Sport.pl

Bobo Kaczmarek: Zobaczyłem wszystko, co najgorsze w polskiej piłce...

- Ja świadkiem koronnym w sprawie korupcji? Musiał to chyba powiedzieć gość, który przeczytał w nocy pod kołdrą cztery rozdziały science fiction - mówi trener Bogusław Kaczmarek
Zagłębie gotowe oddać Ulatowskiego do kadry

Bogusław Kaczmarek był przez dwa lata asystentem Leo Beenhakkera w reprezentacji Polski. W weekend zdecydował się na pracę w Arce Gdynia. Zrezygnował po protestach kibiców 48 godzin później.

Grzegorz Kubicki: Czy zrezygnował pan z pracy w Arce Gdynia dlatego, że kibice w liście do właściciela klubu Ryszarda Krauzego zarzucili panu udział w korupcji?

Bogusław "Bobo" Kaczmarek: Arka jest w trudnej sytuacji. Nie wie nawet, w której lidze zagra, i trener, który ją obejmie, musi mieć czas tylko i wyłącznie na pracę z zespołem. 24 godziny na dobę. Ja takiego komfortu bym nie miał, bo przy okazji musiałbym się jeszcze boksować z ludźmi, którzy próbują mnie atakować. Dlatego zrezygnowałem.

W liście jest napisane, że wątpliwość budzi "próba zatrudnienia trenera, o którym kibice Arki nie mają dobrego zdania, a i jego przeszłość nie jest do końca wyjaśniona". A potem: "nie chcemy, żeby Arka po raz kolejny znalazła się na czołówkach gazet (i to nie w kontekście sukcesów sportowych)".

- Te słowa mnie dotknęły. Rozmawiałem już z prawnikami i jeśli oni uznają, że takie oskarżenia można potraktować jako naruszenie dóbr osobistych i wpływają one na moją reputację w zawodzie, to osoby, które napisały ten list, zostaną pociągnięte do konsekwencji. List był anonimowy, ale jego autorów da się namierzyć.

Na nieoficjalnej liście ustawionych spotkań są dwa mecze zdegradowanego za korupcję Górnika Łęczna z czasów, kiedy pan prowadził ten zespół.

- Łęcznej postawiono jeszcze zarzuty związane z 18 innymi meczami, kiedy już nie ja byłem trenerem.

Ale prowadził pan Górnika w podejrzanych meczach z Górnikiem Zabrze w październiku i Groclinem Grodzisk w listopadzie 2004 r. Pamięta pan te spotkania?

- Górnika prowadził wtedy Liczka. Wygraliśmy 2:0, byliśmy lepsi. A mecz z Groclinem... Rywal stracił Kriżanaca, który dostał czerwoną kartkę. Ale jak mógł jej nie dostać, skoro złapał wpół Nazaruka czy Szałachowskiego, to była jego akcja ratunkowa. Zarzuca się też nam, że w tym meczu strzeliliśmy zwycięską bramkę w doliczonym czasie. Nie w doliczonym, tylko w końcówce meczu. Było 1:1, Groclin chciał wygrać, bo był faworytem. My wyszliśmy z kontrą i nasz zawodnik strzelił bramkę głową w okienko. Nic nie było ustawione, nic o tym nie wiem. W sezonie 2004/05 wcale nie utrzymaliśmy się cudem w ekstraklasie. Zajęliśmy 7. miejsce, byliśmy rewelacją wiosny. Miałem w składzie Kubicę, Szałachowskiego, Bronowickiego. Piłkarzy, których potem brały Wisła i Legia.

Czyli był pan zaskoczony, że Łęczna została potem zdegradowana za ustawianie spotkań?

- Ludzie, którzy się tym zajmowali, zostali już pociągnięci do odpowiedzialności. Mnie nikt nawet nie zapytał o zdanie w tej sprawie, nikt nie sondował, czy coś wiem, czy coś słyszałem...

W środowisku można jednak usłyszeć, że jest pan świadkiem koronnym w sprawie korupcji - nie został pan zatrzymany, bo udziela cennych informacji na temat innych kupujących i sprzedających mecze.

