Urszula Radwańska przegrała, ale postraszyła Serenę Williams

Serena Williams posyłała piłki z prędkością ponaddźwiękową, ale 17-letnia Urszula Radwańska się nie przestraszyła i długo stawiała opór jednej z najlepszych tenisistek świata. Ostatecznie przegrała w II rundzie Wimbledonu 4:6, 4:6, ale na pewno zostanie zapamiętana. Nie tylko jako młodsza siostra Agnieszki
U. Radwańska44
S. Williams66
Ivanović wygrywa po horrorze

Olejniczak poległ w I rundzie Wimbledonu

Radwańska i Domachowska spacerkiem w II rundzie debla

Po jednym z nokautujących smeczów Sereny, piłka poleciała w trybuny z taką mocą, że kibice musieli kryć się między krzesełkami. Na szczęście nikt nie został ranny, ale pokaz siły jaki dała Serena Williams na korcie numer dwa robił wrażenie. Nie mniejsze wrażenie na 4 tys. kibiców robił jednak także spokój z jakim na te amerykańskie fajerwerki reagowała 17-letnia Polka, które debiutuje w tym roku w Wielkim Szlemie.

Urszula Radwańska od początku grała mądrze, wiedziała, że wdawanie się w długie, jednostajne wymiany z potężną Sereną, nie ma większego sensu. Polka starała się więc zmieniać rytm i kierunki - posyłała piłki po rogach, by za chwilę zagrać gdzieś pod stopy Amerykanki. Po jednym z lobów Polki Williams o mało się nie przewróciła. Takie były zresztą przedmeczowe założenia, o których mówił trener Robert Radwański. - Widzieliście jak Serena wygląda? Trzeba przegonić ją po korcie - mówił. I Ula tak właśnie starała się grać, a Amerykanka kilkakrotnie dała wytrącić się z równowagi. W pierwszym secie Radwańska odrobiła straty od stanu 1:4 do 4:5 i wydawało się, że będzie miała nawet okazję na wyrównanie, ale wtedy Serena pokrzykiwała jeszcze głośniej, a jej petardy były jeszcze mocniejsze i Polka nie dała rady.

- Urszula, nic się nie stało! - zaśpiewali dla otuchy polscy kibice, których sporo zasiadło na trybunach. I w drugiej partii Radwańska dalej straszyła Serenę mieszając grę i wybijając rywalkę z rytmu - odrobiła m.in. stratę od 0:2 do 2:2. Na twarzach siedzących tuż obok nas ludzi ze sztabu Sereny z mamą Oracene i starszą siostrą Venus na czele, nie malowało się może zwątpienie, ale w kilku momentach musieli naprawdę mocno dopingować faworytkę, która nie radziła sobie z młodą Polką.

O tym, że Ula zagrała z Sereną dobry mecz, może świadczyć choćby to, że ugrała więcej gemów niż w maju Agnieszka Radwańska, która dostała od Amerykanki potężne lanie (3:6, 1:6) w Berlinie. Osiem gemów ośmiokrotnej triumfatorce Wielkiego Szlema udało się też Urszuli ugrać bez tajnej broni, o której mówił dzień wcześniej Robert Radwański. Ula miała bowiem założyć taki sam strój jak Amerykanka i zagrać jej na nerwach. Okazało się jednak, że pomysł trenera nie spodobał się Urszuli, która wolała wystąpić w tym samym stroju, w którym w I rundzie ograła Czeszkę Klarę Zakopalovą wygrywając swój pierwszy w życiu mecz w seniorskim Wimbledonie.

- W drugim secie, Ula przestała serwować. Pierwsze podanie w ogóle jej nie wchodziło. Szkoda, bo pierwszy set był bardzo dobry. Można było spróbować wygrać drugą partię, ale bez serwisu, nie mogło o tym być mowy - mówił po meczu trener Radwański. - Serena miała w pierwszym secie mały kryzys, przestała trafiać, bo Ula wybiła ją z rytmu. Amerykanka zagrała jednak zbyt pewnie. Ona słynie z tego, że czasami wpada w taką niekontrolowany tenisową furię i się gubi. Tym razem wpadła w furię, ale kontrolowaną i zasłużenie wygrała. Z Uli jestem jednak bardzo zadowolony, można nawet powiedzieć, że dumny. Zachowywała się bardzo dobrze, nie zdenerwowała się. Wydoroślała na tym turnieju i to jest najważniejsze. Wimbledon był dla niej udany już po tym pierwszym meczu, bo wreszcie się przełamała i wygrała ważny mecz w dużym turnieju. Z Sereną nie musiała wygrać, ale zostawiła po sobie bardzo dobre wrażenie. Następnym razem będzie lepiej - stwierdził Radwański.

Ula Radwańska dzięki występowi na Wimbledonie dostanie 60 pkt. do rankingu WTA, co pozwoli jej awansować ze 190. w okolice 150. miejsca na świecie. Polka zainkasuje też 17 tys. funtów premii, co jest jej największą premię w dotychczasowej karierze.