Sport.pl

Kibic Legii: Diabeł tkwi w Vuko

Jako bardzo młody człowiek nie znałem się zupełnie na Jugosławii. Byłem przekonany, że większość mieszkańców tego kraju zajmuje się pasterstwem, wszystkie kobiety wyglądają jak Elżbieta Starostecka, mężczyźni zaś od czasu do czasu lubią poderżnąć sobie wzajemnie gardło lub przynajmniej złośliwie się skopać jak obrońca Katalinski naszego Kazia Deynę w 1974. I tak trwałem przez lata w mej niewiedzy, aż do Warszawy zawitała grupa Elektricni Orgazam. Doznałem wtedy szoku, bo okazało się, że to świetny zespół. Nawet jeśli przyjmiemy, że cała "Nowa Fala" polegała jedynie na bardziej lub mniej zręcznym kopiowaniu Joy Division to Serbom z Orgazamu wychodziło to świetnie. Do dzisiaj płyta "Krokodili dolaze" stanowi jedną z pereł mojej kolekcji. Zresztą lubię posłuchać takich serbskich wykonawców jak "Prjavo Kazaliste" i "Idoli". I generalnie całkiem Serbów dzięki tej muzyce polubiłem.

A kiedy w Legii pojawił się "Vuko" to moja sympatia jeszcze wzrosła. Z początku myślałem nawet, że Aleksandar będzie choćby w niewielkim stopniu namiastką "Kazimierza Wielkiego". Nawet jeśli ostatecznie było inaczej to Vuko i tak miał świetne wejście do drużyny. To czym zupełnie mnie ujął była jego zdolność operowania językiem polskim. Facet wypowiadał się lepiej niż 3 naszej ligi. A ja zawsze lubię posłuchać tych nielicznych graczy, którzy potrafią coś więcej niż klasyczne piłkarskie: "eee, zesralim się, prawda". I nawet czarny PR wokół Vuko związany z transferem do Wisły (do którego nie doszło) mej sympatii nie zachwiał. Później bardzo się ucieszyłem, kiedy Vuko wrócił z tego nieszczęsnego greckiego Ergotelisu. Tylko, że był to już inny Vuko - gorszy. Dlatego nie bolało mnie, kiedy środek pola w Legii stanowili Surma z Burhardtem, bo wolałem nie oglądać Vuko niż oglądać go słabego. Ale w zeszłym sezonie powrócił nowy, lepszy, już jako defensywny pomocnik i kapitan, przywódca, wychowawca młodzieży. Zacierałem więc ręce nie zważając na prześladujących mnie sceptycznych wobec talentu Vukovicia znajomych. Z zaciśniętą pięścią wykrzykiwałem: jeszcze zobaczycie barany, że trener Urban zrobi z Vuko dokładnie to samo co Trapattoni z Mathaeusem w Interze. I być może by tak było, gdyby w Vukovicia nie wstąpił.... diabeł. Ten, jak wiadomo, tkwi w szczegółach. A szczegóły są tutaj bardzo istotne.

Ni stąd ni zowąd Vuko się wściekł, zaczął domagać się podwyżki, nowego kontraktu i rozpoczął wydawanie coraz to bardziej dziwacznych komunikatów. Hm... trochę mnie to zdziwiło, bo jako defensywny pomocnik dopiero zaczyna, a zeszły sezon Legia sromotnie z Wisłą przegrała. Skąd więc się wzięło to parcie na kasę? Chodzi chyba o to, że jeden z nabytków Legii otrzymał bardzo wysoki kontrakt. I był na tyle głupi, że się Vuko wygadał. Ponieważ koleś ten nie nazywa się Steven Gerrard, więc Aleksandar zrobił się elektryczny i zapytał się o własne honorarium. Problemem jest to, że w Legii cały czas nie wiedzą czy na nowej pozycji będzie sprawdzał się przez najbliższe dwa-trzy lata. Wszak wróble ćwierkają, że najdalej w grudniu wróci Tomasz Jarzębowski. A "Jarza" naprawdę rozwinął się w Bełchatowie i nie jest powiedziane, że od Vukovicia jest gorszy. Jakby nie patrzeć to sytuacja Aleksandara miła nie jest.

Jednak całe przedstawienie z oddawaniem opaski kapitańskiej było żenujące, a idące po tym zapewnienie o niesłabnącym zaangażowaniu daleko nieprzekonujące. A ta deklaracja o niechęci wobec dyrektora Trzeciaka czemu miała służyć? Czy naprawdę warto palić za sobą mosty? Czyż nie lepiej zdobyć się na odrobinę dyplomacji, przełknąć dumę, zagryźć zęby i siedzieć cicho? Szczególnie, że jeśli Vuko potwierdzi wartość na boisku, z pewnością w sztabie szkoleniowym to zauważą. A Urban nie wydaje się być trenerem bez własnego zdania. Jeśli uprze się, że Vuko jest mu niezbędny - a na razie niezmiennie wstawia go do składu - to gadatliwy Serb dostanie swoją kasę i dłuższą umowę. Tylko najpierw musi wypędzić diabła, który w nim siedzi.

Vukovic w Twojej drużynie? - zagraj i Wygraj Ligę »