Sport.pl

Kwestionariusz - Tenis habilitowany

Jest w tenisie coś z nauki? - W ogóle w sporcie jest mnóstwo z nauki. Czasami przybiera to formy karykaturalne, jak na przykład w NRD. Zaryzykowałbym twierdzenie, że dzisiaj bez nauki w ogóle nie ma sportu. Tenis jest świetnym przykładem.
To nauka decyduje o tym jakimi rakietami i piłkami gramy; coraz częściej nauka podejmuje decyzje, czy był aut, czy nie. To strona sprzętowa. Ale istnieje przecież jeszcze zawodnik. Optymalizacja wydolności organizmu jest kluczem do sukcesu. Z bólem muszę powiedzieć, że w Polsce jeszcze z tym słabo, chociaż są już przykłady mądrego wykorzystywania nauki - Małysz, pływacy.

Psychologia jest jedną z tych nauk. 2:1 w setach, 5:1 i 40-0, po drugiej stronie siatki Wojciech Fibak. Dlaczego nie udało się wygrać tego meczu?

- To bardzo znamienne wydarzenie nie tylko z mojego punktu widzenia, ale również Wojtka. Wtedy ta porażka była dla mnie oczywiście wielkim nieszczęściem i bardzo ją przeżywałem. Kiedy jednak patrzę na nią dzisiaj, to z całą odpowiedzialnością twierdzę, że wpłynęła ona pozytywnie na życie nas obu, co Wojtek potwierdza´ w wielu wypowiedziach. Jako stojący u progu kariery ambitny chłopak utwierdził się w przekonaniu, że stać go na wygrywanie z renomowanymi, kilka lat starszymi przeciwnikami. A ja też nauczyłem się wtedy dużo - zrozumiałem, że tenis był w moim życiu jedynie przygodą, która dobiega końca. Byłem dobrym, utalentowanym tenisistą i miałem wszelkie możliwości, aby grać jeszcze lepiej, ale nie byłem w stanie ich wykorzystać. Z jednej strony z powodu braku czasu, bo studiowałem równolegle na dwóch trudnych uczelniach, z drugiej zaś, bo nie miałem chyba w charakterze dostatecznej woli walki i umiejętności bezwzględnego wykorzystywania wszystkich szans, co jest niezbędne do odnoszenia wielkich sukcesów w sporcie. Wtedy miał to Wojtek, dziś ma Agnieszka Radwańska. Sportowcy, którzy zdradzają takie cechy w młodym wieku, powinni być objęci specjalną opieką - to najlepszy zwiastun potencjału na późniejsze sukcesy.

Jakimi rakietami woli pan grać - starymi, drewnianymi, czy współczesnymi?

- Ze smutkiem muszę przyznać, że jestem człowiekiem starej daty. Gram w tenisa klasycznym, ładnym stylem, nie takim agresywnym, jak gra się teraz. Całe swoje sportowe życie używałem rakiet drewnianych i traktowałem to jako rzecz zupełnie naturalną. Oczywiście teraz nie gram już takimi rakietami od lat - czy ktoś je jeszcze w ogóle produkuje?

No to sam pan sobie winien. Przecież w pracy zawodowej zajmował się pan między innymi konstruowaniem rakiet.

- Za dużo powiedziane. Na początku lat 70., niedługo po zrobieniu doktoratu, zakończyłem krajową karierę sportową i wyjechałem na długie stypendium naukowe do RFN. Dla młodego człowieka, który zostawił w kraju dopiero co poślubioną śliczną żonę, taki samotny wyjazd był bardzo frustrujący. Żeby nie zwariować, chodziłem na korty. Siadywałem na trybunach i przyglądałem się, jak grają tamtejsi zawodnicy - a był to początek okresu wielkiej popularności tenisa w Niemczech. Kiedyś nabrałem odwagi, podszedłem do trenera i powiedziałem, że gram chyba lepiej od wszystkich jego zawodników. I tak zostałem zawodnikiem TC Georgsruhe Stuttgart, rozpoczynając drugi, zupełnie niespodziewany okres swojej tenisowej przygody. To był klub drugoligowy, potem grałem w TC Waldau Stuttgart, z którym awansowałem do Bundesligi. Przez pewien czas miałem kontrakt na rakiety Voelkl. Przy jakiejś okazji przedstawiciel tej firmy spytał mnie, czym się zajmuję poza grą w tenisa. Powiedziałem, że modelowaniem matematycznym i symulacją komputerową złożonych zjawisk z różnych dziedzin życia - fizyki, techniki, medycyny. Polega to na tym, że dla określonego, realnego problemu buduje się model matematyczny, a potem, przy zastosowaniu komputerów odpowiednio dużej mocy, robi się symulację tego zjawiska. I rozmówca zapytał mnie wtedy, czy nie podjąłbym się zbudowania modelu rakiety i zrobienia symulacji jej zachowania podczas uderzania piłki. No i zrobiliśmy to. Nie było to pewnie pierwsze, ale na pewno jedno z pierwszych na świecie przedsięwzięć tego typu - zastosowania prawdziwej nauki do projektowania sprzętu sportowego. Dzisiaj to standard.

Pamięta pan swoją pierwszą rakietę?

- Pochodzę z rodziny tenisowej. Mój ojciec był prezesem sekcji tenisowej Legii Warszawa i wiceprezesem Polskiego Związku Tenisowego. Jako mały chłopak chodziłem więc na korty i pierwszą rakietę dostałem oczywiście od ojca. Zacząłem grać jednak stosunkowo późno, później niż wielu moich rówieśników, bo dopiero, gdy miałem chyba 10 lat. W każdym razie pierwszą rakietą był Dunlop Maxply. Mam ją do dzisiaj. I mnóstwo innych starych rakiet, bo nigdy nie miałem sumienia, aby je wyrzucić.

