Szmyd nie uciekał - znów jechał dla Cunego

Sylwester Szmyd nie dostał od drużyny Lampre szansy, by powalczyć na własną rękę na kolejnym alpejskim etapie Tour de France. Musiał pomagać swojemu liderowi, a mimo to był 20. Etap wygrał Francuz Cyril Dessel. W klasyfikacji generalnej nie zaszły większe zmiany.
30-letni polski kolarz dał pokaz sporych możliwości w niedzielę na pierwszym z alpejskich etapów. Przyjechał na niezłej 16. pozycji, kilka sekund za jednym z faworytów wyścigu Cadelem Evansem, choć w pewnym momencie zwolnił tempo, oglądając się za przeżywającym kryzys swoim liderem Damiano Cunego.

We wtorek Szmyd miał jechać tak, jak chciał, bez wskazówek dyrektora grupy, nie zwracając uwagi na Cunego, i jeśli tylko nadarzy się okazja, popracować na własne nazwisko, czyli powalczyć o czołowe miejsce na etapie, może nawet o zwycięstwo. - W Lampre nikt nie będzie mnie trzymać przy liderze. Spróbuję zaatakować - mówił dzień wcześniej w wywiadzie dla "Gazety".

Etap ułożył się jednak zupełnie nie po myśli Szmyda. Najpierw długo samotnie uciekał Niemiec Stefan Schumacher, a na ostatnim podjeździe pod La Bonette (2802 m n.p.m) Niemca przegoniła grupka kilku nieliczących się w generalnej klasyfikacji kolarzy. Jej cząstka dojechała do mety, najszybszy z niej był Francuz Cyril Dessel.

Czołówka z liderem Frankiem Schleckiem nie rozdzielała się, długo jechała wspólnie. Byli w niej Szmyd i Cunego. Włoch pod La Bonette dosyć wcześnie zaczął zdradzać oznaki słabości. Został z tyłu, a za nim jego polski pomocnik. Widocznie taki dostał rozkaz z samochodu ekipy Lampre. Polski kolarz wywiązał się ze swojego zadania lepiej, niż mógł. Jako zwykły robotnik doprowadził Cunego do najlepszych i sam się załapał do tej grupy. Nie wiemy, co by się stało, gdyby dostał od szefa ekipy zielone światło. Patrząc na przebieg etapu, pierwsza dziesiątka była w jego zasięgu.

Do mety w Jausiers, najmniejszym miasteczku goszczącym w tym roku Tour de France (ledwie ponad tysiąc mieszkańców), kolarze z pierwszej dziesiątki dojechali właściwie obok siebie. Stracili nieco Amerykanin Christian Vande Velde i Rosjanin Denis Mienszow. Ale każdy, kto przyjechał cało do mety, mógł się czuć szczęśliwy. 23-kilometrowy zjazd z La Bonette kwalifikował się do sportów ekstremalnych. Najlepiej przekonał się o tym John-Lee Augustyn z Republiki Południowej Afryki. Nie wyrobił się na zakręcie i poleciał z rowerem w dół jakieś 15 metrów. Nic mu się nie stało, ale w kolarskich butach nie miał szans, by po kamienistym zboczu podejść pod górę. Wrócił na drogę tylko dzięki pomocy kibica. W niedzielę mocno potłukł się zwycięzca sprzed dwóch lat Oscar Pereiro. Przeleciał przez barierkę i spadł z kilku metrów na asfalt. Czeka go operacja.

D środę kolarzy czeka nie mniej ryzykowny etap, choć więcej będzie na nim wjazdów niż zjazdów. Liczy się przede wszystkim meta w legendarnej stacji L'Alpe d'Huez. - Ta stacja stała się mityczna w latach 70., ponieważ to właśnie ten etap desygnował przyszłego zwycięzcę Tour de France - mówi dwukrotny zwycięzca wyścigu Bernard Thévenet. Wszystko wskazuje na to, że tak będzie i w tym roku.

Wyniki 16. etapu Cuneo - Jausiers (157 km):

1. C. Dessel (Francja/AG2R) 4:31.27; 2. S. Casar (Francja/Française des Jeux); 3. D. Arroyo (Hiszpania/Caisse d'Epargne) ten sam czas... 10. B. Kohl (Austria/Gerolsteiner), 11. C. Evans (Australia/Silence-Lotto) 1.28, 12. F. Schleck (Luksemburg/CSC)... 20. S. Szmyd (Lampre) 2.03.

Klasyfikacja generalna:

1. F. Schleck 68:30.16; 2. Kohl 7 s; 3. Evans 8 s... 30. Szmyd 32.39.

Polacy na L'Alpe d'Huez

Etapy TdF z metą na L'Alpe d'Huez ukończyło dotąd tylko sześciu Polaków: Zenon Jaskuła i Dariusz Baranowski (po dwa razy) oraz Czesław Lang, Cezary Zamana, Piotr Wadecki i Tomasz Brożyna. Do tego ostatniego należy najlepsze polskie osiągnięcie: 36. miejsce na mecie w 2001 roku.