Ebi Smolarek - symbol naszego upadku

Na nieudanym Euro nie skończyły się nieszczęścia najlepszego polskiego piłkarza ostatnich lat. Transfer do Toulouse jest kolejnym krokiem wstecz - ocenia komentator Sport.pl i wysłannik na Euro Dariusz Wołowski
Lubański: Polacy na Euro byli mocni tylko w jednym... »

Polacy boją się stawiać na młodzież »

"Co może zrobić napastnik bez podań?" - po żałosnym meczu z Chorwatami Smolarek był wkurzony bardziej niż inni Polacy. Leo Beenhakker posadził go na ławce, wstawiając dopiero w 55. min, tuż po bramce Ivana Klasnica. Częściowo Ebi sam dał sobie odpowiedź, bo był to najlepszy mecz w jego wykonaniu. Nie stał bezczynnie pod bramką jak z Niemcami, ale wracał po piłkę, rozgrywał, kiwał albo strzelał. Przebudzenie przyszło jednak za późno - los drużyny na Euro 2008 był przesądzony. Polacy wracali z mistrzostw na tarczy - Ebi w pierwszym szeregu. Był jednym z tych, którzy najbardziej rozczarowali, nie mając nic wspólnego z świetną grą Artura Boruca, bardzo dobrą Rogera Guerreiro czy nawet przyzwoitą Dariusza Dudki.

Od typowego polskiego gracza Ebiego Smolarka odróżnia wiele. Ze swoim holenderskim wyszkoleniem jest jak absolwent Oksfordu wśród rzesz piłkarzy zapuszczonych technicznie. Przed rokiem, gdy przechodził do Racingu Santander, opinie były zgodne: to jedyny Polak poza bramkarzami zdolny sprostać wymaganiom Primera Division (Roger Polakiem jeszcze nie był).

Na początek Ebi wygrał walkę o miejsce w składzie z Mohammedem Tchite, wicekrólem strzelców ligi belgijskiej, który kosztował niemal dwa razy więcej niż Polak. Ale 4,8 mln euro wydane na Smolarka potwierdzało jego wyjątkowość w naszej piłce. Jesienią, kiedy inni liderzy drużyny narodowej Jacek Krzynówek i Maciej Żurawski wysiadywali na ławkach rezerwowych, Smolarek z Racingiem podbijał jedną z najlepszych lig w Europie.

Efekt było widać w eliminacjach. Ebi zdobył dla Polski dziewięć goli, w tym te pięć ostatnich z Kazachami i Belgami, które były jak pieczęć na przepustce pozwalającej na pierwszy start w finałach mistrzostw Europy. Wydawało się kwestią czasu, kiedy do Racingu zgłosi się z ofertą silniejszy klub. Można też było nawet przestać na to czekać, bo zespół z Santander zamiast bić się o ligowy byt, rozgrywał historyczny sezon.

Wiosną pojawiły się jednak pierwsze powody do niepokoju, bo Polak mało strzelał i coraz mniej grał. Przez 2124 minut, które spędził na boisku w Primera Division, tylko cztery razy trafił do siatki. W dodatku były to bramki zdobywane w meczach z najsłabszymi. Rywale do miejsca w ataku Racingu byli skuteczniejsi: Tchite w 1922 minuty trafił do bramki siedem razy, a nawet nastoletni Ivan Bolado, który grał zaledwie 590 minut, strzelił trzy gole. W tym tego najważniejszego Osasunie, który zapewnił klubowi miejsce w Pucharze UEFA.

Ale kto by się w Polsce martwił kłopotami Ebiego, skoro wszyscy jego koledzy z kadry mieli większe: grali mniej w gorszych klubach i ligach. Nic dziwnego, że podczas Euro 2008 kibice tak bardzo liczyli na bramki Smolarka. Kto miał wziąć odpowiedzialność za drużynę jeśli nie on? Tymczasem drugi wielki turniej w jego karierze zakończył z czystym kontem, ale też poczuciem klęski znacznie silniejszym niż na mundialu w Niemczech. Bo i oczekiwania były bez porównania większe. Wciąż nieuniknione porównanie z ojcem wypada dla Ebiego źle, choć zdobył dla Polski więcej bramek. Włodzimierz Smolarek ma jednak medal mistrzostw świata.

Porażka na Euro 2008 to nie był koniec złych wieści. W Santander zmienił się trener, który uznał, że Ebi nie jest mu potrzebny. Czy to powód do łez, że Polak przeniesie się z Racingu do Toulouse? Oba kluby to przeciętniaki, ale to Racing ma bez porównania lepszy moment. Toulouse ledwo obroniła się przed spadkiem.

W lidze francuskiej nie gra Real Madryt i Barcelona. Kiedy kilka miesięcy temu kontuzja przeszkodziła Smolarkowi w występie na Camp Nou, mówił, że nie rozpacza, bo ma jeszcze trzy lata kontraktu z Racingiem i dość okazji, by zagrać w Barcelonie. Okazało się, że dobry występ Ebiego na Santiago Bernabeu, gdy strzelił w słupek bramki Ikera Casillasa, pozostanie najlepszym wspomnieniem jego gry w jednej z najsilniejszych lig na świecie.

Będzie wyjeżdżał z Hiszpanii jako przegrany. Potraktowano go tam jak przeciętnego polskiego piłkarza. Czy to już ostateczny dowód na to, że nawet jednemu z największych asów drużyny Leo Beenhakkera nie starcza kwalifikacji na średniego gracza Primera Division?

Polacy muszą uciekać z kraju po Euro »

Nie zgadzasz się? Lepiej znasz się na sporcie? Załóż sportowego bloga, bloguj na Blogsport.pl!»