Daniel Pliński przyznaje - siatkarze szepczą o medalu!

Niektórzy w drużynie szepczą o medalu, ja też czuję w kościach, że będzie nieźle - mówi siatkarz reprezentacji Raula Lozano. Z Danielem Plińskim rozmawia w Pekinie Rafał Stec.
Siatkarze wylądowali, Lozano już zły na Chińczyków »

Rafał Stec: Po nieszczęsnym finale Ligi Światowej w Rio de Janeiro zaszyliście się w chińskim Honghzou. Łatwo było zapomnieć o porażkach 2:3 z Amerykanami i 0:3 Serbią?

Daniel Pliński: Przede wszystkim pamiętaliśmy, że np. Amerykanie pierwszego dnia zagrali z Serbią tak samo słabiutko jak my. I że nam zabrakło jednego skutecznego ataku w tie-breaku, by nie tylko ich pokonać, ale w ogóle wyrzucić z turnieju. To świadczy o tym, jak niesamowicie wyrównany jest poziom w czołówce i jak łatwo wszyscy w czołówce wpadają w dołki.

Z Amerykanami graliśmy nieźle, co zatarliśmy beznadziejnym meczem z Serbią. Nie wychodziło nam nic, czuliśmy całkowitą bezradność. Katastrofa. Takie incydenty w siatkówce się po prostu zdarzają, ale w ważnych meczach nie zdarzają się często i jestem przekonany, że nam się prędko nie powtórzą. W Pekinie mam nadzieję Serbów pokonać. Nie powalczyć, tylko pokonać. Mieliśmy dwa tygodnie, podczas których odzyskaliśmy równowagę i przede wszystkim formę. Treningi stały na bardzo wysokim poziomie.

Czyli wspomnienia z Rio wykasowane?

- Wykasowane. Była analiza i potem zabraliśmy się do pracy. Trener Lozano też zwracał uwagę, jaki drobiazg dzielił Amerykanów od klęski. Przebieg finału nas nie załamał, ale utwierdził w przekonaniu, że na igrzyskach może się zdarzyć wszystko. Podobną sytuację już zresztą przeżyliśmy - kiedy przegraliśmy eliminacje ME w Estonii, wszyscy na nas wieszali psy, a my tydzień później uzyskaliśmy olimpijski awans w bardzo dobrym stylu. W takich chwilach człowiek się przekonuje, że podporządkowywanie mniej ważnych turniejów bardziej ważnym ma sens.

Co będziecie mieli w głowach przed niedzielną inauguracją z Niemcami?

- Przeświadczenie, że może od niej zależeć bardzo wiele. Musimy wygrać w dobrym stylu, to nas bardzo wzmocni i ostatecznie przywróci na właściwy tor. Może dać gigantycznego kopa. Jeśli się uda, mamy szansę naprawdę dużo zwojować w Pekinie.

To zwycięstwo może wam dać niemal pewność wyjścia z grupy. System, według którego rozgrywa się turniej olimpijski, sprawia, że dwie wygrane wystarczają często do gry w ćwierćfinale, a wy drugi mecz gracie ze słabym Egiptem...

- W ćwierćfinale możemy trafić wyłącznie na rywali, z którymi często wygrywaliśmy - Bułgarię, USA, Włochy. Ale na razie nie chcę wybiegać tak daleko. W naszej grupie scenariusz przewiduję taki, że o pierwsze miejsce będą walczyć Brazylia i Rosja, które na pewno będą w lepszej formie niż w Rio, a o trzecie - my, Serbowie oraz Niemcy, choć oczywiście chcemy wygrywać ze wszystkimi, także z faworytami. Nie sądzę, by Serbowie utrzymali formę sprzed dwóch tygodni. Tam szalał nie tylko Miljković, cała szóstka grała świetnie. Wystrzelili za wcześnie. A teraz mają bardzo ciężki start - z Brazylią i Rosją.

Dla nas minimum to ćwierćfinał. Wynik słabszy byłby porażką. Półfinał by mnie usatysfakcjonował, choć wszyscy stawiamy sobie cel wyższy - medal. Ja myślę o czołowej czwórce, bo w siódemce najlepszych drużyn świata różnice są naprawdę niewielkie. Wiem, że gadam banały, ale to święta prawda, każda impreza mnie w tym utwierdza. Jestem np. przekonany, że Brazylia będzie miała największe problemy od lat, by zdobyć złoto. Dlatego że inni poszli do przodu. Uważam, że np. my jesteśmy indywidualnie znacznie lepsi niż przed mistrzostwami świata, musimy tylko przełożyć ten postęp na drużynę.

