Sport.pl

Euro 2008 a sprawa polska

To mogły być ostatnie mistrzostwa, na których medale dla Rosjan i Turków ktokolwiek uznał za sensację. Co polskiemu futbolowi wróży bardzo źle.
Ebi Smolarek - symbol naszego upadku »

Jeśli premier Władimir Putin osobiście interweniuje, by zapobiec transferowi napastnika Andrieja Arszawina z Zenitu Sankt Petersburg do Barcelony, to w realiach rosyjskiej piłki nożnej nie odnajdziemy modelu idealnego, na którym warto by się wzorować w Polsce. Jeśli turecki parlament potrafi jednym głosowaniem zlikwidować zadłużenie klubów - przecież prywatnych firm, czasem zarządzanych niedbale i wbrew ekonomicznemu rozsądkowi - to znad Bosforu pomysłu na futbol również sobie nie pożyczymy, przynajmniej póki będziemy upierać się przy naśladowaniu najlepszych standardów Unii Europejskiej.

Niekoniecznie musimy też lubić czy choćby akceptować metody konkurencji, ale twardym faktom się nie oprzemy: oba państwa stały się wschodzącymi piłkarskimi mocarstwami, a za nimi czają się następni ambitni.

Do złotej Hiszpanii oraz srebrnych Niemiec nie ma sensu w ogóle się porównywać, finaliści Euro 2008 pochodzą z krajów o wspaniałych tradycjach, wypuszczających pokolenie za pokoleniem świetnych graczy. Rosja, Turcja oraz poprzedni mistrz kontynentu Grecja to zupełnie inna historia. Rosjanie po rozpadzie bloku sowieckiego nigdy - podobnie jak Polacy - nie przetrwali pierwszej rundy wielkiego turnieju, Turków i Greków nasza reprezentacja odprawiała niegdyś po meczach wybitnie przyjemnych w odbiorze, obfitujących w gole wpadające do bramek rywali.

Drzewiecki: Skończył się projekt Euro 2008, a zaczął Euro 2012


Słodkie czasy minęły nieodwołalnie, a dynamiczne zmiany w futbolowej geografii uświadamiają nie tylko wyniki zakończonych ME, które zawsze można wyjaśnić niezwykłym splotem okoliczności. Spójrzmy na rekordowy transfer tureckiego piłkarza oddanego za granicę - oto Trabzonspor za Gokdeniza Karadeniza dostał od Rubina Kazań 8,7 mln euro. Kwota nie szokuje (choć nasi najdrożsi ligowcy - Żurawski, Matusiak i Błaszczykowski - kosztowali około 3 mln), uderza kierunek przepływu pieniędzy. Dotąd fortuna płynęła z Zachodu na Zachód lub z Zachodu na Wschód, teraz zaczęła płynąć ze Wschodu na Wschód. W regionach jeszcze niedawno zacofanych obraca się sumami coraz częściej niedostępnymi dla futbolowej klasy średniej w Niemczech czy we Włoszech, stanowiącymi wielokrotność rocznego budżetu najbogatszych w naszej lidze.

Świat o Polakach: Nie byliście najgorsi na Euro 2008 »

Mistrza kraju Wisły Kraków nie byłoby stać na Karadeniza, nawet gdyby przez cały sezon nie wydała ani grosza na nic więcej, a przecież Rubin Kazań w lidze rosyjskiej należy do przeciętniaków.

Sensacyjni półfinaliści mistrzostw nie dokonali w gruncie rzeczy niczego więcej ponad to, co wyczyniali od jesieni ubiegłego roku. Zenit St. Petersburg sunął po Puchar UEFA z bezceremonialną pewnością siebie, nie zdradzając żadnego respektu dla faworytów. Pokonał Villarreal, Bayer Leverkusen, Olympique Marsylię oraz Glasgow Rangers, a wielki Bayern Monachium znokautował (4:0) w stylu dla naszych drużyn niewyobrażalnym.

Stambulskie Fenerbahce rozbijało się po Lidze Mistrzów. Wygrało z Interem Mediolan, PSV Eindhoven, Sevillą i Chelsea, odpadło dopiero w ćwierćfinale.

W rozgrywkach klubowych również nie zdarzyło się nic przypadkowego. Ba, przyszłość wygląda jeszcze barwniej. Piłkarze Rosji jako jedyni spośród uczestników Euro 2008 pracują na co dzień w kraju, bo wspierani przez polityków oraz oligarchów uśpieni potentaci mogą już konkurować z najpotężniejszymi futbolowymi korporacjami Zachodu. Do niedawna bez opamiętania kupowały wyłącznie kluby moskiewskie, teraz związki z polityczną wierchuszką - prezydentem Putinem oraz Dimitrijem Miedwiediewem - ozłociły Zenit. Za Anatolija Tymoszczuka zapłacił on Szachtarowi Donieck 15 mln euro (znów ten kierunek!), a marzącego o Barcelonie Arszawina nie przykuł do szafki szatni, lecz obiecuje wozić limuzynami i płacić mu 5 mln euro rocznie. A to już dostępna w zaledwie kilku ligach Europy, wzięta z pułapów barcelońsko-manchesterskich.

