Chiński skok na złoto

Jedno złoto równa się tysiącowi sreber - słyszą od lat trenerzy chińskich olimpijczyków. Gospodarze uznają igrzyska za udane, tylko jeśli wygrają z USA klasyfikację medalową. I dążą do triumfu bez względu na cenę


- Sięgnięcie po olimpijską chwałę dla ojczyzny to święta misja wyznaczona przez Partię Komunistyczną. Musicie podołać dziejowej odpowiedzialności - tak minister sportu Liu Peng przemawiał do 639 zawodników, największej reprezentacji na igrzyskach.

Władza najludniejszego kraju świata, który na igrzyskach zadebiutował dopiero ćwierć wieku temu i miał wówczas ledwie 17 tys. zawodników na wszystkich szczeblach sportu, nie zamierza zgłębiać subtelności olimpijskiej rywalizacji, by docenić wysiłek przegranych albo współczuć pechowcom finiszującym tuż za podium. Nie po to wydała dziesiątki miliardów dolarów na stadiony i hale, zatrudniała zagranicznych trenerów z czterech kontynentów, skoszarowała i zagoniła do katorżniczej pracy najzdolniejsze dzieci. Interesuje ją jedno - wygranie prestiżowej rywalizacji z USA i triumf w olimpijskiej klasyfikacji medalowej.

Sukcesy gospodarcze Chińczycy osiągnęli dzięki reformom wolnorynkowym, do pozycji hegemona w globalnym sporcie dążą przez centralne planowanie.

We wszystkich prowincjach wyszukiwali najbardziej obiecujące pod względem atletycznym pięcio- i sześciolatki. Dzieci - często odbierane rodzinom wbrew ich woli - trafiały do lokalnych szkół sportowych (jest ich 3 tys.). Stamtąd najlepsi szli do drużyn regionalnych, by wreszcie dostać się do Narodowego Centrum Treningowego. Tam całkowicie odcięci od świata poddani byli reżimowi nie do pomyślenia w zachodnich społeczeństwach. Kilka lat temu czterech pingpongistów zostało wydalonych z kadry za wyjście na randkę. - Angażowanie się w romantyczne związki negatywnie wpływa na trening - wyjaśnił trener.

Zdeterminowani Chińczycy nie baczą na koszty.

Dwóch skoczków do wody zmuszono do przygotowań do igrzysk mimo zagrożenia utraty wzroku. Mistrz olimpijski z Aten w kajakarstwie wielokrotnie próbował zakończyć karierę (miał dość siedmiu godzin treningu dziennie, wygnania 250 km od domu i kilku lat bez widzenia się z rodziną), ale nie uzyskał pozwolenia. Jego enerdowski trener Josef Capousek został zwolniony, kiedy sprzeciwiał się wojskowemu drylowi na obozach treningowych. Ze zdumieniem odkrył też, że w chińskiej wersji kontraktu "zagwarantował" pracodawcom złote medale.

We wszystkich dyscyplinach można zdobyć w Pekinie 302 złote medale. Cała chińska para idzie w konkurencje i ludzi dających głęboką nadzieję na najwyższy stopień podium. Gospodarze stawiają na sporty najprostsze do wytrenowania - opierające się na sile oraz wytrzymałości, czyli na lekkoatletykę, pływanie, wioślarstwo. Nawet jeśli nie mają w nich żadnych tradycji, jak boks lub podnoszenie ciężarów kobiet. Oprócz dyscyplin siłowych stawiają na takie, w których tradycyjnie są potęgą: gimnastyka, tenis stołowy, badminton i skoki do wody.

Kandydatów do medali wspierają pionierskie wynalazki nauki oraz elita zagranicznych fachowców z różnych dziedzin, którzy - jak pisze gazeta "People's Daily" - przyprawiają tygrysom skrzydła.

A co z dopingiem? To nie jest chińska specjalność, szprycują się sportowcy na całym świecie.

Ale medalowe ambicje chińskich tygrysów przeraziły szefa światowej agencji antydopingowej (WADA) Dicka Pounda. - Jeśli zabierzecie na igrzyska tysiąc atletów, których nikt wcześniej nie widział, i zdobędziecie wszystkie medale, to nie będzie sukces sportu. To będzie katastrofa - ostrzegał niedawno gospodarzy igrzysk Pound. - Wszystkie niespodziewane wystrzały formy były w ostatnich latach efektem dopingu - dodał John Leonard, szef międzynarodowego stowarzyszenia trenerów pływania.

Rok temu agencja AP podała, że doping wykryto w szkole sportowej na odległej chińskiej prowincji. Całe klasy nauczyciele faszerowali EPO, sterydami i testosteronem.