygnować z choćby potencjalnej miniszansy. Poza tym - muszę znów to przypomnieć - nie mógł Beenhakker co rusz wstrząsać reprezentacją, okoliczności i tak zmuszały go do stałych roszad.

Najmocniej jednak Beenhakker rozczarował dwoma publicznymi wypowiedziami. Pierwszą - "cud dał nam awans" - odszedł od własnej strategii uporczywego wmawiania kadrowiczom, że stać ich na wszystko, nawet rozprawianie się z globalnymi potęgami, a przecież zdążył się zorientować, że psyche polskiego piłkarza składa się głównie z kompleksów. Drugą - o utracie wiary w awans do ćwierćfinału po remisie z Austrią - drużynę dodatkowo przydeptał, zamiast dać jej energetycznego kopa. Nazajutrz dementował własne słowa, ale nigdy się nie dowiemy, czy postawa bliższa dawnemu Leo - entuzjastycznemu, tkwiącego wiecznie po jasnej stronie księżyca - nie uratowałaby meczu z Chorwacją. Uratowałaby w tym sensie, że piłkarze wybiegli na boisko naładowani pozytywnym myśleniem i gotowością umierania za awans realny choćby iluzorycznie.

Zespół Beenhakkera gorszy od drużyna Janasa i Engela

Beenhakker powinien zostać albo znajdźmy jeszcze lepszego

Przywołuję ów ostatni mecz, bowiem wobec występu na Euro 2008 wymagania mieliśmy - o czym pisałem w "Gazecie" - skromne. Pierwsze: by ostatnie spotkanie w grupie miało stawkę wyższą niż tradycyjny bój o honor. Drugie: by reprezentacja pozostawiła dobre wrażenie.

Pierwszy cel został osiągnięty, więc mistrzostwa wypadły ciut okazalej niż mundiale w 2002 i 2006 roku. Piłkarze zaczęli turniej od twardej walki z Niemcami, których nie potrafiły pokonać najwybitniejsze generacje naszego futbolu, tymczasem ich poprzednicy narobili sobie wstydu kompromitującym stylem klęsk z Koreą Płd. i Ekwadorem. W drugim spotkaniu ludzi Beenhakkera sekundy dzieliły od zwycięstwa, no i strzelili pierwszego od 1986 roku gola w meczu wielkiego turnieju, który miał znaczenie. Buchalterzy wyrachują co prawda, że na mundialach choć raz udało się wygrać, tyle że okrajanie sportu do suchych statystyk spłyca problem. Polacy poprzednio wygrywali półsparingi, czyli spotkania o honor, w których są mistrzami świata.

Drugiego celu - pozostawienie dobrego wrażenia - nie udało się zrealizować przede wszystkim w ostatnim występie. Tutaj mój żal do Beenhakkera nie dotyczy tylko jego dołującej deklaracji - praktycznie zamykającej turniej - ale ogólnego przeświadczenia, że nie zrobił wszystkiego, by zainspirować piłkarzy do wyplucia z siebie płuc w ostatnim być może w ich karierach występie na ME. Choć, nawiasem mówiąc, ponuro i zarazem kuriozalnie brzmi wniosek, że oni sami z siebie wagi wydarzenia nie pojmowali.

Dlatego znów znajduję dla Holendra okoliczność łagodzącą: spadło na niego więcej nieszczęść niż na jakiegokolwiek selekcjonera na całym Euro 2008. W ostatniej chwili z różnych przyczyn stracił wielu kluczowych w eliminacjach zawodników (Matusiak, Błaszczykowski, Bronowicki, Żurawski), niektóre gwiazdki zgasły (Krzynówek, Smolarek), przed ostatnim meczem padł mu nawet fundament defensywy (Bąk). Aż dziwne, że ten bałagan nie skazał Polaków na klęski boleśniejsze - wielobramkowe i absolutnie bezdyskusyjne.

Dwa lata pracy Beenhakkera dają bilans pozytywny. Chyba nigdy wcześniej reprezentacja nie wygrała tak silnej grupy eliminacji do wielkiego turnieju, a na Euro poniosła porażkę planową (biorąc pod uwagę umiejętności i rynkową pozycję piłkarzy), ale niewpędzającą w czarną rozpacz - jak mundialowe demaskujące skrajną niekompetencję Engela i Janasa. Przyszłość pozostaje niepewna, bowiem od dawna każde kolejne pokolenie naszych futbolistów - pozbawione edukacji na wysokim poziomie - jest słabsze od poprzedniego. O dymisji Holendra byłby sens poważnie rozmawiać, gdybyśmy mieli pieniądze na obcokrajowca z najwyższej półki (musiałby od zera poznawać piłkarzy). I gdybyśmy go namówili.

Polskich pretendentów brak. Starsi zostali wypchnięci już nawet z Orange Ekstraklasy, młodsi (Skorża, Urban, Michniewicz) ledwie liznęli fachu. Zanim położą ręce na reprezentacji, niech awansują do Ligi Mistrzów. Nie udało się od 12 lat i to m.in. dlatego na mistrzostwa Europy Beenhakker mógł wyszukać ledwie kilku piłkarzy choć trochę przywykłych do gry w prawdziwy, nowoczesny futbol, którego w Polsce już dawno się nie uprawia.

Leo wyrzucił z kadry indywidualności

Błędy Beenhakkera:

1. Naruszył wiarę piłkarzy, mówiąc najpierw, że to "cud dał nam awans", a po remisie z Austrią, że nie mamy już szans

2. Kompletnie zaniedbał stałe fragmenty gry

3. Nie trafił z nominacją Żurawskiego na kapitana

4. Powołał Kuszczaka, którego postawa mogła naruszyć morale grupy