Wszystkich gości tej rubryki pytamy o najlepszy mecz obejrzany "na żywo". W pana przypadku powinien to być najlepszy mecz rozegrany. Pewnie nie ten z Fibakiem?

- Chyba z Ingo Buddingiem, którego pokonałem w meczu ligowym. Był wówczas jednym z najlepszych niemieckich singlistów i w światowej czołówce deblistów.

Pamięta pan wynik?

- Chyba 11:9 w trzecim secie. Tie breaków jeszcze nie było.

Co było pana najmocniejszą bronią na korcie?

- Miałem, i to mi zostało do dzisiaj, bardzo dobry bekhend i znacznie mniej regularny forhend i relatywnie słaby smecz. Serwis, mimo mojego wysokiego wzrostu, raczej średni, natomiast całkiem dobry wolej.

Ogląda pan tenis w telewizji?

- Tak, ale bardzo rzadko całe mecze. Nie mam cierpliwości. Lubię zobaczyć parę gemów i wyrobić sobie opinię, jak kto gra, ale na siedzenie godzinami przed telewizorem szkoda mi czasu. Za wyjątkiem na przykład finałów turniejów wielkoszlemowych. Natomiast z przyjemnością oglądam dobry tenis na żywo - to zupełnie inne przeżycie.

Kogo najchętniej?

- Tak jak kiedyś nie lubiłem tenisistów, którzy grali tylko z tyłu kortu, tak dzisiaj nie lubię grających tenis atomowy. Oni psują wizerunek tego sportu. Jak widzę serwujących 230 kilometrów na godzinę, to od razu mam ochotę ograniczyć serwis do jednego podania. Dlatego tenis kobiecy wydaje mi się dzisiaj bardziej atrakcyjny. A wracając do pytania - najbardziej lubię tenisistów wszechstronnych i dbających o kulturę na korcie. Nie będę chyba oryginalny, jeśli powiem, że kiedyś był to Pete Sampras, a dziś Roger Federer - to dzięki takim jak oni tenis pozostaje tym, czym dla mnie był zawsze - najwspanialszym sportem świata.

Z kim chciałby pan zagrać debla albo miksta dla samej przyjemności?

- Jakiś czas temu miałem okazję grać z Guillermo Vilassem. Prawdziwa satysfakcja! Wojtek Fibak też nie wymaga reklamy, a jeszcze wracają wspomnienia. Z największą chyba przyjemnością gram jednak, jeśli tylko jest w Polsce, z Tadeuszem Nowickim - prawie pięćdziesięcioletnia przyjaźń i wiele wspólnych sportowych przeżyć są czymś niezwykłym.

Pan nauczył żonę grać w tenisa?

- Tak.

Użył pan podstępu, czy jakoś tak wyszło?

- Żona sama miała ochotę, ale kiedy jeszcze uprawiała sport wyczynowo - było to niemożliwe. Gdy tylko zakończyła karierę, od razu zaczęła grać. Ma wyjątkowe uzdolnienia motoryczne, bez nich przecież nie zostaje się rekordzistką świata, zachowała też do dzisiaj ogólną sprawność i sportową sylwetkę, ale ma jednak problem - sposób poruszania się po korcie. Do piłki biega niejako za szybko, jak lekkoatletka, a nie tenisistka. Ale bardzo ładnie odbija. Chyba czasem nawet żałuje, że nie została tenisistką. Moim zdaniem mogłaby być zawodniczką wybitną.

A żona nauczyła pana biegać przez płotki?

- Nie, nawet nie próbowała - chyba nie dostrzegła u mnie predyspozycji.

Spieracie się czasem na temat wyższości tenisa nad lekkoatletyką?

- Nie musimy. Już dawno zgodziliśmy się, że w tenisa można grać w każdym wieku, a biegać przez płotki tylko w trakcie kariery zawodniczej - choćby to świadczy na korzyść tenisa!

--------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Prof. Michał Kleiber

Urodził się 23 stycznia 1946 r. w Warszawie. Jako tenisista grał w drużynie wielokrotnego mistrza Polski - Legii Warszawa. Wybrał jednak karierę naukową. Ukończył Wydział Inżynierii Lądowej Politechniki Warszawskiej oraz Wydział Matematyki, Mechaniki i Informatyki Uniwersytetu Warszawskiego. Jest specjalistą z zakresu mechaniki i informatyki. Pracował przez wiele lat na uniwersytetach w Stuttgarcie, Bochum, Hanowerze i Darmstadt, wykładał także w Berkeley w Kalifornii i w Tokio. Otrzymał doktoraty honorowe na uczelniach w Polsce, Niemczech, Belgii i Wielkiej Brytanii. W latach 2001-05 był ministrem nauki i informatyzacji, a od 1 stycznia 2007 pełni (z wyboru) funkcję prezesa Polskiej Akademii Nauk. Laureat nagrody Kalos Kagathos, przyznawanej za osiągnięcia zawodowe po zakończeniu kariery sportowej.

Żoną Michała Kleibera jest Teresa Sukniewicz - trzykrotna rekordzistka świata, medalistka mistrzostw Europy w biegu na 100 m przez płotki, olimpijka z Meksyku '68, w 1970 roku wybrana najlepszym sportowcem Polski w plebiscycie 'Przeglądu Sportowego'.