Milena Sadurek: Dojrzałam przy Bonicie

- Wszystkie nieporozumienia, jakie targały nami ostatnio, zostały już wyjaśnione. To było naprawdę niezdrowe. Teraz mamy w głowach tylko Pekin. Ale niczego nie obiecam, bo to przecież siatkówka kobiet - mówi Milena Sadurek
Wesoły samolot z olimpijczykami na pokładzie »

Przemysław Iwańczyk: Za wami seria udanych sparingów z reprezentacją Rosji i wygrana nad Serbią. Wiadomo już, kto zagra w pierwszym meczu na igrzyskach w Pekinie?

Milena Sadurek: Nie wiem tego do końca, ale mogę powiedzieć, co wynika z treningów i sparingów. Ja jestem rozgrywającą, na środku skład otwierają Maria Liktoras i Agnieszka Bednarek. Katarzyna Gajgał gra jako wchodząca...

Joanna Kaczor czy Katarzyna Skowrońska? To chyba największy dylemat trenera Marco Bonitty.

- Kasia jest bardziej doświadczona w grze z silnymi przeciwnikami, a Asia dopiero wchodzi w reprezentacyjną siatkówkę. Wydaje mi się, że w składzie wyjdzie ta pierwsza, choć zmienniczkę ma naprawdę dobrą.

Na przyjęciu pozycja Małgorzaty Glinki jest niezagrożona, ale kto drugi? Anna Podolec czy Anna Barańska?

- To zależy od rywala. Ania Podolec ma przewagę w warunkach fizycznych, ale z Kubą czy USA, czyli rywalami silnymi fizycznie, może wchodzić także druga Ania. Mamy dwunastkę silnych zawodniczek. Rezerwowe, pojawiając się na boisku, wcale nie obniżają jakości gry.

Była pani zaskoczona dwunastką, jaką wybrał trener Bonitta na Pekin?

- Dla mnie była tylko jedna niewiadoma - na którą środkową postawi. Miał do wyboru cztery, jedną trzeba było zostawić w domu. Tak szczerze, nie chciałabym być na jego miejscu. Ostatecznie nie wziął Leny Dziękiewicz. Kierował się przede wszystkim względami sportowymi, chyba to przesądziło. To była tak mocna rywalizacja, że byłoby nam przykro bez względu na to, na którą by padło. Spędziłyśmy ze sobą dwa lata, nie dziwię się, że niektóre z nas uroniły łzę.

W grupie na igrzyskach zagracie z Chinami, Kubą, USA, Japonią i Wenezuelą. Awansujecie do ćwierćfinału?

- Wiem jedno: na turnieju takim jak igrzyska nie można się zastanawiać, kto staje naprzeciw. Czy to Chinki, czy Wenezuelki - trzeba skoncentrować się tak samo. Oczywiście stać nas na miejsce w czwórce, chcemy za wszelką cenę grać w ćwierćfinałach, ale niczego obiecać nie mogę. Zwłaszcza w tak nieprzewidywalnym sporcie jak siatkówka kobiet.

Biorąc pod uwagę wyniki, jakie padały ostatnio, wychodzi na to, że w ćwierćfinale traficie na Rosjanki lub Brazylijki.

- To ja już wolę Rosjanki. Grałyśmy z nimi ostatnie sparingi, dzięki czemu wiemy, gdzie naprawdę jesteśmy. Znów się okazało, że nie takie one straszne, jak się mówi. Zresztą weźmy także ostatnie mecze o stawkę. W Halle w kwalifikacjach olimpijskich omal z nimi nie wygrałyśmy w finale.

W dwunastce na Pekin jest sześć mistrzyń Europy z drużyny Andrzeja Niemczyka. Opowiadają pozostałym zawodniczkom, jak smakuje sukces?

- Nie muszą tego robić, każda z nas wie, co to igrzyska, co znaczy medal na takiej imprezie.

Powiedziała pani "medal"...

- Przecież po to jedziemy i nie powiem, że naszym celem są miejsca 5-8. Czujemy już atmosferę igrzysk, właśnie mierzyłam oficjalny strój na ceremonię otwarcia. Spełniają się moje marzenia. Pekin to nie tylko mecze, ale także otoczka. Ciekawi mnie, jak wygląda wioska olimpijska, jak to jest przebywać ze wszystkimi sportowcami. Chciałabym zobaczyć na przykład Kobe Bryanta albo Ronaldinho, bo ponoć też się tam wybiera. Podziwiam obu.

Podobno żartowałyście z koleżankami, że jak zdobędziecie medal, zostaniecie emerytkami, bo medalistom igrzysk należy się sportowa emerytura.

- Nie ukrywam, że o tym myślałam. O zabezpieczeniu na przyszłość pomówmy jednak innym razem, teraz skupmy się na sportowych celach.

Atmosfera w kadrze waha się i zmienia z tygodnia na tydzień. Kiedy przyszedł Bonitta, nie było najlepiej, później poprawiało się, a kulminacja przypadła na styczniowy turniej kwalifikacyjny w Halle. Niedługo później wszystko runęło, trener poróżnił się z kilkoma zawodniczkami, a teraz znów wszystko wychodzi na prostą. O co chodzi?

