Były trener Ruchu Chorzów i Górnika Zabrze: Wybitne kluby muszą się szanować

- Pierwsze miejsce Górnika Zabrze wcale mnie nie zaskakuje. Z wiosennej serii porażek zostały wyciągnięte właściwe wnioski - twierdzi Edward Lorens, ale nie pozbawia niebieskich szans w piątkowych Wielkich Derbach Śląska


Edward Lorens jako piłkarz był mistrzem Polski z Ruchem Chorzów w 1979 r. Jako trener z sukcesami prowadził m.in. niebieskich i Górnika Zabrze. Górnik jest dziś liderem ekstraklasy po 19 latach przerwy. To właśnie Lorens był trenerem zabrzańskiego lidera z 1994 r.

Piotr Zawadzki: Co pana bardziej zaskakuje: lider Górnik czy słabość Ruchu?

Edward Lorens: Ale mnie pierwsze miejsce Górnika wcale nie zaskakuje! W jego przypadku procentuje kilkuletnia praca. Jest w tej drużynie widoczna stabilizacja i nawet gdy sprzedaje się tam zawodników, to trzon nie zostaje naruszony. Górnik po prostu okrzepł, a z wiosennej serii porażek zostały wyciągnięte właściwe wnioski. A Ruch? Po dwóch sezonach sukcesów dotknął go kryzys ekonomiczny. Teraz trwa budowa całkiem nowej drużyny, czas pracuje na korzyść trenera i zawodników.

Górnik jest liderem ekstraklasy po 19 latach przerwy. To właśnie pan był trenerem drużyny z 1994 r. Skład był bardzo silny: Kłak, Wałdoch, Jegor, Brzęczek, Koseła, Hajto, Bałuszyński...

- Trzeba zacząć od tego, że tę drużynę już rok wcześniej budował Henryk Apostel, potem zastąpił go Hubert Kostka. Skład był rzeczywiście mocny, brylowali w nim olimpijczycy z Barcelony. Potem jednak na jaw wyszły niejasne relacje między prezesem klubu Władysławem Kozubalem a gwiazdami drużyny. Nagle się okazało, że były ogromne zaległości płacowe wobec piłkarzy. Ja nie byłem świadomy tych spraw. Niesmak pozostał.

Odpadliście z austriacką Admirą Wacker w Pucharze UEFA. Potem przyszły porażki w lidze, Wałdoch, Bałuszyński czy Brzęczek wyjechali z Zabrza. Górnik był coraz słabszy.

- Kiedy Kozubal przestał być prezesem, wiadomo było, że aby przetrwać kolejny sezon, Górnik musi sprzedać najlepszych zawodników. Niepowodzenie z Admirą - a wcale to się tak nie musiało skończyć - ostatecznie o tym przesądziło. Złapaliśmy wiatr w żagle, ale zaraz odeszli kolejni. Policzyłem potem, że w krótkim czasie z Górnikiem pożegnało się 10 podstawowych graczy. Spisywano nas na straty, ale do zespołu dołączyło wtedy dużo młodych zawodników i sezon Górnik skończył na piątym miejscu. Już beze mnie, bo zostałem zwolniony na dwie kolejki przed końcem.

Pamięta pan te zarzuty: przyszedł Lorens z Chorzowa i wyprzedał Górnika?

- Nie pamiętam, ale to jakaś wielka głupota. Lorens nigdy nikogo nie sprzedawał! Trener na pewno o takich sprawach nie decyduje, trenerowi może zależeć tylko na jak najsilniejszym składzie. Inna sprawa, że jesienią 1994 r. sprzedaż Wałdocha czy Bałuszyńskiego to było zbawienie dla Górnika.

Obecny Górnik personalnie jest dużo słabszy od tamtego. Da się w ogóle porównać oba zespoły?

- Na pewno nie. W polskiej lidze coraz trudniej utrzymać dobrych piłkarzy. Zbudować dziś w Polsce zespół z trzema, czterema reprezentantami Polski to nierealne. Wtedy w Górniku na krótki czas udało się to zrobić.

Po raz pierwszy trafił pan do Zabrza tuż po zwolnieniu z Ruchu. Traktowali pana z nieufnością?

- Nigdy nie odczułem niechęci. Oczywiście zdarzało się, że jak przegrywaliśmy, to z trybun leciały nieprzyjemne hasła, ale taki już los trenera. Dzięki pracy w Górniku poznałem wielu wspaniałych ludzi, niekoniecznie związanych ze sportem: Zygfryda Wawrzynka, Zbigniewa Religę, Mariana Pardelę, Stanisława Pasyka...

Pan, a także Waldemar Fornalik, Marek Wleciałowski, Jan Żurek czy Zdzisław Podedworny to przykłady trenerów z ostatnich lat, którzy pracowali i w Ruchu, i w Górniku. Nie wszystkim wyszło, ale widać, że szefowie klubów nie mają oporów.

- To tylko potwierdzenie słów Gerarda Cieślika, który zawsze powtarza, że tak wybitne kluby muszą się szanować. Jako piłkarz Ruchu grałem wiele razy przeciwko Górnikowi. Nie było między nami wrogości. Miałem doskonałe relacje z jego gwiazdami: Oślizłą, Lubańskim, Anczokiem. Ta chorzowsko-zabrzańska niechęć to jakiś mit, on może istnieje tylko w niektórych kręgach.

Powrót do Górnika się panu nie udał. Krótko był pan dyrektorem sportowym, a w 2005 r. jako trener nie wytrwał pan nawet dwóch miesięcy i zrezygnował jeszcze przed rundą wiosenną.

- Akurat uważam, że okres dyrektorowania był bardzo udany. To ja zatrudniłem w Zabrzu trenera Fornalika, ściągnąłem Ivicę Kriżanaca czy Andrzeja Niedzielana. Górnik miał wtedy naprawdę dobry zespół. Zrezygnowałem, bo dostałem ofertę pracy na Cyprze. Jeśli chodzi o rezygnację z trenerki, to zdecydowała o tym różnica zdań co do sposobu budowy zespołu pomiędzy mną a prezesami Górnika. Ale chyba lepiej, że odszedłem jeszcze przed sezonem, niż miałbym to zrobić po paru kolejkach.

Największe krajowe sukcesy, czyli trzecie miejsca w lidze, odniósł pan właśnie w Górniku i Ruchu. Który z tych wyników został osiągnięty w trudniejszych warunkach?

- W trzecim miejscu Górnika to ja mam akurat najmniejszy udział, bo trafiłem do klubu pod koniec sezonu 1993/1994. Trzeba tylko żałować, że Górnik nie został wtedy mistrzem. Natomiast w Ruchu od początku do końca zapracowałem na sukces. Nie przelewało się wtedy w Chorzowie, piłkarzom nie płacono regularnie, ale graliśmy dobrą piłkę.

Do Ruchu wracał pan jako trener, doradca zarządu, teraz jest pan na Cichej skautem. To pana ulubione miejsce w śląskiej piłce?

- Na pewno. To szczególne miejsce, decydują o tym atmosfera i dobór wartościowych ludzi z charakterem.

Jak będzie w Wielkich Derbach Śląska? Faworyt jest zdecydowany.

- No tak, skoro to lider. W derbach jest tak jak w meczach Pucharu Polski: do małego miasteczka przyjeżdża wielki klub, ale niczego w takim starciu wykluczyć nie można. Dlatego w derbach też różnie bywa, choć poziom gry to już inna sprawa.

Kto wygra najbliższe Wielkie Derby Śląska?