Sport.pl

Rozmowa z Andrzejem Grubbą na koniec kariery cz.1

01.01.1999. Najsłynniejszy polski tenisista stołowy Andrzej Grubba opowiada o swojej sportowej karierze
Trafiliśmy na swoje pięć minut. I było to chyba jedno z najdłuższych pięciu minut w historii polskiego sportu.

Zdobył 15 medali mistrzostw świata i Europy, 34 razy był mistrzem Polski. Wygrał 11 singlowych i 10 deblowych turniejów, odpowiadających rangą turniejom wielkoszlemowym w tenisie ziemnym. To głównie za sprawą Andrzeja Grubby w połowie lat 80. wielu Polaków pasjonowało się uważanym dotychczas za "grę świetlicową" ping-pongiem.

Stefan Tuszyński: Czy rok 1984, w którym wygrał Pan w plebiscycie "Przeglądu Sportowego" na najpopularniejszego sportowca Polski, był najlepszym w Pana karierze?

Andrzej Grubba: Nie był, ale ten tytuł nadany przez kibiców odbieram jako największy sukces. Myślę, że ten rok trafił w mentalność Polaków. Bo lubimy, jak nasz rodak odnosi sukces, ale ma przy tym trochę pecha. Walczyłem wówczas w finale ME w Moskwie. Transmitowała to TVP w Wielkanoc o godz. 17. Przy jajeczku wszyscy oglądali, jak w piątym secie przegrywam z Ulfem Bengtsonem do 19. I wszyscy potem płakali. Po przylocie na Okęcie okazało się, że mój bagaż waży 52 kg. Miałem trzy wazony - nagrody - z których każdy ważył przynajmniej 10 kg. Bagaż Leszka Kucharskiego ważył 28 kg i za osiem kg płacił nadbagaż. A z moimi torbami pani kierowniczka odpraw wysłała umyślnego, żebym nie dźwigał. Takie były czasy. Lubimy tych, którym się udaje, ale nie do końca.

Jeszcze w 1982 r. piłkarze zdobyli medal MŚ, ale to była końcówka. Rok później kończyła się polska potęga lekkoatletyki. Sport polski upadał, a my robiliśmy sobie renomę, wygrywając Superligę. Trafiliśmy na swoje pięć minut. I było to chyba jedno z najdłuższych pięciu minut w historii polskiego sportu.

Czy zawsze chciał Pan być sportowcem?

- Chyba nie miałem innego wyjścia. Rodzice nie byli sportowcami, ale oboje mieli sportowe ambicje. Tata był kierownikiem szkoły w Zelgoszczy, a mama nauczycielką. Mieszkaliśmy w budynku szkolnym. Oprócz mnie uczyły się w niej wiejskie dzieci. Większość z nich miała gospodarstwa. Jak wracały ze szkoły, pomagały w obejściu, a jak jeszcze miały czas, siadały do nauki. A ja po lekcjach nie miałem co robić. Wychodziłem na boisko i biegałem do nocy albo brałem piłkę i rzucałem na bramkę. Zawsze jeździłem z rodzicami na zawody. Starsi skakali, biegali, a ja wałęsałem się po stadionie. Przyglądałem się, nasiąkałem atmosferą małego sportu i marzyłem o czymś większym.

Miał Pan wówczas swoich idoli?

- Oczywiście. Jak zaczynał się maj, byłem Szurkowskim. Miałem damkę i szalałem na niej, wywołując w sobie atmosferę Wyścigu Pokoju. Piłką nożną zacząłem interesować się dopiero później, w liceum. Natomiast mama do dziś ma album wycinków prasowych opisujących moje sukcesy w piłce ręcznej.

A skąd wziął się ping-pong? Przecież nie było wówczas Andrzeja Grubby, żeby się na nim wzorować.

- Na wsi nie ma wielkiego wyboru. Założyliśmy z kolegami drużynę LZS, która grała w B klasie okręgowej. Nie mieliśmy trenera. Po prostu, gdy była zła pogoda, to się skrzykiwaliśmy przy stole, żeby pograć godzinkę. Najchętniej przychodził mój o trzy lata starszy brat Jurek, który grał lepiej ode mnie. On spowodował, że gram prawą ręką, choć jestem mańkutem. Był wyższy ode mnie, a ja niewyrośnięty. Grał mi krótkie piłki za siatkę. Chcąc sięgnąć piłeczkę, przerzucałem rakietkę do prawej ręki, a lewą, silniejszą, podpierałem się na stole.

Czy łatwo było Panu osiągnąć światowy poziom?

- Juniorom wydaje się, że gdy grają w I lidze, to już są mistrzami. Tymczasem to jest nic. Ja byłem jednak naładowany chęcią brania udziału w wielkich imprezach. Miałem chyba przerost tej chęci. To mnie zawsze motywowało.



Chociaż właściwie to najbardziej martwiłem się wtedy o szkołę. Ona była czymś absolutnie najważniejszym. Kiedy byłem zagrożony w nauce, to odpuszczałem wszystko. W III klasie ogólniaka na półrocze dostałem pałę z matematyki. Przestałem wówczas właściwie trenować. Rok później, kiedy dobrze zdałem maturę, pani od matematyki wzięła mnie na bok i przeprosiła. Tę pałę to nie ja miałem dostać tylko inny chłopak o nazwisku zaczynającym się na tę samą literę. To była bardzo roztargniona pani profesor. Pomyślałem, że to małe pocieszenie. Ale może dzięki temu miałem średnią na koniec szkoły 4,3. Wybierałem się na Akademię Medyczną, ale kilka dni przed egzaminem stchórzyłem i poszedłem na AWF. Teraz myślę, że zrobiłem dobrze, bo nie byłbym dzisiaj sportowcem.

Jak musiał pracować Andrzej Grubba, żeby stać się wybitnym zawodnikiem i zarobić na dostatnie życie?

- W Grenzau trenowałem do południa i po południu po dwie godziny. Wcześniej, w latach mojego wielkiego grania, dojeżdżałem do Niemiec z Gdańska. Leciałem samolotem w piątek lub sobotę, grałem mecz, a w poniedziałek rano wracałem do Polski. Trenowałem do czwartku i studiowałem. Było cholernie ciężko. W liceum nie byłem przez cztery lata na żadnej dyskotece. Na studiach ratował mnie towarzysko akademik. Ale bałem się, że gdy dziś się nie wyśpię, bo pójdę do dyskoteki czy na piwo, to jeśli przegram za tydzień, będę to sobie wyrzucał. I tak było. Wiedziałem, że wygłupiać się mogę, gdy w perspektywie kilku tygodni nie mam żadnych zawodów. A były prawie zawsze.

Czy to chęć uczestniczenia w wielkich imprezach spowodowała, że robił Pan błyskawiczne postępy?

- To była zasługa treningów z Leszkiem Kucharskim. Rywalizacja z nim była kwintesencją ambicji, tego, w czym wyrastałem, co mnie zawsze popychało do przodu. Byłem ogólnorozwojowo znacznie lepiej przygotowany niż moi koledzy z kadry, ale nie miałem tego czucia piłeczki co Leszek, jego naturalnego talentu. Ktoś kiedyś powiedział, że nasze treningi wyglądają zwierzęco. Broniłem się przed takimi określeniami, ale w końcu przestałem. Mnie zresztą zawsze przedstawiano jako pozytywnego bohatera, a Leszek zawsze był "czarnym charakterem". To media go tak wylansowały, a on nie do końca był taki zły. Po prostu był bardziej naturalny. Natomiast ja starałem się zachowywać tak, jak nauczono mnie w domu.

Podobno nigdy nie odmówił Pan gry w reprezentacji?

- O ile pamiętam, nie zdarzyło mi się. To znaczy, gdy trenerem kadry był Jerzy Grycan, dowiadywałem się od innych lub z prasy, że odmówiłem udziału w jakichś zawodach. Sam nigdy nie powiedziałem reprezentacji nie. Tak mnie wychowano. Może z tym wiąże się też fakt, że nie przyjąłem niemieckiego paszportu. Kilku tzw. biznesmenów powiedziało mi, że nie powinienem o tym opowiadać, tylko stukać się w czoło, że taki głupi jestem. W sprawie obywatelstwa nie prowadziłem poważnych rozmów. Były tylko luźne rozmowy przy piwie. Słyszałem, że będzie dla mnie i dla moich pracodawców w Niemczech lepiej, jak wezmę drugi paszport. Poprosiłem, żeby dali mi spokój. No i dali, a ja funkcjonuję w Niemczech zupełnie przyzwoicie, legitymując się polskim paszportem. Choć czasem w niemieckich urzędach, gdy pokazuję polski paszport, urzędnicy nastawiają się bojowo. Głupio mi się też trochę robi, gdy stoję w długiej kolejce na lotnisku dla "Non-UE", a wszyscy patrzą na człowieka tak jakoś dziwnie.

W reprezentacji debiutował Pan w 1976 roku. Szczytem popularności była zaś połowa lat 80., gdy dwa razy Polska wygrała Superligę.