- Teraz jest naprawdę nieźle. Wszystkie nieporozumienia, jakie targały nami ostatnio, zostały już wyjaśnione. To było naprawdę niezdrowe.

Ponoć wszystko zmieniło się, kiedy trener Bonitta wysłał was na wspólną imprezę. Mogłyście wrócić nie o 23 jak zwykle, ale kiedy chciałyście.

- Chciałyśmy oderwać się od siatkówki, pobyć ze sobą, ale nie w hali, gdzie zaraz rozpocznie się trening. Pomogło. Gadałyśmy, śpiewałyśmy, choć z tym drugim nie było dobrze. W każdym razie lepiej jesteśmy uzdolnione siatkarsko niż wokalnie. Nie mamy jeszcze ulubionego utworu na Pekin, ale nucimy to, co którejś z nas akurat wpadnie w ucho.

Odkąd Bonitta pracuje w Polsce, jest pani pierwszą polską rozgrywającą, nie opuściła pani żadnej imprezy. To ewenement.

- Nie powiedziałabym jednak, że jestem tym samym najpewniejszym punktem zespołu. W podobnej sytuacji są Małgorzata Glinka czy Katarzyna Skowrońska. Tak wybrał trener, tak widzi skład, a moim zadaniem jest wywiązać się z powierzonej mi roli.

Ale przed Bonittą nie liczyła chyba pani na taki przywilej, bo wszyscy widzieli jako pierwszą rozgrywającą Izabelę Bełcik.

- Wtedy trenerem był Andrzej Niemczyk i widział tylko Izę na tej pozycji. Mnie pozostaje się cieszyć, że nastał Bonitta, bo dzięki niemu mogę się rozwijać.

Trener Bonitta mówił mi, że z rozgrywającymi jest jak z bramkarzem w futbolu - musi być wyraźny podział ról na pierwszego i rezerwowego. Pani jest u niego nr. 1.

- Zaufanie, jakim obdarzył mnie trener, jest dla mnie niezwykle ważne. To bardzo duży kredyt, za co jestem bardzo wdzięczna. Dzięki temu mam wolną głowę w grze, świadomość, że nie zejdę z boiska po pierwszym błędzie.

Fachowcy mówią, że ma pani zadatki na światowej klasy rozgrywającą. Że nie tylko jest pani dobrą siatkarką, ale także osobowością, która ma własne zdanie, wpływ na innych, a kiedy trzeba - krzyknie na koleżanki.

- Na szczęście mam obok siebie takie dziewczyny, które opieprzania nie potrzebują, a kiedy trzeba, same krzykną. Poza tym siłą polskiej reprezentacji nie są jednostki, ale zespół.

Ale nie da sobie pani w kaszę dmuchać, co było widać wielokrotnie.

- Zgadza się, nie pozwolę sobie wejść na głowę. Może to dobre, może to złe, ale nie zamierzam niczego zmieniać.

Do gry na pani pozycji aspiruje Katarzyna Skorupa. Gdzie są różnice między wami?

- Jesteśmy na tym samym poziomie sportowym, gramy jednak trochę inaczej, mamy zupełnie inne pomysły na rozgrywanie. Zresztą niezręcznie mi chwalić bądź krytykować Kasię, nie jestem obiektywna. Niech to zrobi trener.

Po igrzyskach Bonitta, jeśli nie zdobędzie medalu w Pekinie, niemal na pewno odejdzie z kadry. Chciałaby pani kontynuować współpracę z nim?

- Nie chcę odpowiadać za koleżanki, proszę je o to zapytać z osobna. Ja złego słowa na Bonittę nie powiem. To on dał mi szansę, postawił na mnie, dzięki czemu się rozwinęłam. Cenię sobie tę współpracę. Nie wiem, co wydarzy się po igrzyskach, trudno mi też powiedzieć, co będzie po odejściu Bonitty. Czy zagraniczny trener, czy z Polski, bo przecież mamy świetnego kandydata Jerzego Matlaka.

Czego nauczył panią Bonitta?

- Cierpliwości i myślenia na boisku. Dojrzałam przy nim, choć do perfekcji jeszcze wiele brakuje. Sportowo zyskałam naprawdę wiele, moje koleżanki także na tym korzystają. To jest bardzo dobry fachowiec.

Skoro tak dobrze współpracuje pani z Bonittą i gra pani niemal non stop, może zostałaby pani liderem tej drużyny, bo od takiej roli wyraźnie ucieka Małgorzata Glinka.

- Siatkówka to zespół. Wystarczy, że każdy dołoży coś od siebie. Gosia nie chce być liderem, ale podświadomie wszyscy tak ją traktują. Kluczowe piłki posyłam do niej, mam 80 proc. pewności, że skończy atak. Tak samo jest z Katarzyną Skowrońską czy Marią Liktoras. Nie boję się z nimi grać.

Odchodząc od reprezentacji, jest pani czołową europejską rozgrywającą, ale bez klubu. Rozstała się pani z Aluprofem Bielsko-Biała czy nie? I co dalej?

- Nie wiem. Naprawdę.

Może wyjedzie pani do Włoch?

- Może w przyszłości.

Gajgał: Najtrudniejszy pierwszy mecz »