Sport.pl

Ruch Chorzów wygrał po golu zdobytym w przedłużonym czasie gry

Niebiescy świetnie spisali się w Lubinie. Tak naprawdę mogli z gospodarzami, którzy ulegli w lidze po raz pierwszy od listopada, wygrać znacznie wyżej.
Chorzowianie zagrali bardzo dobrze, choć można mieć ogromne pretensje do ich skuteczności. Gospodarze grali słabiej być może z powodu nieobecności kontuzjowanego Szymona Pawłowskiego i Michala Papadopulosa, który pauzował po czterech żółtych kartkach. Obaj uczestniczyli w zdobyciu 20 z 24 ligowych goli Zagłębia. Zastąpić ich mieli Adrian Błąd, który jest przymierzany do zastąpienia Pawłowskiego, gdy ten odejdzie latem do innego klubu, i wracający po kontuzji Arkadiusz Woźniak. Mecz zaczął się tak, jak przebiegał przegrany przez lubinian rewanż ćwierćfinału Pucharu Polski w Chorzowie. Zagłębie usiłowało stosować atak pozycyjny, Ruch nastawił się na kontrę. W 5. minucie po szybkiej akcji dobrą okazję miał Maciej Jankowski, ale naciskany przez Borisa Godala strzelił niecelnie. W 10. minucie błąd chorzowian w środku pola zakończył się golem dla gospodarzy. Piłka trafiła do Roberta Jeża, ten kapitalnie zagrał do wchodzącego prawym skrzydłem w pole karne Błąda i wychowanek Zagłębia spokojnie strzelił do siatki obok wychodzącego z bramki Michała Peskovicia.

W 19. minucie lubinianie przeprowadzili kolejną dobrą akcję zakończoną pięknym technicznym, minimalnie niecelnym strzałem Jeża. W 27. minucie przysnęli obrońcy gospodarzy. Filip Starzyński miał bardzo dużo miejsca 20 metrów przed bramką Michała Gliwy, spokojnie przyjął piłkę, ustawił na strzał i uderzył. Strzał z ogromnymi problemami obronił jednak Gliwa. Chwilę później obrońcom gospodarzy urwał się Jankowski, ale nie zdążył do piłki zagranej za plecy obrońców Zagłębia. W 38. minucie wciąż odczuwający skutki kontuzji Banaś musiał jednak opuścić boisko. Zastąpił go Adrian Rakowski. Na pięć minut przed końcem pierwszej połowy bardzo blisko wyrównania był Marek Zieńczuk, który z kilku metrów strzelał, ale wprost w Gliwę. Po pierwszej połowie lubinianie wprawdzie prowadzili, ale zdecydowanie lepiej prezentowali się goście. Tuż po zmianie stron zaczął się nieprawdopodobny spektakl. Najpierw na noszach boisko opuścił drugi stoper lubinian Boris Godal. Zastąpił go Costa Nhamoinesu. Chwilę później, po rzucie rożnym, fatalnie głową zagrywał Cotra i piłka wpadła do braki Gliwy. Dwie minuty później ten sam Cotra, po pięknej akcji lewą stroną z Małkowskim, idealnie dograł do Błąda i wychowanek Zagłębia strzelił swoją drugą bramkę w ekstraklasie. Gospodarze z ponownego prowadzenia cieszyli się ledwie minutę, bo z prawej strony pola karnego Gliwy świetnie dośrodkował Zieńczuk, Widanow nie upilnował Janoszki i znowu był remis. Po stracie drugiej bramki gospodarze ruszyli do ataku. Okazje jednak marnowali Rakowski i Woźniak. W 88. minucie Marcin Baszczyński ciosem łokciem powalił w polu karnym Woźniaka. Sędzia nie zareagował. W doliczonym czasie gry potwornie zakotłowało się w polu karnym gości. Trzy strzały lubinian goście zablokowali i po chwili mieli szansę na wyprowadzenie kontry. Taktycznym faulem przerwał ją Błąd, który bardzo ryzykował, bo miał na koncie żółtą kartkę. Skrzydłowy Zagłębia wyleciał z boiska, ale na tym dramat gospodarzy się nie skończył. Strata w środku pola skończyła się wyjściem na idealną pozycję Jakuba Smektały. Przy fatalnej postawie eksperymentalnej obrony gospodarzy pierwszy strzał Gliwa zdołał jeszcze odbić przed siebie, przy dobitce był już bez szans

Więcej o: