Wenta: Niech będzie o nas głośno. Ale po igrzyskach

- Prezes PZPN Michał Listkiewicz obiecywał piłkarzom 400 tys. euro przed meczem, żeby ich zmotywować. Ja tego nie rozumiem. Jeśli przegrałeś mecz, to następny zagraj tak, żeby wygrać. Na tym polega sport. Najpierw coś osiągnij, to dostaniesz nagrodę, a nie na odwrót - mówi Bogdan Wenta
Olimpijczycy w drodze do Pekinu: Poproszę colę z wkładką »

Jakub Ciastoń: Wzruszył się pan na ślubowaniu przed wylotem na igrzyska?

Bogdan Wenta: Tak. Wysłuchanie Mazurka Dąbrowskiego było dla mnie niesamowitym przeżyciem. Wyjazd na igrzyska to marzenie każdego. A ja czekałem na ten moment 24 lata. Jako zawodnik miałem jechać do Los Angeles, ale wówczas nie pozwoliły nam komunistyczne władze. Wielu moich kolegów płakało, gdy dowiedzieliśmy się, że nie jedziemy.

Mówi pan, że czekał na igrzyska 24 lata, ale w 2000 r. był w Sydney jako zawodnik reprezentacji Niemiec.

- Pojechałem jako "dziadek". Miałem 39 lat, ale trener Heinar Brand uznał, że mogę się przydać. Dlaczego grałem dla Niemiec? Miałem podwójne obywatelstwo, od lat żyłem za granicą. Tak ułożyło się moje życie, nie chcę do tego wracać. Na taki krok się kiedyś zdecydowałem i to moje osobiste przeżycie. Ze sportowego punktu widzenia wyjazd na igrzyska był spełnieniem sportowych marzeń z dzieciństwa, ale na dresie miałem inne godło, niż chciałbym mieć. Dlatego mówię, że tak naprawdę jadę dopiero na pierwsze igrzyska.

Był pan w Sydney w kontakcie z polską ekipą?

- Po złotym medalu Kamili Skolimowskiej poszedłem do siedziby polskiej misji. Pamiętam, że rozmawiałem z Adamem Gierszem, który był wtedy chyba jednym z szefów. Złożyłem gratulacje. Rozmawiałem m.in. z koszykarkami, spotkałem też na treningu Roberta Korzeniowskiego.

Oglądał pan w telewizji, jak polscy piłkarze ręczni zdobyli brąz w Montrealu w 1976 r.?

- Tak, ale byłem wtedy dzieciakiem i szczerze mówiąc, bardziej od ręcznej fascynowali mnie piłkarze i siatkarze. To byli moi idole. Piłką ręczną na dobre zająłem się dopiero kilka lat później, gdy zmieniłem szkołę i poszedłem do technikum budowy okrętów w Gdańsku. Profesor Leon Wallerand był wtedy trenerem GKS Wybrzeże. Można powiedzieć, że moja miłość do piłki ręcznej została trochę narzucona. Ale nie żałuję.

Igrzyska bez Daniela Żółtaka »

Na co stać piłkarzy ręcznych? Przed ME z ust niektórych zawodników padały deklaracje, że jedziecie po medal. Było tylko siódme miejsce.

- Wtedy, po srebrnym medalu MŚ i przed ME, zawodnicy znaleźli się w nowej dla nich sytuacji. Nagle okazało się, że ludzie poznają ich na ulicy. W mediach zrobił się boom na piłkę ręczną, dyscyplinę przez lata zaniedbaną. Było dużo wywiadów. Ktoś powiedział "walczymy o złoto", a napisali "jedziemy po złoto". Chłopaki musieli się nauczyć obcować z mediami, zrozumieć, że stali się osobami publicznymi. Moja rada jest taka: pamiętajmy, że Polska nie miała ostatnio tradycji w piłce ręcznej, a inne zespoły taką tradycję dobrych występów na dużych imprezach mają. Mamy zerowe doświadczenie, a oni bardzo duże. Wielu już się nas boi, ale my też mamy się kogo bać.

