Sport.pl

GKS Tychy. Złoto tak blisko i tak daleko. Cracovia nie pękła

GKS Tychy nie wykorzystał atutu własnego lodu i nie wygrał meczu na wagę mistrzostwa Polski. Rywalizacja wraca więc do Krakowa, gdzie w sobotę dowiemy się która drużyna stanie złotą drużyną.
Facebook? » | A może Twitter? »


Jeżeli na godzinę przed meczem tyskie lodowisko jest wypełnione pod sufit kibicami, to wiedz, że będzie się działo! Dla zawodników GKS-u to było starcie roku. Mecz o najwyższą stawkę.

Po trzech wygranych z rzędu hokeiści śląskiego klubu stanęli przed szansą na rozstrzygnięcie rywalizacji o złoty medal na własnym lodzie. Jak zawsze w takiej sytuacji pojawiły się komentarze, że większa presja będzie spoczywać na miejscowych, albo, że kibice poniosą GKS do zwycięstwa. Umówmy się jednak, że na tym poziomie słabych już nie ma. A kto nie radzi sobie z presją zawsze może przerzucić się chociażby na obserwowanie ptaków.

Cracovia zaczęła lepiej. Krążek krążył szybciej między łopatkami kijów zawodników z Małopolski. W końcu trafił do Artioma Bożko, który wykonał łopatką krótkie, precyzyjne cięcie. Rosjanin był niczym chirurg, który bezbłędnie operuje skalpelem. Stefan Zigardy, bramkarz GKS-u nie zdążył zareagować.

Tyszanie próbowali szybko odrobić straty, ale było ciężko. Zawodnicy z Krakowa gonili bowiem za krążkiem tak jakby zależało od tego coś więcej niż tylko losy złotych medali. GKS popełnił kosztowny błąd w chwili, gdy grał z przewagą jednego zawodnika. Marcin Kolusz zgubił krążek, a Damian Kapica pognał z nim na bramkę GKS-u i wpakował pod poprzeczkę.

Trybuny na chwilę przycichły. Teraz to kilkuset fanów Cracovii wypełniało lodowisko dopingiem.

0:2 na własnym lodzie boli. Najbardziej bolało Bartosza Ciurę, który tuż przed zakończeniem pierwszej tercji wypalił z niebieskiej nie do obrony. To już nie był chirurg, tylko miotający toporem z nieludzką siłą drwal! GKS od początku drugiej tercji poszedł za ciosem. Napór miejscowych zepchnął przyjezdnych do głębokiej defensywy. Tyszanie naciskali rywala już w jego tercji obronnej. Mnożyły się błędy, strzały, ostre starcia na bandach. To był fantastyczny hokej!

Minister sportu Witold Bańka i generał Roman Polko, który przylepiali nosy do pleksy otaczającej lodowisko kilka razy łapali się za głowy niedowierzając, że krążek po strzałach GKS-u nie wpadł do bramki.

Cracovia miała więcej szczęścia, a przy golu znowu maczał paluchy Kolusz, który przegrał walkę o krążek na czerwonej linii. Do gumy dopadł potem Petr Sinagl i z ostrego kąta pokonał Zigardy'ego po raz trzeci.

Dwie bramki przewagi to w hokeju niewiele. Tyle, że przy tak wyrównanej rywalizacji to przewaga bezcenna! GKS męczył się okrutnie, ale wrócił do gry za sprawą genialnej akcji i jeszcze lepszego strzału Jakuba Witeckiego.

W końcówce zawodnicy GKS-u oraz kibice tyskiego klubu urządzili Cracovii piekło, ale ta nie dała się wepchnąć do kotła. Decydujący o mistrzostwie mecz odbędzie się w sobotę w Krakowie.

GKS Tychy - Cracovia 1:3 (1:2, 0:1, 0:0)

Bramki: 0:1 Bożko - Drzewiecki (6.), 0:2 Kapica (18.), 1:2 Ciura - Witecki (20.), 1:3 Sinagl (38.), 2:3 Witecki (49.)

GKS: Zigardy; Ciura - Kolarz, Woźnica - Rzeszutko - Bagiński; Pociecha - Kolusz, Vozdecky - Komorski - Vitek; Kotlorz - Bryk, Bepierszcz - Galant - Kogut; Hertl - Gazda, Jeziorski - Witecki - Łopuski

Cracovia: Radziszewski; Novajovsky - Noworyta, Urbanowicz - Svitana - Sinagl; Maciejewski - Kruczek, Dziubiński - Słaboń - Kapica; Wajda - Dutka, Bożko - Kucewicz - Drzewiecki; Dąbkowski - Turon, Domogała - Wróbel - Kisielewski

Kary: 18 - 12

Widzów: 3 000

Stan rywalizacji: 3:3 (Mistrzostwo zdobędzie zespół, który wygra cztery mecze. Kolejne spotkanie w sobotę w Krakowie)

Więcej o: