Sport.pl

Ekspert radzi hokeistom z Jastrzębia. "Więcej cwaniactwa!"

JKH GKS Jastrzębie rozpoczęło rywalizację o mistrzostwo Polski od porażki na własnym lodzie. Wojciech Matczak, trener, który poprowadził do z złota GKS Tychy zapewnia, że jeszcze nic straconego.
Teraz finałowa rywalizacja przenosi się na lód w Krakowie, gdzie kolejne mecze odbędą się w środę i czwartek. Wojciech Matczak - były hokeista i trener, a dziś ekspert TVP Sport wskazuje co musi poprawić się w grze drużyny z Jastrzębia by miała szansę na pierwsze mistrzostwo w historii klubu.

Wojciech Todur: Co wiemy po pierwszym meczu finału? Jak będzie przebiegać ta rywalizacja?

Wojciech Matczak: Jeszcze wszystko może się wydarzyć. Porażka Jastrzębia na pewno nie przekreśla szans tej drużyny na końcowy sukces. Tym bardziej, że to nie było to Jastrzębie, które znamy. Zagrali dziwnie stremowani. Na pewno nie pokazali pełni swoich umiejętności. Zastanawiające, że ta niemoc dopadła tych, którzy uchodzą za liderów tej drużyny, czyli Krala i Lipinę. Byłem mocno rozczarowany ich grą. Od tych zawodników wymagam zdecydowanie więcej.

Cracovia to zespół, który potrafi wykorzystać każdy, nawet najmniejszy błąd rywala. Tymczasem gra obronna JKH też pozostawiała wiele do życzenia

Trudno wygrać mecz, gdy wykłada się rywalowi krążek we własnej tercji obronnej. Takie sytuacje będą się jednak zdarzać. Trzeba je jednak ograniczyć do minimum. Zawodnicy podejmują ryzyko. Szukają lepiej ustawionych kolegów, a czasami lepiej po prostu wywalić krążek.

Tak właśnie - po cwaniacku - gra chwilami Cracovią. Wyrzucą krążek z własnej tercji lobem. Wybijają go po bandzie. Wiedzą, że nic z tego nie będzie. Że gol nie wpadnie. Ale ukradną kilka cennych sekund, minut. Potem tego czasu brakuje, żeby rywal zdążył doprowadzić do wyrównania, czy strzelić zwycięskiego gola.

Przed rozpoczęciem tej rywalizacji słyszałem opinie, że może powtórzyć finał z roku 2005. Po pierwsze w historii klubu złoto sięgnął wtedy Pana GKS-u Tychy, który zmierzył się z sytą medali Unią Oświęcim. Teraz jest podobnie - Jastrzębie rozgrywa swój pierwszy finał, a dla Cracovii to norma.

Tylko czy prawdziwy sportowiec może się nasycić sukcesami? Moim zdaniem zawsze powinien być ich głodny. Cracovia to nie był w tym sezonie zespół, który typowano do złota. Fakt, że zaszli do finału na pewno mocno skonsolidował tą drużynę. Chcą zagrać na nosie niedowiarkom. Udowodnić - także sobie - że są najlepsi.

Zespół z Krakowa wciąż ma wiele atutów. Bracia Damian i Leszek Laszkiewiczowie, czy Damian Słaboń - to dziś już - zachowując zdrowe proporcje - ikony naszego hokeja. Podoba mi się też drugi atak, czyli obcokrajowcy Fojtik, Dvorak i Valcak. W tej drużynie każdy ma coś do zaoferowania. No i jeszcze ten Sebastian Kowalówka. W play off osiągnął życiową formę. To nigdy nie był kozak. Nie ganiał do upadłego po lodzie. Z czasów, gdy prowadziłem go w Jastrzębiu zapamiętałem, że wiele rzeczy przychodziło mu na luzie. Gdy inni się spinali, żeby strzelić bramkę, on nagle dostawał gumę na łopatkę kija i po chwili był gol.

Po pierwszym meczu wiele osób narzekało, że koszulki JKH i Cracovii są do siebie tak podobne, że utrudniają oglądanie meczu. Co Pan na to?

To fakt. Utrudniało i to bardzo. Oglądałem ten mecz z trybun i miałem z tym problem, więc wyobrażam sobie, że przed telewizorami było jeszcze gorzej. Stroje koniecznie do poprawki!

W cieniu finału toczy się rywalizacja o brązowy medal. GKS Tychy wygrał dwa mecze na lodzie w Sanoku. Zaskoczenie?

Na pewno. Nie da się ukryć, że zawodnikom obu drużyn trudno wykrzesać z siebie ambicje i emocje, jakie towarzyszyłyby im, gdyby grali o złoto. Zeszła z nich presja i to widać. Miałem przeczucie, że Sanok się w tym sezonie pogubi. Na pewno zaszkodził im regulamin play off. Gdy inni grali, to oni w "nagrodę" czekali kilka tygodni na półfinałowego rywala. To oczekiwanie wybiło ich z rytmu. Problemem tej drużyny jest też bramkarz. Mówię to ze smutkiem, bo Przemysław Odrobny - to pracowity i utalentowany zawodnik. Niestety zbyt często zachowuje się tak, jakby był obrońcą, czy napastnikiem. Podejmuje niepotrzebne ryzyko, a zespół za to płaci.

Więcej o: