Korespondencja z Turcji: Piłkarze z Argentyny i Kamerunu tylko czekają na sygnał Ruchu

Turecka riwiera zimą to nie tylko wielkie boisko, ale i rynek transferowy. Menedżerowie z całego świata kręcą się wokół działaczy i trenerów starając się ich przekonać do wspólnego biznesu.
Wystarczy jeden sygnał niebieskich, a na Cichej pojawią się zawodnicy z Afryki czy Ameryki Południowej. Z Ruchem chciałby współpracować na przykład Ernest Boyomo z Argentyny. Zresztą, z kim on nie chciałby współpracować... Wiecznie uśmiechnięty Ernest podchodzi do przedstawiciela każdej drużyny, która akurat zaczyna sparing czy trening na boisku w Belek.

Mirosława Mosóra, dyrektora chorzowskiego klubu, też starał się przekonać, że z jego zawodnikami Ruch zawojuje nie tylko polską ligę. Boyomo dał dyrektorowi swoją wizytówkę, a na odchodnym zaznaczył: "Będę czekał na informację".

Dyrektor niebieskich wyjaśnia, że to standardowe działanie menedżerów. - Szukają kontaktu, zdając sobie sprawę, że na boisku w Turcji przecież interesu nie ubiją. Jeżeli wymienimy się mailami, to potem ślą swoje oferty i czekają na sygnał. Rzadko jednak coś z tego wynika. Afryka czy Ameryka Południowa to jednak nie nasz kierunek - mówi Mosór.

- Mogę zaoferować polskim klubom naprawdę klasowych piłkarzy. Z tego co wiem, to w waszej lidze nie gra dziś żaden Argentyńczyk. To błąd. Moi rodacy na pewno uatrakcyjniliby waszą ligę - przekonuje Ernest, za którym jak cień podąża kolejny menedżer, tym razem z Kamerunu. - Ostatnio było blisko transferu naszego piłkarza do Pogoni Szczecin. Raczej nie robimy interesów z klubami z drugiej ligi, ale Pogoń jest liderem, więc chcieliśmy zrobić wyjątek - przekonuje.

Boyomo też ma świadomość tego, że pierwszy kontakt i rozmowa to tylko wstęp do ewentualnej współpracy. Argentyńczyk, widać, bywa zmęczony swoją pracą, gdyż podczas treningu piłkarzy Ruchu usiadł znużony na krześle, a po chwili zamknął oczy i chyba nawet się zdrzemnął.

Korespondencja z Turcji dzięki pomocy 4energy