Ulatowski: Beenhakker to człowiek futbolu, stawiam go w jednym rzędzie z sir Bobby Robsonem

Nie miałem żadnych zatargów z polskimi trenerami. Nie podejrzewam więc, że ktoś będzie robił mi pod górę tylko dlatego, że zostanę współpracownikiem Beenhakkera - mówi Rafał Ulatowski.
Chmura: W przygotowaniach do Euro popełniono błąd »

Dlaczego Boruc jest siedem razy za drogi »

Przemysław Iwańczyk: Co łączy Chelsea z Zagłębiem Lubin?

Rafał Ulatowski: Bogaty sponsor (śmiech)...

Chelsea ogłosiła, że Luiz Felipe Scolari został jej trenerem, kiedy ten prowadził jeszcze Portugalię na Euro. Zagłębie na oficjalnej stronie poinformowało, że jest pan asystentem Leo Beenhakkera, ale Holender tego nie potwierdził.

- Jest bardziej znacząca różnica - Scolari podpisał kontrakt, a ja jeszcze nie. Na razie jestem jedynie kandydatem na współpracownika Beenhakkera, który w tym tygodniu ma zdradzić, kto będzie pracował w jego sztabie. Ani PZPN, ani selekcjoner decyzji jeszcze nie podjęli. Holender może równie dobrze podać inne nazwisko niż Ulatowski.

W Zagłębiu już pan jednak nie pracuje, zajęcia prowadzi Dariusz Fornalak.

- Chciałem być fair wobec klubu. Jeśli selekcjoner może mnie wybrać, mówię o tym od razu, aby tydzień przed rozgrywkami lub, co gorsza, na inaugurację ligi, nie zostawiać Zagłębia na lodzie. Dużo ryzykuję, bo zrezygnowałem z pracy, licząc się z tym, że nie muszę być asystentem Beenhakkera. Może się okazać, że już wkrótce będę bezrobotny.

Rozmawiał pan o kadrze z Beenhakkerem czy szefem PZPN?

- Kontaktowali się ze mną przedstawiciele związku oraz trener Beenhakker. Wybierając współpracownika, nie chciał opierać się jedynie na zasłyszanych opiniach. Wymieniliśmy spojrzenia na futbol, sporo czasu poświęciliśmy ostatniemu Euro. Jeśli kogoś pasjonuje piłka, takie dyskusje są wielką przyjemnością. Dla mnie Beenhakker to człowiek futbolu, stawiam go w jednym rzędzie z sir Bobby Robsonem. Przebywanie z nimi to skarb, a ja z tego skarbu chcę czerpać, ile się da.

Jak pan oceni Euro?

- Wszystko wraca do futbolu ofensywnego - Hiszpania, Holandia, Rosja. Gra zachowawcza, która triumfowała na poprzednich mistrzostwach, odeszła do lamusa. Kto chciał tak grać, srodze się zawiódł.

A o kadrze Beenhakkera co pan sądzi?

- Nie było ze strony trenera takiego pytania, więc sam nie wychodziłem przed szereg. Polska nie wyszła z grupy, co jest - także w przekonaniu Beenhakkera - wynikiem niezadowalającym.

Zdaniem fizjologa Jana Chmury, z którym zresztą współpracował pan w Zagłębiu Lubin, piłkarze byli źle przygotowani. Z meczu na mecz tracili dynamikę, biegali coraz mniej.

- Żeby stwierdzić, że zespół był źle przygotowany, trzeba być w środku, wiedzieć, jak przebiegały treningi. Beenhakker był przecież w ścisłym kontakcie z fizjologiem Mikiem Lindemannem, trening piłkarzy był szczegółowo monitorowany. Wszyscy widzieliśmy, że Polacy nie prezentowali się tak korzystnie jak w eliminacjach. Trzeba jednak znać wszystko od podszewki, aby stwierdzić, co piłkarzom mogło zaszkodzić i że byli źle przygotowani.

Gra pan va banque. Chcąc być lojalnym wobec Beenhakkera, naraża się pan jego przeciwnikom.

- Wierzę w to, co robię. Wolę się skupić na robocie, niż zaprzątać sobie głowę tym, jak na wybór selekcjonera zareaguje tzw. środowisko. Nie znam listy kandydatów, nie wiem, kto mógłby przepaść w wyborze Beenhakkera. I wciąż powtarzam - asystent nie został jeszcze wybrany.

