Sport.pl

Gdzie są liderki kobiecego tenisa?

?The Times" i inne światowe media piszą o kryzysie kobiecego tenisa. - To nie kryzys, ale zmiana warty. W czubie jest miejsce dla Agnieszki Radwańskiej - odpowiada Victor Archutowski, menedżer najlepszej polskiej tenisistki.
Kuzniecowa: Na długo to zapamiętam...  »

Jelena Janković odpadła z Wimbledonu  »

Na cztery dni przed finałem Wimbledonu w turnieju nie ma już pierwszej czwórki na świecie. O półfinał zagrają m.in. 31-letnia Tamarine Tanasugarn i grająca z dziką kartą Chinka Jie Zheng. Radwańska w tym towarzystwie to gwiazda - jest typowana przez bukmacherów do zwycięstwa jako trzecia - po siostrach Williams.

Numer dwa na świecie, czyli Maria Szarapowa przegrywa w II rundzie ze 154. w rankingu Rosjanką Ałłą Kudrawcewą, numer jeden - Ana Ivanović w III rundzie odpada po porażce ze 133. Chinką Jie Zheng, wczoraj z turniejem żegna się numer trzy rankingu WTA Jelena Janković, którą pokonuje 31-letnia Tamarine Tanasugarn z Tajlandii, numer 60. Potem, po meczu horrorze, Radwańska odprawia do domu numer cztery, czyli Kuzniecową. Po raz ostatni na Wimbledonie w ćwierćfinałach kobiet nie było nikogo z pierwszej czwórki w 1927 r., gdy po raz pierwszy w turnieju wielkoszlemowym wprowadzono rozstawienie najlepszych tenisistek.

Pierwsze trzy liderki odpadły w fatalnym stylu. Żadna w ostatnich meczach nie wygrała nawet seta. Szarapowa posyłała metrowe auty i kompletnie poddała się Kudriawcewej, czyli 22. tenisistce w Rosji, córce mistrza olimpijska w zapasach z 1980 r. Ivanović ugrała z Chinką Zheng pięć gemów i wyznała z rozbrajającą szczerością: - W ogóle nie byłam przygotowana do Wimbledonu. Janković po wczorajszej porażce w 1/8 finału z Tanasugarn, która nigdy wcześniej nie przeszła czwartej rundy w Wielkim Szlemie (a gra już po raz 45!), zwalała winę za porażkę na kontuzję, ale prawda jest taka, że nawet kulejąc nie powinna tak łatwo (3:6, 2:6) przegrać z najstarszą tenisistką w całym turnieju. Tanasugarn, która zalała się wczoraj łzami po ostatniej piłce, w 1995 r. przegrała w finale juniorskiego Wimbledonu z Aleksandrą Olszą. W tym towarzystwie Kuzniecowa walcząc przez trzy sety z Radwańską, spisała się najlepiej.

Następna faworytka pokonana w Londynie  »

Ale na pierwszej czwórce pogrom wielkich nazwisk się jednak nie kończy. Także wczoraj, grająca z dziką kartą Chinka Zheng, czyli pogromczyni Ivanović, sprawiła koleją niespodziankę i wygrała z Węgierką Agnes Szavay, rozstawioną z piętnastką. W turnieju nie ma już też Dinary Safiny, Marion Bartoli i Anny Czakwetadze. Mocno trzymają się jeszcze siostry Williams, które uważane są za główne faworytki kobiecego turnieju. Wiele gazet przewiduje, że mogą spotkać się w finale.

"The Times" podsumowuje to co się dzieje w kobiecym tenisie krótko: "To jest kryzys liderek. Otwiera się droga dla nowych nazwisk". Gazeta nie wymienia ich z imienia i nazwiska, ale podkreśla, że liderki są w fatalnej formie i z łatwością można je zaatakować. Ivanović powiedziała, że jest nieprzygotowana do Wimbledonu. I miała rację, bo nie zagrała w tym sezonie żadnego meczu na trawie przed startem turnieju. Podobnie zrobiła Szarapowa. W przeciwieństwie do nich Tanasugarn mozolnie przygotowała się przez trzy tygodnie i nawet zdołała wygrać turniej w holenderskim s'Hertogenbosch. Podobnie zrobiła Radwańska z powodzeniem występując w Eastbourne. "Liderki zapominają, że w tenisie poza kreacją własnego wizerunku liczy się przede wszystkim trening i ciężka praca" - pisze "Times". Brytyjski dziennik podkreśla, że o ile w męskim turnieju zwycięzca będzie musiał wydrzeć tytuł wspinając się na wyżyny, to u kobiet jest on podany na talerzu. To zresztą gra słów, bo puchar za zwycięstwo wśród kobiet to Rosewater Dish i przypomina z wyglądu płaski talerz.

Zresztą w podobnym tonie wypowiadają się inne gazety, nie tylko brytyjskie. - Właśnie napisałem artykuł o kryzysie kobiecego tenisa. Moim zdaniem to jest najgorsza pierwsza dziesiątka od 1997 roku, gdy wygrywała Martina Hingis. Dopiero przyjście sióstr Williams wyciągnęło tenis kobiecy na wyższy poziom. Z turnieju odpadły już wszystkie "glamour girls". Teraz znów nastał czas sióstr Williams. Nie wierzę, żeby ktoś mógł im zagrozić na Wimbledonie - mówi "Gazecie" Charles Brickner, korespondent "South Florida Sun-Sentinel".

- Zgadzam się, że odpadają dziewczyny, które więcej czasu poświęcają na autopromocję niż tenis, ale nie zgadzam się, że to jest kryzys. To po prostu zmiana warty. Wierzę, że w czołówce jest miejsce dla Agnieszki Radwańskiej, tak samo jak było w niej miejsce dla Martiny Hingis. Szwajcarka była wielką mistrzynią, a nie tylko jakimś przebłyskiem. A siostry Williams? Z nimi nigdy nic nie wiadomo. Albo im się chce, albo im się nie che - odpowiada z kolei Victor Archutowski, menedżer sióstr Radwańskich.

Koniec Wimbledonu dla Ivanović  »