Małgorzata Glinka: Sparing siatkarek na wariackich papierach

- Dobrze wykonana robota? Wyjść z grupy i wygrać jeszcze dwa mecze. Czyli wychodzi... półfinał - Małgorzata Glinka, czołowa polska siatkarka opowiada wysłannikom ?Gazety Wyborczej i portalu Sport.pl o celach na igrzyska i wariackim dniu ze sparingiem z Serbkami
Śliwa: Gocha zawsze napędzała ten zespół »

W środę siatkarki i siatkarze, ale też tenisistki miały w wiosce olimpijskiej ślubowanie. A już w sobotę, w pierwszym dniu igrzysk podopieczne Marco Bonitty grają pierwszy mecz - o godz. 8.30 polskiego czasu z Kubą. Jeśli ma się spełnić życzenie Glinki - trzeba wygrać.

Radosław Leniarski, Rafał Stec: Zagrałyście sparing z Serbkami. Jak wyszło?

Małgorzata Glinka: - To był ciężki dzień. Jechałyśmy ponad trzy godziny w jedną stronę, ponad trzy w drugą. W małym autobusiku spędziłyśmy w sumie siedem godzin, żeby zagrać cztery sety. Niby mecz miał się odbyć 120-150 km od Pekinu, ale do samego placu Tiananmen w centrum jedzie się stąd 50 minut. Gdy dojechałyśmy na miejsce okazało się, że mamy na wszystko tylko półtorej godziny, z czego 20 minut poświęciłyśmy na rozgrzewkę. Wszystko na wariackich papierach. Odczułyśmy to na boisku. Nie wiem, czy cokolwiek nam dał ten sparing, który zremisowałyśmy 2:2. Zdecydowanie więcej sensu miał środowy mecz z Brazylią, mimo że przegrałyśmy go 1:5. Ale zagrałyśmy dobrze z prawdopodobnie najlepszą drużyną na olimpiadzie. Gra się kleiła, słabsze byłyśmy w końcówkach.

Da się coś zrobić, by Brazylijki - gdyby trzeba było zagrać z nimi tutaj w Pekinie - zaniepokoić, podgryźć, a nawet wygrać z nimi?

- One mają lepsze przyjęcie i doświadczoną Fofao na rozegraniu. To jest właśnie różnica. Jak jest dobre przyjęcie, to z wystawą nie ma żadnego problemu. My czasami się w tym gubimy. Pytanie, czy możemy to nasze zagubienie ukryć? Chyba tak, bo były momenty, w których grałyśmy w środę dobrze. W trzech setach prowadziłyśmy, tylko te końcówki... Niestety właśnie one decydują o tym, czy jakaś drużyna jest słaba czy mocna.

Gajgał: Najtrudniejszy pierwszy mecz »

Wiadomo, że są na igrzyskach drużyny, które uznawane są za wyraźnie lepsze. Co uzna Pani za dobrze wykonaną robotę tutaj w Pekinie?

- Wyjść z grupy i zagrać jeszcze dwa mecze.

Czyli półfinał...

- No, tak wychodzi. To aby się zadowolić. Wiadomo, że o sam awans do ćwierćfinału będzie ciężko.

Medal byłby większą sensacją niż wasz tytuł mistrzyń Europy?

- Tak. I oddałabym oba złota za złoto w Pekinie.

Jak by Pani porównała drużynę, która teraz zagra w igrzyskach do Złotek, które zdobyły pierwszy tytuł mistrzyń Europy. Grała pani w tamtej, gra w tej...

- Różnią się całkowicie. To są zupełnie inne roczniki, zupełnie inna mentalność. Tamte dziewczyny miały swój wiek. Nawet gdyby chciały, nie dociągnęłyby do igrzysk. Na pewno jest im przykro, że nie dotrwały do wykorzystanej szansy.

Teraz brakuje trochę doświadczenia, czego nie da się w żaden sposób odrobić, nabyć w przyspieszonym tempie. Trzeba po prostu rozegrać kilkanaście spotkań i wtedy doświadczenie przychodzi. Nic za darmo. Widzę też różnice czysto sportowe. Teraz na skrzydłach jesteśmy z Anią Podolec obie silne i wysokie. Mocne w ataku, ale na przyjęciu nie idzie nam tak, jak powinno. Wtedy, w drużynie była Gosia Niemczyk, która "trzymała" odbiór serwisu. Zazwyczaj powinna być jedna dziewczyna silna w ataku, a druga wysoka, która ją kryje w przyjęciu. Na razie ciężko wyrównać ta stratę.

Mówi pani też o mentalności. Co to oznacza? Tamta była silniejsza psychicznie? Obawia się Pani, że wynik pierwszego meczu, z Kubą, wpłynie na drużynę aż tak, że przesądzi o przebiegu całego turnieju?

- A kto reaguje dobrze na niepowodzenie? Każdego podłamuje. Pytanie, kto potrafi szybciej podnieść się psychicznie, jeśli za dwa dni jest kolejne spotkanie. Sporo zależy od podejścia trenera. Czy będzie wychodził ze spuszczoną głową, czy będzie nas przepychał na dobrą stronę mocy. Ja jestem Marco Bonitty pewna. Nie spuści głowy, wesprze nas.

Sadurek: Dojrzałam przy Bonitcie »

Jak jest teraz z atmosferą w reprezentacji po przykrych incydentach z Wrocławiu i Szczyrku - ignorowaniu przez zawodniczki poleceń trenera, wyrzuceniu trzech z drużyny, a później ich przywróceniu? Rzadko się zdarza, by selekcjoner publicznie przyznawał się do błędów i wręcz za nie przepraszał...

- To nie jest moment, aby roztrząsać tamte wydarzenia. Nie w trakcie igrzysk. Już o nich zapomniałyśmy. Wszystko zostało całkowicie wyjaśnione i teraz wspólnie pracujemy, aby było lepiej.

Osiągnęła Pani w karierze klubowej i reprezentacyjnej tak wiele, że może się czuć siatkarką spełnioną. Czy debiut na igrzyskach mimo wszystko jest czymś specjalnym, ponad wszystko?

- Ponad wszystko nie. Nie skreślam całej kariery, w której coś już osiągnęłam. Ale igrzyska są wyjątkowe. Zresztą nie mam prawa mówić nic innego, jeśli jeszcze nigdy na nich nie grałam, a tutaj w wiosce mieszkają tacy, którzy startują na olimpiadzie po raz czwarty, nawet piąty. Mnie wystarczy przejść się po wiosce, już czuję się niezwykle. Mam oczy otwarte i jedyne, co mi się nie podoba, to że muszę stać w kolejce po kawę czterdzieści minut tylu tutaj sportowców. No i że trzeba wystawiać komputer na balkon, żeby mieć dostęp do internetu, choć obiecywali, że będzie w pokojach.

Zobacz jak mieszkają polscy olimpijczycy »

Właśnie - nie ma Pani dość tego koczowniczego trybu życia, ciągłego oblatywania całej planety?

- Podróże to część naszej pracy. Czasem - jak mam niewygodne miejsce w samolocie albo nie prześpię trzech nocy z powodu zmiany czasu - myślę: "Boże jedyny, kiedy to się skończy?". Ale potem to uczucie przechodzi. W końcu nie jesteśmy pierwszy raz w Azji tylko szósty, siódmy. Za to kiedyś, jak już skończę karierę, nie mam zamiaru wsiadać co rusz w do samolotu. Wolę wreszcie zostać z najbliższymi.

Jest inny aspekt gry. Po prostu nie ma dnia, aby coś mnie nie bolało. To nie jest normalne, że człowiek sześć godzin dziennie uprawia sport. Musze rano wstać i się rozchodzić, by jako tako funkcjonować. A jak nie przechodzi, to idę do fizjoterapeuty. Właściwie się do bólu, przede wszystkim kręgosłupa, przyzwyczaiłam.

Za wami tragiczne wydarzenie - śmierć koleżanki z reprezentacji po długiej chorobie. Czy chcecie w jakiś sposób uczcić Agatę Mróz?

- Wydaje mi się, że każda z nas na swój sposób cierpi i ma swój wymiar cierpienia. Tego nie trzeba pokazywać w telewizji. Najważniejsze, aby pamiętać o niej i żeby przypomnieć sobie z jak najlepszej strony. Nie trzeba jej czcić jakimś medialnym gestem.

Skowrońska: Na boisko wyjdziemy tylko po zwycięstwo »