Znów wystrychnął pan na dudka Czesława Michniewicza. Najpierw zajął pan jego miejsce w Zagłębiu Lubin, teraz wyprzedził go pan w wyścigu po stanowisko asystenta Beenhakkera.

- Przykro mi, że po kilku miesiącach znów odgrzewane są historie, które należą tylko do mnie i do Cześka. Nigdy na ten temat głośno nie mówiłem, z moich ust nie padło żadne gorzkie słowo pod jego adresem. Nie chcę komentować tego, co opowiada Czesiek.

Kiedy ostatni raz rozmawialiście?

- Dawno. Zbyt dawno jak na dziesięć lat przyjaźni. Czytając opinie Cześka, nie potrafię stwierdzić, czy nosi w sobie urazę za to, że zostałem w Zagłębiu. I ja, i on wiemy, dlaczego tak się stało, nie chcę tego roztrząsać.

Którą drużynę prowadził pan w komputerowej grze Championship Manager? Podobno to dzięki niej nauczył się pan trenerki.

- Prowadziłem Trotter Reykjavik. Wygrywało się Ligę Mistrzów, parę spektakularnych transferów też przeprowadziłem. Dla ludzi, którzy są blisko piłki, to świetna zabawa. Można zarządzać wielkimi pieniędzmi, kupować najlepszych piłkarzy, grać na największych stadionach świata.

Jednak nie jest pan tylko wirtualnym trenerem?

- Tak spędzałem tylko wolny czas. Wzbogacając trenerski warsztat, sięgałem do książek i meczów, których teraz telewizje pokazują w dowolnym wymiarze. Nie ma nic przyjemniejszego niż przyjść po pracy do domu i zobaczyć jakieś spotkanie. Nie mam przesytu.

Wspomniał pan o książkach. Pozycja Jerzego Talagi "ABC młodego piłkarza" to biały kruk w pana księgozbiorze?

- Mam ją w swojej bibliotece, bo z każdej książki można coś wynieść. Tak jak z każdego meczu, treningu. W 1996 roku, mając 23 lata, prowadziłem juniorów ŁKS. Na zajęciach zjawił się jeden ze starszych szkoleniowców. Po wszystkim podszedł i mówi: - Jedno z ćwiczeń było naprawdę ciekawe, a ja wszędzie, gdzie jadę, od każdego z trenerów coś biorę. Po wyjeździe na Islandię mój trening obserwował ktoś, kogo kojarzyłem z twarzy. Podszedłem, zagaiłem, okazało się, że to Hans Meyer, który w sezonie 2007/08 prowadził FC Nurnberg. Przyjechał do Reykjaviku na wypoczynek, ale nie chciał siedzieć z żoną w basenie, tylko szukał klubu, aby zobaczyć, jak trenują w innym kraju.

Żeby być dobrym trenerem, trzeba umiejętnie poruszać się na wielu polach - mieć dobry warsztat, znać się na fizjologii, psychologii, mieć zmysł taktyczny, umieć rozpracować przeciwnika. Jeśli choć w jednym z tych elementów jest się słabszym, trzeba otoczyć się mądrymi współpracownikami.

Kto jest pana trenerskim wzorem? Wielu piłkarzy spisywało do zeszytu treningi Henryka Kasperczaka, inni - Franciszka Smudy...

- Skoro już o Smudzie mowa, pamiętam swoje początki i pierwsze błędy trenerskie. Poszedłem na zajęcia Smudy w Widzewie, naoglądałem się, jak ćwiczy interwały, i następnego dnia chciałem to samo zrobić z moimi juniorami. Całe szczęście, że w ostatniej chwili wycofałem się z tego pomysłu. Kalkowanie ćwiczeń nie zdaje egzaminu, zwłaszcza że trening determinuje taktyka, jaką się obierze podczas meczu.

Nie mam trenerskiego wzorca, każdego cenię za to coś. Arsene Wengera za futbol techniczny, jaki prezentuje Arsenal, i za młodych piłkarzy, których wprowadza do gry za nieduże pieniądze. José Mourinho za pewność siebie, za to, że był w Chelsea "Special One". Polubiłem Martina Jola, u którego byłem z Cześkiem Michniewiczem na stażu. On nie filozofował, uznawał futbol za prostą grę. Sir Bobby Robsona za to, jak pięknie opowiada o piłce. Na koniec zostawiam Gérarda Houlliera, którego podziwiam za to, co osiągnął, mimo że niejeden załamałby się na jego miejscu. Cała Francja chciała go ukrzyżować, kiedy nie awansował ma mundial w 1994 roku, nie zdobywając nawet punktu w dwóch ostatnich meczach eliminacji z Izraelem i Bułgarią. Kilka lat później ten sam trener sięgnął z Liverpoolem po trzy puchary. Jest dla mnie bohaterem.