- Chyba rzeczywiście byłem wtedy popularny. Za mało jednak, żeby nie mieć kłopotów z wizami, z WKU. Tam się czułem jak człowiek niższej kategorii. Trzeba było błagać, żeby decyzja o wydaniu paszportu nie zapadła, kiedy już zawody się skończą, ale za trzy godziny. Ludziom z urzędu paszportowego dawałem czasami koszulkę, spodenki, dres, a i tak, jak pamiętam, w 1983 roku straciłem przez załatwianie takich spraw 63 treningi. Takie były czasy, choć zaczynamy już o nich zapominać.

Gdy przyszły oferty z Niemiec: najpierw Saarbruecken, potem z Duesseldorfu, a w końcu z Grenzau, to zrobiłem wszystko, żeby wyjechać. Nie chodziło mi wówczas o chęć zarobkowania, ale miałem dość upodlania się, żeby móc uprawiać sport.

W 1988 roku wygrał Pan Puchar Świata w Hongkongu, ale nie zmieścił się nawet w dziesiątce plebiscytu "PS"...

- Bo był to rok olimpijski. A igrzyska to nie były moje zawody.

Pamiętam porażkę w deblu w Barcelonie, gdy grając z Kucharskim przeciwko Francuzom, prowadziliście 1:0 w setach, 19:10 i przegraliście. Czy było to największe Pańskie rozczarowanie sportowe?

- Nie wiem. Biję się w piersi, ale to był tylko debel. Singel zawsze był najważniejszy. Z całym szacunkiem dla moich partnerów: dla Leszka, Lucka Błaszczyka, Gatiena czy Douglasa. W deblu trzeba dawać z siebie wszystko, ale cieszy bardziej gra indywidualna lub drużynówka. W tej ostatniej, za komuny, musieliśmy realizować zawsze cholerne plany GKKFiS. Dobry start w drużynie w imprezach mistrzowskich był najważniejszy. Dopiero potem można było myśleć o grach indywidualnych.

Czyżby komuna niszczyła sport?

- Nie mam zamiaru płakać nad tamtym systemem. W sumie był on bardzo dobry dla sportu. Sport był wówczas doskonałą reklamą naszego kraju. A ja dzięki temu, że byłem dobry, miałem relatywnie więcej niż ktoś dobry w innej dziedzinie życia. Z drugiej strony, jacyś urzędnicy w GKKFiS - bo tak dzisiejszy UKFiT nazywał się kiedyś - nie znając zupełnie realiów, nie znając dyscypliny, stawiali wymogi.

W 1977 roku graliśmy w mistrzostwach Skandynawii. Miałem dostać się do II rundy. Musiałem przejść kwalifikacje i nikt nie wiedział, jakie będę miał losowanie, a musiałem trafić na kogoś rozstawionego z pierwszej ósemki. Gdybym odpadł wcześniej, mógłbym na lata wylecieć z kadry, bo nie spełniałem kryteriów. Pełen debilizm, ale tak to funkcjonowało. Dlatego twierdzę, że pojęcie szczęścia w tamtych czasach było ważniejsze niż dzisiaj. Bo dziś, jak wypracujesz sobie pozycję, to jesteś dobry. Wówczas, jeśli nie wypełniłeś limitów, to była tragedia. Facet się budził w nocy, ktoś podawał mu pięć nazwisk i on losował - ten może przegrać w I rundzie, a ten musi, wejść do II, ten z kolei do III. Robił to, nie znając ludzi ani losowania.

Nie był więc Pan hołubiony przez komunistyczne władze?

- Mieliśmy różnych ministrów sportu, od Kapitana do Kwaśniewskiego. Najlepiej wspominam tego ostatniego, bo cokolwiek by o nim mówić, wniósł wiele optymizmu do naszego sportu wtedy, gdy to się wszystko kruszyło. A czy coś dostawałem w tamtych czasach? Kiedyś na AWF otrzymałem Czerwoną Różę dla najlepszego studenta-sportowca, ze średnią 5,0. Wpisali mi takie oceny do indeksu. Było to w roku 1979, gdy takiej średniej nie mogłem mieć, bo niewiele chodziłem na zajęcia. Dostałem wówczas od ministra szkolnictwa wyższego wazon. Dostałem też mieszkanie na początku lat 80. To znaczy ja je wykupiłem, ale trzeba było dostać przydział na możliwość wykupienia. Zapłaciłem wówczas 40 tys. złotych. Tyle uzbieraliśmy z żoną ze stypendiów i trochę od rodziny. Byliśmy z Lucyną pierwszą parą, która brała ślub w Sali Białej Ratusza Staromiejskiego w Gdańsku. Wiceprezydent Szordykowski przyniósł nam wówczas klucze.