Frans Hoek: Premier League byłaby dla Boruca idealna

Jestem pewien, że po tym, co Artur Boruc pokazał na Euro, jest teraz numerem 1 do wzięcia u wielu prezesów klubów - mówi Frans Hoek, holenderski trener bramkarzy w reprezentacji Polski.
Hoek to jeden z najwybitniejszych trenerów bramkarzy na świecie, autor klasycznych podręczników i szkoleniowych kaset wideo. Pracował m.in. w Ajaksie Amsterdam i Barcelonie. Na Euro był asystentem Leo Beenhakkera do pracy z bramkarzami.

Michał Pol i Robert Błoński: Z polskich piłkarzy jeden Artur Boruc może wracać do domu w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku. Jest czołowym bramkarzem Euro 2008, nie przegrał żadnego pojedynku jeden na jeden.

Frans Hoek: Zgadzam się z tymi pochwałami, ale to bardzo niedobry znak, kiedy właśnie bramkarz jest najlepszym zawodnikiem w drużynie. Po części Artur dlatego grał tak fantastycznie, że koledzy zmusili go do pokazania wszystkich umiejętności. Ale te rzeczywiście ma bardzo duże. A zwłaszcza gra jeden na jeden. Uważam, że jeśli bramkarz dobrze się ustawi, a Boruc umie to świetnie, to napastnikowi bardzo trudno strzelić gola. Artur umie przy tym zrobić się naprawdę wielki. I ma niesamowity czas reakcji.

Ale umiejętność wygrywania pojedynków to niejedyna wspaniała cecha Boruca. On w każdym meczu jest podporą drużyny i gwarantem spokoju z tyłu. Wyłapywał dośrodkowania, wybijał strzały z dystansu. Dodawał tym drużynie pewności siebie. Uważam, że lepiej już nie mógł zagrać. Jest wielkim wygranym tego turnieju.

Nie popełnił żadnego błędu?

- Nie da się ich uniknąć. Ale żaden nie kosztował drużyny straty gola ani nawet nie skutkował większym zagrożeniem. Mówimy, że bramkarz może zdobyć punkty dla drużyny, może je stracić albo być bezbarwnym - wybił, co mógł, wpuścił, co musiał. Artur potrafi zdobywać punkty, choć mecz z Austrią skończył się feralnym remisem, to bez Boruca nawet remisu by nie było.

Gdy rozmawiałem z nim po meczu z Chorwacją, powiedział, że z miejsca oddałby te swoje wspaniałe występy za punkty, za awans do ćwierćfinału. To cecha wielkich sportowców.

Czy to nie dobry moment, żeby odszedł z Celticu Glasgow do wielkiego klubu?

- Już Celtic jest fantastycznym klubem. Artur zrobił wielki krok, przechodząc do niego z Legii i tak świetnie się w nim odnajdując. Naturalną konsekwencją byłoby, gdyby teraz pokazał, co potrafi w jeszcze większej drużynie i dużo lepszej lidze. Premier League byłaby dla niego idealna.

I pewnie zmieni klub. Może jeszcze nie zaraz, może za pół roku. Jestem pewien, że po tym, co Artur pokazał na Euro, jest numerem 1 do wzięcia u wielu prezesów. Każdy chciałby mieć w klubie Cristiano Ronaldo. Każdy chciałby Fernando Torresa. I zapewniam was, że spośród bramkarzy każdy chciałby Boruca.

Czy kontrowersyjność Boruca pomaga, czy szkodzi drużynie? Te wszystkie prowokacje wobec kibiców znienawidzonego rywala Celticu?

- Nad etyczną stroną tego, co robi i jak to robi, można dyskutować. Ale nie da się zaprzeczyć, że taką postawą pokazuje swoim kolegom, że niczego się nie boi. Że jest pewny siebie w każdej sytuacji. To im dodaje niesamowitej motywacji.

Był pan rozczarowany słowami Tomasza Kuszczaka, który was, trenerów, oskarżył o swoją kontuzję i wyjazd z Euro.

- Nie wiem do końca, co powiedział. Moją filozofią jest: jeśli masz problem, najpierw powiedz o nim temu, do kogo masz pretensje. Jeśli Tomek miał problem, powinien o nim pomówić ze mną albo Leo Beenhakkerem. Przez cały czas byłem w kontakcie z lekarzem. Uważam, że postępowaliśmy bardzo odpowiedzialnie w sprawie Tomka. Robiliśmy wszystko, żeby każdy piłkarz był jak najlepiej przygotowany do meczu otwarcia, także on. Żal mi go było, że musi wyjeżdżać. Ponieważ my pojechaliśmy do Klagenfurtu, a on do domu, wysłałem mu SMS-a: "Kontuzja na wielkim turnieju to zawsze rozczarowanie, ale jeszcze wiele turniejów przed tobą. Życzę szczęścia i powrotu do zdrowia".

Co odpowiedział?

- Nie odpowiedział. Ale to nie problem, nie musiał. Chciałem, żeby wiedział, że jestem po jego stronie. Zawsze jestem po stronie ambitnego sportowca, który robi wszystko, żeby doprowadzić się do najwyższego poziomu. A tacy właśnie są wasi bramkarze. Polska to raj pełen świetnych, profesjonalnych bramkarzy.

Czy to znaczy, że nadal będzie pan pracował z naszą kadrą?

- Mój kontrakt właśnie wygasł. Świetnie mi się pracowało z tą drużyną. Ale muszę się zorientować, czy jest wola współpracy ze strony Leo Beenhakkera i zawodników. Sam ich o to zapytam. Jestem umówiony z Borucem, "Fabianem" i Wojtkiem Kowalewskim na podsumowanie naszej współpracy, dzień po dniu. Chcę poznać ich opinie co do każdego elementu, który trenowaliśmy.

Co pan sądzi o bramkarzach na Euro 2008? Straszny był ten błąd Petra Czecha w meczu z Turcją...

- Aż mnie zabolało, jak to zobaczyłem. Żal mi go. To taki świetny bramkarz i wszystko to zniweczył jeden błąd, przez który Czechy odpadły z turnieju. Będą mu to pamiętać do końca kariery. Zawsze powtarzam bramkarzom - nie drżyjcie przed popełnieniem błędów, bo ich nie unikniecie. Módlcie się tylko, żeby przydarzyły się nie w kluczowych momentach. Czech miał wielkiego pecha. Gorszego momentu wybrać nie mógł.

Za to Edwin van der Sar radzi sobie świetnie...

- Gra fantastycznie. Ale rozmawialiśmy we wtorek i powiedział mi: "To bardzo zły znak, że mam tu tyle roboty". Wcale go nie cieszy, że cały świat go oklaskuje. Bo co to znaczy? Że jego drużyna zbyt często dopuszcza do zagrożenia. To jest nasze holenderskie myślenie. Gdy zaczynałem pracować jako trener bramkarzy u Johana Cruyffa w Ajaksie, powiedział mi: "Bramkarz wtedy rozgrywa najlepszy mecz, kiedy ani razu nie musi się rzucić na ziemię". Zdziwiłem się. Jak to, a parady, heroiczna obrona? Myślałem, że im bardziej upaprany schodzi bramkarz z boiska, tym jest lepszy. A Cruyff na to, że dobry bramkarz tak umie ustawić swoją defensywę, że nie musi się rzucać za piłką. Van der Sar ma podobną mentalność. Wcale nie chce się popisywać. Chce, żeby jego drużyna wygrywała. Holandia jest dziś moim faworytem do tytułu. Ale co będzie jak w półfinale van der Sar popełni taki błąd jak Czech? Futbol jest nieprzewidywalny.