Czy właśnie dlatego przed turniejem kwalifikacyjnym do igrzysk we Wrocławiu zarządził pan ciszę medialną?

- Tak. Chciałem, żeby drużyna się wyciszyła. I udało się, awansowaliśmy do Pekinu. Dziękowałem potem dziennikarzom za wyrozumiałość. Uważam po prostu, że o zespole powinno być głośno po ważnej imprezie, kiedy osiągnie już jakiś wynik, a nie przed tym. Teraz jesteśmy przed igrzyskami. Niech głośno będzie o nas po nich, jak coś osiągniemy. To nasze motto.

Jest chyba jakiś cel minimum. Wyjście z grupy?

- Bez sensu byłoby wyjeżdżać na igrzyska, gdybyśmy mieli nie wyjść z grupy.

A grupa jest mocna...

- Gramy m.in. z Chorwacją, czyli mistrzem olimpijskim, Hiszpanią i Francją, czyli utytułowanymi zespołami, z którymi od dawna nie udało nam się wygrać. Ale z drugiej strony - do ćwierćfinału wchodzą cztery drużyny. Nasza grupa jest silniejsza, ale grając w niej, unikniemy tych trzech potentatów w kolejnej rundzie. W drugiej grupie oczywiście też są mocne zespoły, jak np. Niemcy i Dania, ale z nimi udawało nam się już wygrywać. Ćwierćfinał to cel minimum, a potem jest już walka o medale. I... zdarzyć może się wszystko.

Przed odlotem do Azji rozegraliście mecze z Chorwacją. Udało wam się pokonać na wyjeździe mistrzów olimpijskich siedmioma punktami.

- Nie można z tego robić wielkiego halo, bo to był sparing. Byliśmy na różnych etapach przygotowań. Zwycięstwo jednak zawsze cieszy, tym bardziej że graliśmy bez kontuzjowanych Grzegorza Tkaczyka, Karola Bieleckiego i Artura Siódmiaka. To była ważna wygrana w sferze psychiki, umocniła zespół.

Czy kadra będzie się bardzo różnić od tej z MŚ?

- Jej trzon jest niezmieniony. W większości mam sprawdzonych ludzi, którzy grają razem od lat. Ale pojawiają się też nowe osoby, jak np. Paweł Piwko, który zastąpił kontuzjowanego Patryka Kuchczyńskiego. Sport jest taką brutalną dziedziną życia, że nieszczęście twoje jest szczęściem kolegi, i odwrotnie. Po ME starałem się trochę zmienić podejście zespołu. I myślę, że było to już widać w turnieju kwalifikacyjnym we Wrocławiu. Chodzi o to, że nie trzeba wcale najlepiej grać, ale trzeba umieć rzucić resztki sił w decydującym momencie. Było to też widać w sparingach z Chorwacją. Gramy też lepiej w obronie, jest bardziej scementowana.

W drużynie jest tak dobra atmosfera, że piłkarze i pan daliby się pokroić za pozostałych - tak mówi kapitan Grzegorz Tkaczyk. Jak się tworzy taką atmosferę?

- Potrzeba czasu, wielu miesięcy razem i dużo pracy. Ta drużyna opiera się na pracy, pracy i jeszcze raz pracy. Ale też świadomości, że dążymy do wspólnego celu: żeby grać jak najlepiej. Uczymy się. Wiemy np., że czasami porażki też są potrzebne. Pomagają odnaleźć motywację, dają kopa. Z porażek można się nauczyć dużo więcej niż z wygranych meczów.

Mówi się o was, że jesteście prawdziwą drużyną z charyzmatycznym trenerem, który zachowuje się podczas meczów jak członek zespołu.

- Nie zabiegamy o taki wizerunek, to przychodzi samo. W Polsce często jest tak, że zanim drużyna wyjedzie na imprezę, to już się mówi, że przywiezie medal. Szum w mediach jest niesamowity. Pamiętacie, co było przed mistrzostwami Europy w piłce nożnej? Na jakiej podstawie ktoś twierdził, że piłkarze mogą przywieźć dobry wynik z Euro, na podstawie naszej słabej ligi? Trzeba mieć pokorę.

Piłkarze nożni czy siatkarze zarabiają już w Polsce duże pieniądze. Ich kontrakty idą często w miliony złotych.

- Też jesteśmy zawodowcami. I też chcemy mieć więcej. Ale żeby dostać więcej, trzeba mieć argumenty. Pieniądze powinny przychodzić za wynikiem, a nie przed nim. Jeśli czytam, że prezes PZPN Michał Listkiewicz proponuje 400 tys. euro, by zmotywować do lepszej walki piłkarzy, to ja tego nie rozumiem. Jak się przegrało mecz, to w następnym walczy się, żeby wygrać. Na tym polega sport. Najpierw coś osiągnij, to dostaniesz nagrodę, a nie na odwrót. Nie można zaczynać dyskusji od pieniędzy, trzeba mieć jakieś argumenty. To jest tak, że każdy ma swoją firmę: Jurasik, Lijewski, Szmal, czy Tkaczyk. I firma będzie miała więcej pieniędzy, jak będzie miała wyniki. Najpierw trzeba popracować.

Ale tych pieniędzy chyba już jest trochę więcej niż kiedyś?

- Jasne. Pamiętam jak dziś, gdy trzy lata temu spotkaliśmy się w Spale na pierwszym zgrupowaniu. Nie było dresów, nie było skarpetek, był jeden masażysta. Byliśmy sami menedżerami, kierownikami, wszystkim. Teraz reprezentacja działa profesjonalnie, mamy sponsorów. Kiedyś nie było koszulek, a teraz jest na nich coraz mniej miejsca, bo zakrywają je reklamy.

Pierwszy raz będziecie grali poza Europą. Czy jakoś specjalnie się do tego przygotowywaliście? Zabieracie swojego kucharza?

- Nic z tych rzeczy. Zresztą nie mamy takich możliwości logistycznych. Nasza dyscyplina jest halowa, powietrze i temperatura nie mają dla nas aż tak dużego znaczenia. Ale to prawda, że w Azji nie graliśmy jeszcze nigdy, a inne zespoły tak. Mam nadzieję, że tygodniowy pobyt aklimatyzacyjny w Korei i te kilka dni w Pekinie przed pierwszym meczem wystarczą.

W ostatnim czasie miał pan w kadrze trochę problemów z kontuzjami. Na 10 sierpnia [mecz z Chinami] wszyscy będą zdrowi?

- Mam nadzieję. Różne urazy leczyli ostatnio m.in. Kamil Bielecki, Grzegorz Tkaczyk i Artur Siódmak. Ale trenowali indywidualnie. Mam jeszcze kilka znaków zapytania przed ostatecznym wyborem 14 graczy na igrzyska i rezerwowego. Nikt z grupy 18 zawodników, których zabieram na zgrupowanie do Korei, nie może być jeszcze pewny wyjazdu do Pekinu. Ostateczną kadrę podam, gdy zameldujemy się w wiosce olimpijskiej.

Co na igrzyskach będzie decydujące?

- Psychika. Chłopcy mówią otwarcie, że nie wiedzą, czego się spodziewać. Nigdy nie byli w Azji, nie byli na igrzyskach. Na mistrzostwach świata czy Europy gra się codziennie, a w Pekinie co dwa dni. Wioska olimpijska będzie ich rozpraszać. Wszędzie jakieś gwiazdy, koszykarze z NBA, wielcy mistrzowie. Trzeba będzie nad tym zapanować. Zorganizować treningi, jakoś utrzymać koncentrację. Będziemy się uczyć z dnia na dzień. Obyśmy popełnili jak najmniej błędów.