Weteran z Ruchu Chorzów wrócił na boisko. Teraz stara się nie pokazywać znajomym

Mirosław Jaworski - obrońca, który w Ekstraklasie rozegrał ponad 300 spotkań, a z Ruchem Chorzów zdobywał Puchar Polski - w wieku 48 lat zdecydował się wznowić karierę! Właśnie zadebiutował w barwach lidera sosnowieckiej B-klasy Przemszy Okradzionów. 
W latach 80. i 90. Jaworski rozegrał 327 ligowych spotkań. Większość w barwach Ruchu Chorzów, ale w dwóch sezonach zakładał też koszulkę Śląska Wrocław (25 meczów w lidze). W 1996 roku z niebieskimi wywalczył Puchar Polski.

Teraz nieoczekiwanie zdecydował się wrócić na boisko. W Przemszy nie jest jedynym doświadczonym piłkarzem. Za kolegów z boiska ma Bogdana Pikutę - byłego ligowca w barwach Górnika Zabrze, GKS-u Katowice czy Widzewa (mistrz Polski z roku 1996) oraz Adama Krygera - byłego piłkarza m.in. Ruchu, Lecha Poznań i Widzewa.

Jaworski w ostatni weekend debiutował w barwach swojej nowej drużyny w meczu z rezerwami CKS-u Czeladź. Jego nowy klub wygrał 4:2, dzięki czemu awansował na pozycję lidera rozgrywek.

Wojciech Todur: Słyszałem, że debiut okupił pan stratą zęba. I to jedynki!

Mirosław Jaworski: To prawda. Nie było w tym niczyjej winy. Pechowo trafiła mnie piłka. Teraz staram się nie pokazywać znajomym (śmiech). Czekam na wprawienie tego zęba.

Nie może pan wytrzymać bez piłki?

- To się już chyba nie zmieni. Kilka miesięcy temu zacząłem grać w Reprezentacji Śląska Oldbojów. Choćby dlatego, żeby nie dać plamy, cały czas muszę być w treningu. Z propozycją gry w Przemszy zwrócił się do mnie kolega Bartosz Kubisa, który jest również trenerem w Okradzionowie. To takie towarzyskie granie dla zdrowia. I tak w każdą niedzielę grałem w meczach oldbojów. No to teraz się poruszam w spotkaniach o ligową stawkę. Młodszym kolegom z boiska bardzo zależy na wygranych i to mi się bardzo podoba.

Dariusz Gęsior, pana kolega z Ruchu Chorzów, ubolewa, że wyszkolenie młodych piłkarzy pozostawia wiele do życzenia. To wręcz zaproszenie do gry dla weteranów.

- Coś w tym jest. Obserwuję na co dzień młodych piłkarzy, bo jestem też kierownikiem drużyny 16-latków w Ruchu. Młodzież można podzielić generalnie na dwie grupy. Pierwsza - słaba technicznie, nieprzygotowana do rywalizacji fizycznie i mentalnie. Druga - nawet nieźle wyszkolona, ale tak dla siebie i pod siebie. W meczu ich umiejętności technicznych jakoś nie widać. Zdarza się, że trener zmienia nastolatkowi pozycję, a ten głupieje. Nie ma pojęcia, co grać. Nie realizuje tego, czego się od niego wymaga. Narzekać jednak nie mam zamiaru. Już nawet po jednym meczu w B-klasie widzę obok siebie chłopaków, którzy powinni dostać szansę gry w wyższej lidze.

W 1996 roku cieszył się pan na Cichej ze zdobycia Pucharu Polski. We wtorek m.in. błędne decyzje sędziego pozbawiły niebieskich szans na awans do finału rozgrywek. Prezes Ruchu, rozgoryczony porażką z Legią, stwierdził, że już przed sezonem trzeba jej przyznać dublet. Jak pan ocenia jego słowa? 

- Nie dziwię się, że jest rozgoryczony. Od takich porażek często zależy przyszłość klubu. Wygrana z Legią, zdobycie Pucharu - to mogą być ważne argumenty w rozmowach ze sponsorami. Znam to z boiska. Pomyłki na boiskach zdarzają się, odkąd gra się w piłkę. Nieprzyjemnie robi się dopiero wtedy, gdy sędziowie zbyt często mylą się na korzyść jednej drużyny - w tym wypadku Legii. Według mnie to czysty przypadek, ale Ruch jest zawiedziony, bo odpadł po naprawdę dobrym meczu. Mimo wszystko myślę, że do finału awansował zespół lepszy. Paradoksem jest, że w pierwszym meczu błąd sędziego - bo moim zdaniem Igor Lewczuk nie zasłużył na czerwoną kartkę - prawdopodobnie pomógł Ruchowi. Gdyby niebiescy grali na Cichej w pełnym składzie, to z czasem pewnie by się otworzyli, a w konsekwencji może i stracili gola. A tak skoncentrowali się na obronie i wywalczyli bezbramkowy remis, który otworzył im szansę na awans.

Więcej o: