Pięć lat temu zginął piłkarz, który miał być drugim Gerardem Cieślikiem

16 stycznia 2007 roku w Chicago dochodziła piąta rano. W okolicach ulic Harlem i Foster prowadzony przez Kamila Locha van uderzył z całym impetem w zaparkowanego na poboczu tira. 23-letni chorzowianian poniósł śmierć na miejscu.
Serwis Ruchu Chorzów na ŚLĄSK.SPORT.PL



Rzadko zdarza się, żeby któregokolwiek piłkarza porównywano do wielkiego Cieślika. Takie szczęście miał właśnie Loch. Był wychowankiem niebieskich. Zawodowy kontrakt podpisał już w wieku 17 lat. - Co to był za chłopak! W juniorach strzelał dla nas setki bramek. Jeden z ówczesnych sponsorów Ruchu powiedział mi wtedy: "Wiesz, dlaczego daję pieniądze na klub? Ze względu na Gerarda Cieślika i... Kamila, który kiedyś go zastąpi" - wspominał Krystian Rogala, który prezesował Ruchowi, gdy Loch zadebiutował w pierwszej drużynie. Zagrał w dwóch meczach ekstraklasy, strzelił jedną bramkę w Pucharze Polski. Był pewniakiem w młodzieżowej kadrze Polski Michała Globisza.

Wszyscy stawiali go za wzór. W 2001 r. został stypendystą Fundacji im. Kołłątaja, która zajmuje się wspieraniem i promocją młodzieży na Śląsku.

Kamil był wtedy uczniem trzeciej klasy Zespołu Szkół Zawodowych nr 3 w Chorzowie. Miał zdobyć zawód elektryka-energetyka, zawsze powtarzał jednak, że swoją przyszłość wiąże z piłką. - W przyszłości chciałbym jak najwięcej osiągnąć z Ruchem, a potem trafić do silnej europejskiej drużyny - mówił przed laty "Gazecie".

Jego kariera nie rozwijała się tak, jak sobie wymarzył. W 2003 r. został wypożyczony do Polonii Bytom, potem zaliczył jeszcze epizod w MKS-ie Myszków. W końcu postanowił odmienić swoje życie i wyemigrował.

W USA był elektrykiem. Amatorsko grał w piłkę w Legovii oraz Jagiellonii Chicago - drużynach rywalizujących w polonijnej Okocim Soccer League. Był wyróżniającym się zawodnikiem, królem strzelców Jagiellonii. Po jego śmierci koledzy z boiska mówili, że miał problemy osobiste.

Podyskutuj o rozgrywkach w naszym regionie na Facebooku Śląsk - Sport.pl »