Igrzyska specjalnej troski

Wystarczył jeden dzień, byśmy poczuli, że chiński wielki brat nie chce spuścić nas z oka ani na ułamek sekundy
Czy doping wygra w Pekinie? Igrzyska moczem pisane... »

Zanim wyszliśmy z lotniska, po raz pierwszy w życiu zostaliśmy skontrolowani, czy aby na pewno nie zabraliśmy ze sobą cudzego bagażu. Zanim wyszliśmy z hotelu, musieliśmy nie tylko przejść przez bramkę wykrywającą metal, ale również zajrzeć w obiektyw, dać sobie zrobić zdjęcie i zaczekać, aż program do analizy obrazu porówna je ze zdjęciem z akredytacji, by stwierdzić, że my to rzeczywiście my. Zanim wymieniliśmy dolary na juany, uśmiechnięta Chinka spisała numer każdego wręczonego przez nas banknotu. Zanim w prasowym centrum olimpijskim uzyskaliśmy dostęp do internetu, musieliśmy odwiedzić dwa biura i wypełnić trzy formularze.

Tuż przed otwarciem igrzysk w Pekinie wszystko działa sprawnie, ale nic nie dzieje się szybko. Rozbuchana biurokracja ma tutaj tradycję mierzoną w tysiącach lat, a dziś wzmaga ją jeszcze chęć tutejszych władz, by skrupulatnie nadzorować całą olimpijską przestrzeń. Po igrzyskach Chińczycy będą zapewne w stanie odtworzyć każdy krok każdego uczestnika imprezy. Na razie dbają, by goście niepotrzebnie nie zbaczali z zaproponowanej im trasy. Kiedy wychodzimy z hotelu, odprowadza nas tłum asystentów, a przy autobusie kursującym po obiektach olimpijskich stoją chłopcy odgradzający nas specjalnymi wstążkami od ulicy. Ot tak, by odwieść zagranicznych gości od spaceru samopas po okolicy. Spacer oczywiście nie jest zabroniony, ale po co zaraz do niego zachęcać?

Po ulicach centrum niby możesz poruszać się swobodnie, ale wszystkie główne - zwłaszcza w pobliżu placu Tiananmen i hoteli, w których gospodarze umieścili notabli MKOl - są przynajmniej na wpół zamknięte. Co kilkaset, nawet kilkadziesiąt metrów zaczepia cię policjant i dopytuje, gdzie idziesz.

Wszędzie zostają po tobie ślady. Pierwsze odciski palców zostawiliśmy na lotnisku. Kiedy Chińczyk sprawdzał nasze paszporty, przed oczami migotały nam świecące klawisze, dzięki którym mogliśmy ocenić, jak bardzo jesteśmy zadowoleni z jego pracy. Oceniliśmy, że jesteśmy bardzo zadowoleni. Tubylców kręci się wokół nas zawsze gęsty tłum i wszyscy starają się, by nam dogodzić, wręcz ostentacyjnie. Czym mogłaby zająć się jedna osoba, zajmuje się pięć. Jak wchodzisz na olimpijską stołówkę, to tacę podaje ci wolontariusz, którego całe zadanie sprowadza się właśnie do podawania tac. Jak myjesz ręce w łazience, inny podaje ci papierowy ręcznik. W autobusie co rusz pytają, czy temperatura ci odpowiada, czy może wyregulować klimatyzację. Niełatwo nawet upaść na ziemię, bo jak się pośliźniesz, chińskie ręce - słowo honoru, widzieliśmy na własne oczy - chwycą cię za ramiona. Oba. I doprowadzą do pisuaru.

Słowem, Chińczycy opiekują się dziennikarzami na całego. Wśród gości ponoć są jednak tacy - nadzwyczaj ważni - o których troszczą się specjalnie. Brytyjski "Times" donosi, że setka doradców i współpracowników rządu premiera Gordona Browna, którzy planują wyjazd do Pekinu w czasie igrzysk, została zaproszona do siedziby MI5. - To było całkiem jak wizyta Jamesa Bonda u M - mówił jeden z nich. Anonimowo.

Wyjeżdżającym powiedziano, aby w Chinach nikomu nie ufali. Mają zabrać ze sobą czyste laptopy i komórki - pozbawione jakichkolwiek, nawet wykasowanych danych, czyli po prostu nowe. Niepokój wywiadowców wzbudziła niedawna wpadka jednego z doradców premiera Browna, który poszedł na lep pewnej piękności Wschodu i obudził się nazajutrz bez pełnego poufnych informacji BlackBerry. Zaniepokojeni są również Amerykanie. Od menedżerów amerykańskich sieci hotelowych dostali informację, że przedstawiciele chińskiego Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego zakładają w pokojach elektroniczne systemy kontroli internetu.

Amerykański senator Sam Brownback, który jako pierwszy upowszechnił informację, nie zdradził, o jaką sieć chodzi. Według "Timesa" hotele, które sprzeciwiają się inwigilacji gości, narażają się na karę lub utratę licencji.

To by oznaczało, że poczta przestaje być sprawą poufną - w tym poczta biznesowa, a także polityczna, bowiem w luksusowych hotelach jak Raffles, Legendale i wiele innych zatrzymają się liderzy polityczni i biznesowi zachodniego świata. - Dla wywiadu igrzyska to kopalnia złota - powiedział jeden z brytyjskich agentów cytowany przez "Timesa".

Nasze laptopy chyba są bezpieczne. Przywieźliśmy tylko Microsoft Office i Internet Explorer, których sekrety Chińczycy już dawno wytropili.

Plawgo: Już nic mnie nie boli! »