Na lodowisku w Tychach czuć dym. "Uwaga! Uwaga! Pożar!"

Obiekt GKS-u po gruntownym remoncie w 2009 roku miał być strefą wolną od dymu. Ostatnio palacze czują się tam jednak coraz pewniej.
Przed przebudową lodowiska normą było, że część kibiców opuszczała swoje miejsca w czasie przerw między tercjami i paliła na korytarzu, który biegł pod trybunami. Często było tam siwo od dymu!

Projektant nowego Stadionu Zimowego postanowił to ukrócić. Obiekt jest naszpikowany czujnikami dymu, które są sprzężone z Dźwiękowym System Ostrzegawczym (DSO).

Wystarczyło, że wątła smużka dymu liźnie czujkę, a lodowiskiem wstrząsał nieprzyjemny dla ucha komunikat: "Uwaga! Uwaga! W budynku wykryto zagrożenie pożarem!".

Głośniki znajdują się w każdym, nawet najmniejszym pomieszczeniu. Automatycznie była też powiadamiana straż pożarna i policja.

I tak rzeczywiście było. Gdy niesforny palacz niestosował się do zakazów, zdarzało się, że pod lodowisko przyjeżdżały i trzy zastępy straży pożarnej.

Ostatnio jednak na lodowisku śmierdzi dymem jak za najgorszych czasów! Marcin Staniczek, dyrektor tyskiego MOSiR-u przyznaje, że jest tym zdziwiony, ale odsyła do spółki "Tyski Sport", która zarządza teraz obiektem.

Henryk Drob, prezes spółki twierdzi, że czujniki działają. - Nie wiem dlaczego czuć dym. Może po prostu kibice wychodzą na zewnątrz [po remoncie miało być to zabronione - przyp.red.] i dym wlatuje przez uchylone drzwi? - zastanawia się. Naszym zdaniem stężenie dymu jest zbyt duże by przywiało go z zewnątrz. Podczas meczu z Unią Oświęcim miałem wrażenie, że siwa chmurka unosiła się pod dachem.



PS Po publikacji tego tekstu skontaktował się z nami dyrektor spółki Karol Pawlik. Działacz zapewnia, że czujniki na lodowisku działają, a dym dostaje się do obiektu przez drzwi. - Kibice mogą wychodzić na papierosa gdyż wyznaczyliśmy dla nich specjalne strefy na zewnątrz - mówi Pawlik.