Finał hokeja znowu na remis. Krwawa plama na lodzie w Tychach

GKS Tychy odrobił straty i w finale hokejowej ekstraligi znowu mamy remis (2:2). Coś nam się wydaje, że do wyłonienia lepszego w śląskiej rywalizacji będzie potrzeba aż siedmiu meczów. Kolejne spotkanie w środę w Jastrzębiu.
Na ŚLĄSK.SPORT.PL piszemy także o hokeju. Sprawdź na Facebooku >>

W ostatnich dziesięciu latach GKS Tychy grał w finale siedem razy, ale mistrzostwo zdobył raz - w 2005 roku. Wiecznie drudzy, zatruci srebrem - powtarzały się opinie po przegranych w finałach.

Teraz - po dziesięciu latach od jedynego mistrzostwa - GKS zdawał się mieć w garści większość autów. Bogatszy budżet, mocniejszy - przynajmniej na papierze - skład, doświadczenie, wsparcie kibiców...

Nie ma bowiem drugiego takiego lodowiska w Polsce, gdzie doping niósłby do wygranej tak jak w Tychach. Pod tym względem fani GKS-u dzierżą mistrzostwo od lat.

Tyle, że na lodzie o złoto znacznie trudniej. Jastrzębie gra twardo, z pasją i co najważniejsze z głową. Tyszanom z wielkim trudem przychodzi rozbijanie defensywy rywala, a gdy już się to uda, to za plecami obrońców JKH stoi jak skała Przemysław Odrobny. Bramkarz rodem z Gdańska jest nazywany przez kolegów "Wiedźminem" i czasami rzeczywiście zachowuje się między słupkami tak, jakby zgłębił arkana czarnej magii. Odrobny jest w wybornej formie. Dużo widzi, przewiduje zagrania tyszan. Ciężko znaleźć drogę do jego bramki.

W sobotę o wygranej JKH przesądziła tak naprawdę jedna akcja, jeden błąd - gdy Bartłomiej Pociecha przewrócił się we własnej tercji. Mariusz Czerkawski, przed laty znakomity zawodnik, a dziś komentator TVP Sport stwierdził, że taki upadek zdarza się raz na sto razy. Ale nie Pociesze... W niedzielę obrońca GKS-u znowu stracił równowagę i przywitał się z lodem. Na szczęście dla niego, tym razem bez konsekwencji.

Nie oznacza to jednak, że GKS zachował po pierwszej tercji czyste konto. Jeden kosztowny błąd jednak się tyszanom przytrafił. Najmocniej zapracowali na niego Jan Steber i Maciej Urbanowicz, którzy wygrali walkę przy bandzie, a potem wyłożyli krążek Michałowi Plichcie. Strzał był już formalnością.

GKS-owi można zarzucić wiele, ale na pewno nie brak ambicji. W drugiej tercji nikt się nie oszczędzał. Po jednym ze starć przy bandzie z lodu długo nie podnosił się Adam Bagiński. Gdy napastnik GKS-u w końcu stanął na nogi, okazało się, że zostawił po sobie plamę krwi, którą potem znaczył drogę do boksu swojej drużyny. Służby techniczne, zawodnicy i sędziowie długo skrobali lód w miejscu czerwonej strużki, a potem pracownicy lodowiska wynieśli na łopacie krwawy "sorbet".

Bagiński przelał krew, ale opłaciło się, bo szczęście w końcu uśmiechnęło się do miejscowych. Po strzale Josefa Vitka krążek co prawda odbił się od słupka, ale Odrobny interweniował na tyle pechowo, że sam wrzucił go sobie do bramki.

Przed trzecią tercją większość obstawiała, że bez dogrywki się nie obejdzie. Tyszanie mieli jednak inny plan. Najpierw trafił Vitek, a potem Radosław Galant i GKS w końcu przyparł rywala od ściany. Ściany od której Jastrzębie już się w niedzielę nie odbiło. Na "do widzenia" zainkasowało jeszcze czwartą bramkę. 

GKS Tychy - JKH GKS Jastrzębie 4:1 (0:1, 1:0, 3:0)

Bramki: 0:1 Plichta - Urbanowicz (15.), 1:1 Vitek - Witecki (36.), 2:1 Vitek - Witecki (44.), 3:1 Galant (45.), 4:1 Kolusz - Kotlorz (58.)

GKS: Zigardy - Besch, Kotlorz, Kolusz, Kartoszkin, Guzik - Pociecha, Sokół, Bagiński, Galant, Woźnica - Ferenc, Hertl, Kuzin, Rzeszutko, Witecki - Mojz~s, Wanacki, V~tek, Parzyszek, Kogut

JKH: Odrobny - Rompkowski, Nemecek, Bordowski, Bondarew, Laszkiewicz - Bryk, Górny, Plichta, Steber, Urbanowicz - Protivny, Ałeksiuk, Danieluk, Polodna, Nalewajka - Bigos, Pastryk, Przygodzki, Marzec, Kulas

Kary: 0 - 6

Widzów: 3000

Stan rywalizacji: 2:2 (Mistrzem Polski zostanie zespół, który pierwszy wygra cztery mecze. Kolejne spotkanie w środę w Jastrzębiu)