Oligarchami nie powoduje patriotyczny impuls, lecz konieczność rewanżowania się za dawne przysługi Putinowi. Rosja chce podnosić swój międzynarodowy prestiż poprzez sport. Abramowicz wykłada gigantyczne pieniądze na boiska piłkarskie, by zarabiający 4 mln dol. rocznie trener Guus Hiddink miał na czym budować nowoczesny system szkolenia; Gazprom stoi za nowo powołaną ligą hokejową, która ma rzucić wyzwanie amerykańskiej NHL i jest gotowa oferować gwiazdom 15 mln dol. pensji; aluminiowy magnat Oleg Deripaska ufundował infrastrukturę na zimowe igrzyska w Soczi; rozgrywki siatkarskie ściągnęły nawet najwybitniejszego współczesnego gracza, Brazylijczyka Gibę; w 2018 r. Rosjanie zamierzają zorganizować piłkarski mundial.

Lubański: Polacy na Euro byli mocni tylko w jednym. W gębie! »

Zenit pewnie nie zdystansuje Manchesteru United, CSKA Moskwa nie kupi Cristiano Ronaldo, reprezentacja Rosji nie wygra następnych trzech meczów z Włochami. Ale wyrośnie - właściwie już wyrosła - nam u boku potężna futbolowa wyższa klasa średnia, z którą będą ścigać się Ukraińcy, Turcy, Grecy, Rumuni etc. Na wschód od Odry przybywa konkurencji, która ucieka polskiemu futbolowi tak szybko, jak kiedyś uciekał Zachód.

Fenerbahce oddało brazylijskiego trenera Zico, by zatrudnić - prawdopodobnie - aktualnego mistrza Europy Luisa Aragonesa, jego sieć sklepów z klubowymi gadżetami rozrosła się do 70 placówek, nienasycony prezes Aziz Yildirim podnosi budżet do 200 mln dol. i serio zabiega o pozyskanie Brazylijczyka Adriano z Interu Mediolan (kolejna zmiana kierunku: miliony płyną ze Wschodu na Zachód). Słowem, dziś stambulskie kluby nie potrzebują już łaski parlamentu, by nie zbankrutować. Przeciwnie, płacą państwu gigantyczne podatki.

Panathinaikos Ateny wziął trenera Henka Ten Cate, który poprzednio pracował w Barcelonie, Ajaksie i Chelsea. Olympiakos Pireus wziął Raula Bravo z Realu Madryt, choć Hiszpan w lidze greckiej to było jeszcze przedwczoraj zjawisko równie prawdopodobne jak krokodyl na Akropolu.

Rumuni wysyłają do Ligi Mistrzów Steauę Bukareszt zdolną zatrzymać u siebie piłkarza klasy Mirei Radoia ciągniętego do włoskiej Serie A, reprezentację prowadzi wybitny taktyk Victor Piturca (Polska trenera jego klasy nie miała od dwóch dekad), a ta nie wychodzi z grupy na ME głównie dlatego, że miała pecha trafić na Holandię, Francję oraz Włochy. Stoczyła z nimi zresztą zacięte, wyrównane boje.

W tym samym czasie największe kluby 38-milionowej Polski składają trybunę do trybuny albo stadion wyburzają.

Żaden nie dorobił się okazałego centrum treningowego.

Trener obcokrajowiec wciąż pozostaje wrogiem środowiska, które widzi w nim jedno - zabiera pracę i za dużo zarabia.

Biznesmen entuzjasta Zbigniew Drzymała - jedyny przez wiele sezonów świetnie zarządzający klubem piłkarskim - nie potrafi znaleźć drużyny, w której pozwolą mu zainwestować tzw. kibice.

Na kilka tygodni przed startem ligi nie wiadomo, kto w niej zagra.

Do przejęcia PZPN szykuje się wybitny kiedyś futbolista, który nie ma bladego pojęcia o zarządzaniu i pomysłu na cokolwiek.

Jego obecny prezes nigdy nie przedstawił wizji na przyszłość, ostatnimi laty zajmując się głównie zapewnianiem, że korupcja to taki sobie problemik, choć skala aresztowań i karnych degradacji wskazuje raczej na łapówkarskie skażenie w Europie bez precedensu.

Młodzi trenują byle jak i wyrastają na pseudopiłkarzy, których cenią co najwyżej w drugiej lidze angielskiej, a importowany do reprezentacji przeciętny Brazylijczyk okazuje się niemal jedynym jej graczem z pola godnym mistrzostw Europy. (Na nich notabene będziemy grać już zawsze, bo dobrzy ludzie z UEFA zamierzają je rozdąć do 24 drużyn).

Wszyscy zarazem niecierpliwie czekają na reformę europejskich pucharów, która ma ułatwić awans do Ligi Mistrzów. Ułatwienie polega ponoć na tym, że Wisła, Legia czy inny Lech zagrają w najgorszym razie z Szachtarem Donieck, Fenerbahce lub Zenitem.

Tyle że Szachtar, Fenerbahce lub Zenit stały się dzisiaj dla nas tym, czym kiedyś była Barcelona i Milan. Z dołu straszą inni. W popołudnie przed finałem ME piłkarze Cracovii odpadli w pierwszej rundzie (!) z Pucharu Intertoto, przegrywając 0:3 z bliżej nierozpoznanym Szachtiorem Soligorsk i przechodząc do historii białoruskiego futbolu.

Kilka dni wcześniej trener krakowian Stefan Majewski dziwił się, że selekcjoner Leo Beenhakker już dwa lata temu nie zaproponował mu posady asystenta. Co w tym dziwnego? Pewnie Holender nie chciał koledze po fachu odbierać frajdy z występu w europejskich pucharach.

Nie zgadzasz się? Lepiej znasz się na sporcie? Załóż sportowego bloga, bloguj na Blogsport.pl! »

Polacy zarobili osiem milionów euro na ME »