Sport.pl

Tenis w Polsce - Odkurzona mistrzyni

Szósta rano. Z zajezdni leniwie wytaczają się niebieskie tramwaje, a ona już trenuje. Ona, czyli Marta Leśniak. A trenuje nie siebie, tylko koleżankę. Kiedyś pokonała Anę Ivanović, Nicole Vaidiszovą, Wiktorię Azarenkę, Michaellę Krajicek. Bez treningów została niedawno młodzieżową mistrzynią Polski w hali. Nigdy nie przeszła na profesjonalizm.
Marta Leśniak urodziła się 15 marca 1988 roku we Wrocławiu. Związanemu ze sportem tacie zależało na zaszczepieniu córce pasji do zdrowego stylu życia, więc gdy mała skończyła trzy latka, zaczęło się wożenie jej po pływalniach, stokach narciarskich i kortach tenisowych.

Stanęło na kortach. Sześcioletnia Marta została przyjęta do klubu, w którym trafiła pod skrzydła Piotra Jamroza. Nie od razu chciano się zgodzić na zapisanie tak młodej osoby, lecz gdy dziewczę w debiucie wygrało turniej, a potem kolejny i jeszcze jeden, sceptykom skończyły się argumenty.

Zawód - czyli rozczarowanie

Po sukcesach w młodszych kategoriach wiekowych (to właśnie wtedy Leśniak wygrała z Ivanović i Krajicek), przyszedł czas na triumfy wśród juniorek. Marta notowana na 31. w świecie pozycji wśród singlistek i 27. w rankingu deblowym. Jej największym osiągnięciem było wygranie turnieju pierwszej kategorii w austriackim Wels. Uporała się tam m.in. z Dominiką Cibulkovą oraz Karin Knapp. W tym samym czasie Polka odnotowała najwyższe miejsce jako seniorka - 445. Wygrała wówczas, jeden po drugim, dwa turnieje z pulami nagród po 10 tysięcy dolarów. Swoim talentem czarowała publiczność w Sopocie: w pierwszej rundzie eliminacji Orange Prokom Open pokonała Alicję Rosolską, a w drugiej prowadziła z Chorwatką Sandą Mamić, gdy odezwała się kontuzja.

Powracające problemy z kolanami były jedną z przyczyn zakończenia kariery. Główny czynnik to jednak pieniądze. Leśniak miała sponsora (Andrzeja Glińskiego), ale nie była zadowolona z tej współpracy. Nie mogła już trenować z Mariną Jagiełło, która najbardziej ukształtowała jej tenis.

Została wysłana do barcelońskiej akademii tenisowej Sanchez-Casal. Teoretycznie brzmi to obiecująco, ale w praktyce ten wyjazd zatrzymał dziewczynę w rozwoju. Na miejscu okazało się, że słynna akademia oferuje dziesięciu trenerów na tysiąc zawodników, na korcie ćwiczy jednocześnie pięć osób i nie ma szans, żeby do kogokolwiek podejść indywidualnie.

Marta przyznaje, że jedynym atutem pracy w Hiszpanii była poprawa kondycji fizycznej (i masy mięśniowej - jak skomentował jeden z trenerów KKT Wrocław). Przy braku wyników i samotnym pobycie w obcym kraju motywacja spadła do poziomu 'kreta na Żuławach' i w efekcie Leśniak zakończyła karierę.

Zawód - czyli profesja

Zaskoczeniem dla fanów tenisa było pojawienie się dobrze znanego, ale już nieco zapomnianego nazwiska wśród zwycięzców marcowych halowych młodzieżowych mistrzostw Polski. Sama zainteresowana również była zdumiona, bo ostatnio gra rzadko, a do Bydgoszczy pojechała jako trenerka swojej koleżanki, która odpadła w pierwszej rundzie. W pięciu meczach Leśniak straciła zaledwie 11 gemów. Słusznie zwraca uwagę, że nienajlepiej to świadczy o kondycji polskiego tenisa.

Choć wrocławianka zaprzecza pogłoskom o powrocie na dłużej, nie wyklucza wykupienia kolejnej jednorazowej licencji na letnie mistrzostwa Polski w Gliwicach. Chciałaby również wystąpić w turniejach ITF organizowanych w naszym kraju, jeżeli nie kolidowałyby z zajęciami na uczelni. Bo Marta, wzorem taty, studiuje na akademii wychowania fizycznego. Pragnie zostać dyplomowaną trenerką tenisa. Sprawę może ułatwić wyjazd do Stanów Zjednoczonych i gra dla jednego z college'ów, gdyż co pewien czas pojawia się dla niej taka oferta.

Dziś jednak bardziej zależy jej na zdobyciu zawodu, niż na powrocie na zawodowe korty, ponieważ na odbudowanie dawnej formy potrzebowałaby dwóch lat. Ze sponsorami krucho, a turystyka tenisowa (czytaj: wyjazd do Turcji w celu odpadnięcia w ostatniej rundzie kwalifikacji) jej nie kręci. Leśniak świat już zwiedziła. Raz wsiadła do pociągu do Genewy zamiast do Genui, a raz z bydgoskiego tramwaju została zgarnięta przez kontrolerów zanim skasowała bilet.

Przed nią jeszcze występy na uniwersjadzie i uczestnictwo w czeskiej lidze. Żal, że tylko tyle. Nawet dzisiaj, gdy zawodniczka stoi na korcie w dżinsach i daje lekcje gry, widać pokłady ogromnego talentu. Zagrywa piłkę w dowolne miejsce bez wysiłku i wesoło uśmiecha się do podopiecznej. I trochę smutniej, gdy rozmowa schodzi na temat Any Ivanović i Nicole Vaidiszovej.