Pierwszą pana samodzielną pracą w lidze było Zagłębie. Co pan zrobił, że drużyna, która poległa w eliminacjach do Ligi Mistrzów i przegrywała mecz za meczem, stała się znów solidna?

- To zasługa piłkarzy, którzy uwierzyli, że futbol może sprawiać wiele przyjemności. Także trenerowi, który ma tydzień, aby znaleźć receptę na przeciwnika, wreszcie kibicom, którzy mają cieszyć się razem z zespołem.

Kiedy odchodził pan z Zagłębia, każdemu z piłkarzy podarował statuetkę.

- Wpisałem tam motto, które wymyśliliśmy z chłopakami w szatni, kiedy przyszedł wiosną kryzysowy moment i przegraliśmy trzy mecze z rzędu. Porozmawialiśmy wtedy, trochę zaiskrzyło, ale wyszliśmy z myślą: "Nie ma meczów ważnych i mniej ważnych, dla nas każdy kolejny jest najważniejszy". W końcówce ligi mieliśmy pasmo pięciu zwycięstw, a w Pucharze Polski, choć go nie zdobyliśmy, nie zostaliśmy pokonani ani razu.

Ma pan 35 lat i jest jednym z najmłodszych asystentów selekcjonera w Europie. Nawet Jacek Bąk jest od pana starszy. Da pan radę?

- To trener Beenhakker jest wodzem, wnosi w sztab szkoleniowcy doświadczenie, myśl, a ja chcę wykonywać swoje zadania. Jestem profesjonalistą, dogadam się ze wszystkimi, a według mojej filozofii to nie trener jest w drużynie najważniejszy. On tylko ma za zadanie wykrzesać z zawodnika sto procent możliwości. Nie miałem nigdy problemów z drużyną, nawet jeśli byli w niej starsi ode mnie piłkarze, tak jak Andrzej Szczypkowski w Zagłębiu. Nie było dąsów, obrażania się, zawsze patrzyliśmy sobie w oczy. Nie zdefiniuję, jakim jestem trenerem. Czy z żelazną ręką, czy bratem łatą, który wszystkich klepie po plecach. To zależy od chwili, jaka tego wymaga. Zresztą proszę porozmawiać z piłkarzami Zagłębia. Oni opiszą mnie najlepiej.

Czy to możliwe, aby trener w Polsce, nawet tak młody jak pan, nie skalał się korupcją?

- Naprawdę mam szczęście, że przez te pięć lat w Polsce nie dotknęło mnie to w żaden sposób. Może dlatego, że wcześniej nie byłem piłkarzem na ligowym poziomie, a już jako trener stałem zbyt daleko... W każdym razie w lustro spoglądam bez obaw i nikt z prokuratury o 6 rano nie zapuka do moich drzwi.

Ale tylko na Islandii, gdzie spędziłem cztery i pół roku, byłem przekonany, że jeśli sędzia prowadzi mecz słabo, to wynika to z jego dyspozycji, a nie z pobudek korupcyjnych. To były dla mnie kapitalne lata odpoczynku od zgiełku, często nieprzyjemnego, jaki towarzyszy piłce. Odpocząłem też prywatnie, tam życie płynie o wiele wolniej. Po powrocie do kraju unikam wielkich miast. Jeśli będzie to możliwe, chcę nadal mieszkać w Lubinie. Tu nie ma korków, wszędzie mam blisko, a i do Europy łatwiej się dostać, bo Berlin, skąd wylatują samoloty w dowolne zakątki globu, leży bliżej niż Warszawa, ledwie parę godzin jazdy autem.

Skąd się pan wziął na Islandii?

- Przypadek, jakich miałem wiele. Byłem asystentem w Piotrcovii, ale po jednym z wygranych meczów Antoni Ptak, właściciel drużyny, zwolnił pierwszego szkoleniowca. Odszedłem razem z nim i wtedy zadzwonił do mnie przyjaciel z Islandii. Szukali grającego trenera, dogadałem się w dziesięć minut, dostałem bilet lotniczy i pojechałem. Wszystkie moje wybory życiowe przynoszą korzyści. Liczę na to, że i teraz tak będzie, bo przecież w Zagłębiu, które ma wielkie podstawy, aby wrócić do ekstraklasy, chciałoby pracować wielu szkoleniowców. Stawiam wszystko na jedną kartę, rezygnuję z tego, bo wierzę, że będąc współpracownikiem Beenhakkera, zbiorę więcej doświadczeń.

