Ruch Chorzów w 90. minucie wygrywał z Lechią w Gdańsku 4:2. I... nie wygrał!

Ten mecz niebiescy będą pamiętać długo. Trudno wyobrazić sobie, że można stracić zwycięstwo w taki sposób
Choć biało-zieloni nie podyktowali jakiegoś szaleńczego tempa ani nie przeprowadzali jakichś huraganowych ataków na bramkę strzeżoną przez Krzysztofa Kamińskiego, to już po sześciu minutach mogli cieszyć się z prowadzenia. Fantastyczna akcja zakończona bramką dla biało-zielonych rozpoczęła się od celnego zagrania Łukasza Surmy do Ricardinho. Brazylijczyk sprytnie odegrał do swojego rodaka, Deleu na prawe skrzydło, ten zaś bez przyjęcia dośrodkował wprost na głowę Wiśniewskiego. Pomocnik Lechii wyskoczył wyżej od obu stoperów Ruchu i głową posłał piłkę do siatki. Szczęśliwy strzelec nie zdążył odebrać gratulacji od wszystkich kolegów za swojego gola, a był już remis. Filip Starzyński posłał doskonałe prostopadłe podanie mijające całą linię defensywną gdańskiego zespołu. Piłka trafiła pod nogi Łukasza Janoszki, który bardzo sprytnie uderzył w krótki róg bramki Michała Buchalika. Janoszka sześć minut później mógł wyprowadzić swoją drużynę na prowadzenie, ale jego mierzone w długi róg uderzenie, końcami palców obronił bramkarz Lechii.

Od tego momentu do końca pierwszej połowy ton wydarzeniom na boisku nadawali już gospodarze. Ponownie w głównej roli wystąpił Surma, przejmując zagrywaną przez chorzowian piłkę, co zapoczątkowało bolesny w skutkach dla "Niebieskich" kontratak. Tym razem rozprowadzającym był Wiśniewski, który dostrzegł na prawej flance Buzałę. Ten przytomnie odegrał na 18. metr do Ricardinho. Brazylijczyk zmrużył oko, przymierzył i wypalił z prawej nogi niczym Janek Kos z "Czterech pancernych" i dał Lechii zasłużone prowadzenie. Ricardinho był również bliski strzelenia bramki w 30. minucie, ale po jego strzale z bliska na wysokości zadania stanął Marek Zieńczuk, blokując piłkę. Co nie udało się Brazylijczykowi, powinno minutę później powieść się Machajowi. Po wrzutce Deleu, piłka odbiła się od nogi Piotra Stawarczyka i dotarła do gracza Lechii. Ten jednak z czterech metrów główkował ponad bramką.

W drugiej części meczu fantastycznie zaczęli grać chorzowianie. Gospodarze nie byli w stanie przeszkodzić Ruchowi w zdobyciu aż trzech bramek w ciągu 20 minut. W 58. minucie przy biernej postawie Brożka piłkę w pole karne dośrodkował Zieńczuk, a tam walkę w powietrzu z Jarosławem Bieniukiem wygrał Pavel Sultes i umieścił piłkę w bramce. Beztroska gra w obronie Lechii zemściła się na gdańszczanach ponownie w 63. min. Czeski napastnik Ruchu był zupełnie niepilnowany przed bramką Buchalika. Błąd w ustawieniu gdańszczan świetnie wykorzystał Janoszka i dograł piłkę do Sultesa, który z bliska po raz drugi pokonał golkipera Lechii. Będących na kolanach gdańszczan w 78. min pogrążył Zieńczuk, który mierzonym strzałem "wkręcił" piłkę przy prawym słupku bramki biało-zielonych.



Wydawało się, że już jest po meczu, ale jednak nie było. Już w doliczonym czasie gry gospodarze zdołałi zdobyć aż dwa (!) gole. Niespodziewane, ale efektowne.