Skoro staliście się mocniejsi, to dlaczego po ubiegłorocznym finale LŚ w Katowicach zaczęliście przegrywać z kim popadnie? Do tamtego momentu właściwie przez całą kadencję Lozano szliście do góry, nawet po srebrze mundialu z rozpędu wygraliście jeszcze 14 meczów z rzędu...

- Coś złego stało się po niepowodzeniu z Brazylią, sami pompowaliśmy balon, tak bardzo chcieliśmy ją pokonać i wygrać całe rozgrywki, że porażka, przecież dość nieznaczna, bardzo podcięła nam skrzydła. Ale w tym roku się zmieniliśmy i potrafimy szybko uciec od rozpaczania po porażce. Czytałem, że zdaniem wybitnego siatkarza Andrei Zorziego od Serbów różni nas tyle, że my klęski rozpamiętujemy, a oni o nich zapominają natychmiast po meczu. Nie zgadzam się. Nauczyliśmy się tego samego, a teraz czujemy się naprawdę bardzo dobrze. Choć treningi nie wystarczą, wszystko weryfikuje prawdziwa gra, to wiem, że naprawdę dawno podczas ćwiczeń przed turniejem nie wyglądaliśmy tak dobrze jak ostatnio.

Nawet zagrywka, którą ostatnio niespecjalnie potrafiliśmy ugodzić przeciwnika?

- Nawet zagrywka, pracowaliśmy nad nią bardzo dużo. To dla wszystkich impreza życia, nie przyjechałem tu, żeby założyć czapeczkę i strój z napisem "Olympic Games". Chcę zostać w Pekinie do 25 sierpnia (24 sierpnia, w ostatnim dniu igrzysk, siatkarze grają o medale).

Lekarz reprezentacji pływaków Robert Śmigielski mówił mi, że wyczuwa u wszystkich polskich sportowców zniecierpliwienie, że wszyscy chcieliby już przystąpić do walki o medale...

- W naszej drużynie tego nie widzę. Spokojnie czekamy, raz dziennie trenujemy, nie spalamy się. Nie wiem nawet, czy pójdziemy na ceremonię rozpoczęcia. Ja bym chciał, ale tam czeka nas pewnie półtorej albo dwie godziny stania na stadionie, więc trener Lozano może zdecydować, że zostajemy.

A starty innych Polaków będziecie oglądać?

- Boję się, że nie damy rady. W pokojach nie mamy telewizorów, jeździć na halę nie będziemy mieli czasu. Ja bym bardzo chciał oglądać piłkarzy ręcznych. Ich dyscypliną zainteresowałem się w tym samym czasie co większość Polaków, po ich medalu MŚ, i od tamtego momentu strasznie im kibicuję. To fajne, bardzo skromne chłopaki, wiele bym dał, żeby dopingować ich z trybun. Na mnie w ogóle cała wioska robi ogromne wrażenie - tylu sportowców razem, czasem słynnych, wszyscy w jednej stołówce, obok ciebie na siłowni ćwiczy Rafael Nadal... A zarazem czujesz napięcie wielkiego oczekiwania, widzisz, że wszyscy są skupieni na tym samym celu. Super.

Wróćmy do siatkówki - do niedawna czołówka była bardzo stabilna, podium na każdym turnieju wyglądało identycznie, ostatnio hierarchia wciąż się przewraca. Mistrzami Europy zostają Hiszpanie, LŚ wygrywają Amerykanie, porażki ponosi Brazylia, wraca do gry Serbia etc. Czy kalendarz do granic możliwości wypełniony rozgrywkami nie sprawia, że o wynikach zaczyna decydować przypadek, że nie wygrywają najlepsi, lecz ci, którzy przetrwają, unikną kontuzji, akurat trafią z formą?

- Z jednej strony to dobrze, że tyle się gra, bo widocznie ludzie chcą nas oglądać. Gdyby nie chcieli, nikt by nowych turniejów nie wymyślał. Ale rzeczywiście na wynikach to tempo się odbija. Każdą reprezentację dopadają potworne problemy, kontuzje wymuszają przesadne zmiany w składzie, brakuje czasu na treningi, więc nikt nie potrafi utrzymać wysokiego, równego poziomu. Finał LŚ może świadczyć o tym, że zaraza dotknęła nawet Brazylię. Dlatego tak trudno typować wyniki, wiele zależy od zdrowia. Tutaj nie chodzi o prawdziwe kontuzje, ale o ogólną dyspozycję. Kiedy coś kogoś boli, od razu widać, że nie ma luzu, że jego ruchy są przyblokowane. Serbowie i Amerykanie byli w Rio najzdrowsi i dlatego zagrali w finale. Ale mam wrażenie, że imprez nie ubędzie. Najwyżej przybędzie. Może nadejdzie czas, by powoływać dwie reprezentacje?