- Totalna bzdura. Pan chyba żartuje. Kto to powiedział? Chyba gość, który przeczytał w nocy pod kołdrą cztery rozdziały science fiction. Brzmi to mniej więcej tak wiarygodnie jak informacja o tym, że reprezentacja Polski kupiła eliminacyjne mecze z Belgią i Kazachstanem... Nie mam żadnej wiedzy na temat korupcji. Przecież gdybym był w nią zamieszany, nawet w najmniejszym stopniu, to czy ktoś pozwoliłby mi pracować z reprezentacją?

Ostatnio w ogóle jest o panu głośno - podjął pan pracę w Arce, a po trzech dniach zrezygnował, wcześniej rozstał się pan z kadrą Beenhakkera. Właściwie to też sam pan zrezygnował. Dlaczego?

- Moja rola się skończyła. Przekazałem Leo swoje doświadczenie, wiedzę, którą nabyłem podczas 25 lat pracy. Chciałem zrezygnować już w grudniu, ale wtedy byłoby zamieszanie przed Euro. Uznałem, że mam już swoje lata, a chciałbym jeszcze popracować w piłce klubowej. Wiem, że nie miałbym szans zostać następcą Leo, nigdy nawet o tym nie myślałem. Chciałem się usunąć w cień, zrobić miejsce innym.

Czy to dobrze, że Beenhakker został, a zwolniono jego asystentów?

- Nie wiem. Ja wykonałem swoją pracę. Już w meczu z Danią, przed mistrzostwami, posłusznie leciałem z Urbanem na trybuny i przez radio przekazywaliśmy swoje uwagi Leo i Dziekanowskiemu. Podobnie było potem na Euro. Zawsze byłem szefem, teraz godziłem się na taką rolę. I starałem się ją wykonać najlepiej, jak umiem.

Kogo teraz widzi pan w roli asystenta - Ulatowskiego, Skorżę, Urbana? A może kogoś innego?

- Leo już wybrał. Murowanym kandydatem jest Ulatowski. Mam tylko nadzieję, że nowy trener nie będzie asystentem dochodzącym, bo tak się mówi. Dochodzący to jest listonosz czy opiekunka do dziecka. Ulatowski robił dla nas obserwację meczu Serbia - Finlandia w eliminacjach. Przedstawił raport, jego uwagi były zbliżone do naszych. Ma jednak małe doświadczenie. Wydawało mi się, że większe szanse na pracę przy Leo ma Dziekanowski.

Uważa pan, że Beenhakker będzie chciał i potrafił wychować następcę?

- To nie jest proste, zwłaszcza kiedy u boku ma się mało doświadczonego szkoleniowca. Leo może więc nie zdążyć.

Co pan sądzi o polskiej myśli szkoleniowej?

- Nie wstydzę się jej. Mamy wykształconych trenerów, którym brakuje jednak kontaktu z Europą. Dlatego trzeba szanować to, że jest z nami Leo, i jak najlepiej to wykorzystać. Nasz kontakt ze światem to dwa ostatnie mundiale i teraz Euro. Czyli jest to kontakt od święta. W pucharach nie istniejemy. Dobrze chociaż, że polscy trenerzy coraz częściej jeżdżą na zagraniczne staże. Ja, zanim zacząłem pracę z kadrą, byłem na 15. Jeździłem wszędzie - Brema, Kijów, Brazylia, cała Holandia. Holandia to dla nas wzór do naśladowania. Na świecie pracuje ponad stu holenderskich trenerów, którzy przekazują wzory ze szkół Ajaksu, PSV i Feyenoordu. My też z tego korzystajmy, bo warto. Poza tym polscy trenerzy nie mają jak wykorzystać swojej wiedzy. Pracowałem w wielu klubach. Tylko w Groclinie i może w Łęcznej miałem dobre warunki do pracy. W Stomilu, Tychach czy Katowicach zobaczyłem wszystko, co najgorsze w polskiej piłce. Treningi na kartoflisku 20 na 30 metrów itp.

A może jednak lepiej, by po Beenhakkerze przyszedł kolejny zagraniczny selekcjoner?

- Nie jesteśmy trenerskimi matołami. Problemem jest zły system i brak warunków do przekazania nabytej wiedzy.