Sport.pl

Niezależny, najbogatszy, najsłynniejszy Tour na świecie

Bez najlepszego kolarza świata Alberto Contadora wystartował w sobotę Tour de France, ale na brak popularności nie musi narzekać
Lipcowy wyścig wciąż przyciąga jak magnes. Zapomina się o dawnych grzechach kolarzy. Właśnie mija dziesięć lat temu od wybuchu słynnej afery Festiny, która wywołała lawinę kolejnych, zmiatając po drodze kilka wielkich gwiazd (np. Bjarne Riisa i Jana Ullricha). W ubiegłym roku na znak protestu po wykryciu dopingu u Patricka Sinkevitza niemiecka telewizja publiczna przestała transmitować Wielką Pętlę. W tym roku przysłała jednak własną ekipę, choć na starcie brakuje Andreasa Kloedena, który cztery lata temu był drugi, a rok później trzeci w Paryżu. Mógłby z powodzeniem powalczyć o zwycięstwo w tym roku.

Kloeden jeździ jednak w grupie Astana. Organizatorzy nie zaprosili kazachskiego zespołu, bo większość kolarskiego światka uwiera jego dopingowa przeszłość. Na starcie w Breście zabrakło więc również zwycięzcy sprzed roku Alberto Contadora. Hiszpan to obecnie chyba najlepszy kolarz świata. W tym roku wygrał Giro d'Italia, we wrześniu powalczy o zwycięstwo we Vuelcie.

Kto więc 27 lipca stanie na tle Łuku Triumfalnego ubrany w żółtą koszulkę lidera? Hiszpanie mają zamiast Contadora Alejandro Valverde, zwycięzcę sobotniego, pierwszego etapu. 28-letni mistrz Hiszpanii wygrał w tym roku wyścig Dauphine Libere, pokonując wielkich rywali do końcowego zwycięstwa w Tourze - swojego rodaka Carlosa Sastre i Australijczyka Cadela Evansa. Mocny jest Rosjanin Denis Mienszow, który dwa razy wygrał Vueltę. Wiele się mówi o talencie 23-letniego Luksemburczyka Andy Schlecka i jego brata Francka. Włoch Damiano Cunego poświęcił udział w świętym dla niego wyścigu - Giro d'Italia, by ścigać się o pierwsze miejsce w Tour de France. Pomagać mu będzie Sylwester Szmyd, pierwszy od 2004 roku Polak w Wielkiej Pętli.

Organizatorem Touru jest Amaury Sports Organisation (ASO), potężna sportowa firma, która zarządza największymi francuskimi wyścigami kolarskimi, ale również Rajdem Dakar, paryskim maratonem i turniejem golfowym Open de France.

Od kilku lat ASO znajduje się w konflikcie z Międzynarodową Unią Kolarską (UCI). Nie zgadzała się na jej dyktat i nie akceptowała formuły ProTour, nazwanej dumnie "kolarską Ligą Mistrzów". Na początku tego roku nastąpił przełom. ASO, mimo prób szantażu (kolarze uczestniczący w jej wyścigach mieli być pozbawieni prawa udziału w olimpiadzie czy mistrzostwach świata), zerwało z UCI. Wyścigi francuskiej firmy mają wynajętych przez nich sędziów i kontrolerów antydopingowych. Nie należą już rzecz jasna do ProTour.

W Tour de France kolarze muszą przystać na twarde reguły. Najmniejsza wpadka dopingowa oznacza 100 tys. euro kary. Jeśli próbka A da wynik pozytywny, to w ciągu doby, nie czekając - jak to było do tej pory - na próbkę B, dopingowicza czeka dyskwalifikacja.

ASO bezwzględną walkę z dopingiem traktowało jako jeden z głównych powodów wyjścia spod kurateli UCI, ale prawda jest banalna - zadecydowały pieniądze. Samodzielna władza i organizacja dają większy zysk. Tour de France z roku na rok staje się lepszą maszynką do zarabiania pieniędzy. W tym roku aż 226 miast chciało gościć Tour, mimo że to wydatek rzędu 1,5 mln euro. Tyle że zyski są kilka, a nawet - jak w zeszłym roku w Londynie - kilkadziesiąt razy większe. - Mamy nawet oferty z Budapesztu i Estonii - przyznał dyrektor wyścigu Christian Preudhomme.