Pracując w Zagłębiu, nie miał pan licencji na prowadzenie drużyny w ekstraklasie.

- Nie mam jej nadal. Mam licencję UEFA A, a staram się o UEFA Pro. Żeby ją zdobyć, trzeba dostać się na kurs. Złożyłem podanie, 15 lipca szanowna komisja przy PZPN będzie przyznawać miejsca na tym kursie. Zaliczenie go i napisanie pracy pozwala uzyskać licencję.

Na czele komisji stoi szef wydziału szkolenia Jerzy Engel. Wybór kandydatów to sprawa uznaniowa, więc musi pan być potulny jak baranek, zwłaszcza teraz, kiedy zostanie pan asystentem nielubianego Beenhakkera.

- Nie miałem żadnych zatargów z polskimi trenerami, czekam cierpliwie, wierząc, że ludźmi, którzy decydują o licencjach, kieruje poczucie sprawiedliwości i przyzwoitości. Nie podejrzewam, że ktoś będzie robił mi pod górę tylko dlatego, że zostanę współpracownikiem Beenhakkera.

Rozpoczynając współpracę z Beenhakkerem, myśli pan o tym, że zostanie kiedyś jego następcą?

- Trener ma wpływ tylko na najbliższy mecz, później może zostać zwolniony, z czym zawsze się liczę. Planowanie, co będzie dalej, nie ma więc najmniejszego sensu. Oczywiście należy marzyć i każdy chce zajść jak najwyżej. Ale to tylko marzenia.

Jak pan widzi kadrę na eliminacje do mundialu?

- Nie jestem zwolennikiem rewolucji. Odsunięcie najbardziej doświadczonych graczy nic nie da, bo trudno zbudować drużynę z samych młodych. Ktoś, kto wchodzi w zamian, musi być lepszy. I pod względem piłkarskim, i pod względem doświadczenia. Działanie w myśl zasady - Wyrzucamy siedmiu starych, bierzemy siedmiu młodych i jedziemy dalej - jest dobre na krótką metę. Z tego, co wiem, trener Beenhakker też tak na to spogląda.

Są w Polsce młodzi zdolni piłkarze, nie musimy ich tylko importować z Zachodu. Najważniejszy, a wiem to z pracy w Zagłębiu, gdzie miałem m.in. jedną z gwiazd ligi Szymona Pawłowskiego, jest rok po przejściu z wieku juniora do seniora. Wtedy piłkarz czerpie najwięcej, to jest prawdziwy chrzest i sprawdzian, czy coś z niego będzie, czy nie. Dlatego niebagatelną sprawą na przyszłość było zabranie na Euro Michała Pazdana czy Tomasza Zahorskiego. Jestem pewien, że zebrane przez nich doświadczenia, możliwość treningu z najlepszymi polskimi piłkarzami, wkrótce zaprocentuje. Zresztą nie rozmawiajmy o nazwiskach, bo nie zwykłem wychodzić przed szereg. I tak na koniec naszej rozmowy wrócę do swojej pierwszej wypowiedzi - jeszcze nie jestem współpracownikiem Beenhakkera...

Rafał Ulatowski

35 lat, absolwent AWF w Gdańsku. Nigdy nie wystąpił w ekstraklasie, choć był w kadrze pierwszoligowego ŁKS w sezonie 1991/92. Przez dwa kolejne sezony grał w Bałtyku Gdynia, gdzie zaprzyjaźnił się z Czesławem Michniewiczem. Rozpoczął pracę trenera w wieku 21 lat. Najpierw z juniorami ŁKS, później w Piotrcovii-Ptak. W 2002 r. wyjechał na Islandię, gdzie był grającym trenerem Trotteru Reykjavik. Tam poznał swoją narzeczoną Elin Birny, piłkarkę ręczną z ligi islandzkiej, z którą ma córkę. W 2006 roku był asystentem Michniewicza w Lechu Poznań, a później w Zagłębiu Lubin. W październiku ubiegłego roku władze Zagłębia zwolniły Michniewicza, stawiając na Ulatowskiego. Przyszły asystent Leo Beenhakkera był na stażach w Chelsea, Glasgow Rangers i Tottenhamie.