Czujecie moc?

- Na pierwszym treningu w Pekinie czułem się średnio, ale to u mnie normalne, zawsze tak reaguję po przylocie. Ogólnie czuję, że forma jest. Oby ją przełożyć na mecz. Powtarzam się, ale jest wielu mistrzów treningu, którzy na oficjalnych zawodach się spalają.

Raul Lozano też jest zadowolony z treningów, ale powiedział mi, że choć teraz, podobnie jak przed mundialem, znów wiele tygodni przebywaliście razem, to nie było żadnych szans przygotować się do igrzysk aż tak perfekcyjnie jak wówczas...

- To się już pewnie nie powtórzy, by wtedy trener miał przez pięć miesięcy 18-19 zawodników i mógł spokojnie pracować z nimi w Spale. Teraz ciągle podróżowaliśmy, więc zajęcia musiały być ograniczone, ale uważam, że biorąc pod uwagę okoliczności, wycisnęliśmy maksa. I zapisuję na plus to, że ostatnio ćwiczyliśmy już w chińskim Hongzhou, w tym klimacie. Inni tego nie mieli.

Zaraz podfruniesz od tego entuzjazmu...

- Zazwyczaj jestem optymistą, ale tym razem nie tylko ja. Inni w drużynie też szepczą o medalu. Zwłaszcza jeden, ale nie podam nazwiska. Ja też czuję w kościach, że będzie nieźle, naprawdę. Ostatni rok był szarpany, pełen wpadek ze słabymi, ale twierdzę, że ten turniej wypali. Marzę, by kibice nas witali jak po srebrze na mundialu w Japonii.

Relacje z Lozano się zmieniły? Najpierw mógł się wydawać nieomylny, bo szliście bez przerwy do przodu, potem przyszły niepowodzenia...

- Ani trener się nie zmienił, ani nasz stosunek do niego, wciąż ma autorytet i posłuch w drużynie. Od początku jest bardzo konsekwentny i osiąga swoje, choć nie ulega wątpliwości, że jak każdy pewnie popełnia błędy. Ale jak nie on, to kto miałby nas doprowadzić do medalu? Nikomu innemu w ostatnich 25 latach się nie udało.

Jest już właściwie przesądzone, że po igrzyskach Lozano, któremu wygasa kontrakt, odejdzie. Wynik w Pekinie powinien mieć wpływ na jego przyszłość? Wyobrażasz sobie, że zdobywacie tutaj w ładnym stylu medal, a on nie kontynuuje pracy z wami?

- Nie znam szczegółów kontraktu trenera, nie wiem, czy chciałby odejść, nie wiem, co dzieje się w PZPS. To nie zawodnicy wybierają selekcjonera, choć ta grupa obecnego akceptuje w 100 proc. Raul pewnie musiałby wszystko przemyśleć, bo w kadrze nastąpi zmiana pokoleniowa, a interesowałaby go pewnie umowa do igrzysk w Londynie. Nie siedzę w jego głowie, mogę najwyżej powiedzieć, co ja bym zrobił jako trener po ewentualnym wygraniu złota olimpijskiego. Odszedłbym. Po wspaniałym sukcesie, w wielkim stylu.

A co zrobisz, jak zdobędziesz medal olimpijski jako zawodnik?

- Niby moje wszystkie marzenia już się spełniły, bo medal już zdobyłem na MŚ, a teraz dołożyłbym ten najważniejszy. Ale już mam następne plany. Zagrać na igrzyskach w siatkówkę plażową, choć to niezwykle ciężkie wyzwanie, bo zanim bym się przebił, być może czekałyby mnie dwa lata jeżdżenia po różnych turniejach i zbieranie łomotu. Ale wyczyn byłby niesamowity - zostać pierwszym Polakiem, który zagrał na igrzyskach i w hali, i na plaży.

Witold Roman: Nie zagramy żadnego sparingu »

Pisz o emocjach towarzyszących olimpiadzie w Chinach, komentuj osiągnięcia Polaków! Załóż sportowego bloga, bloguj na Blogsport.pl!»