Sport.pl

Czy remis Ruchu Chorzów na Wiśle oznacza szczęście?

Piłkarze Ruchu zremisowali niezwykle ważny mecz w Krakowie z Wisłą. Ten punkt może okazać się w ostatecznym rozrachunku bezcenny, może zapewnić utrzymanie, ale... jest jednak uczucie niedosytu. Można było na tym trudnym terenie nawet wygrać. Do końca sezonu dwie kolejki
Ruch grał o życie, gospodarze mieli grać na luzie. Ten luz był chyba zbyt duży, bo początek był dla chorzowian wręcz fantastyczny. Obrońca gospodarzy Osman Chavez już w pierwszym kwadransie zrobił wszystko, by w przerwie kibice rozmawiali głównie o nim. Najpierw spowodował jeden z najszybszych rzutów karnych ostatnich lat w ekstraklasie (w 24. sekundzie kopnął w głowę Pavela Sultesa), ale już w 14. minucie doprowadził do remisu strzałem z kilku metrów. O straconą bramkę trudno winić któregoś z obrońców, stracony gol był trochę przypadkowy.

Ruch na pewno nie był słabszy od wiślaków. Największym problemem był mający wielką ochotę do gry Patryk Małecki, który kilka razy okazał się za szybki dla Żeljko Djokicia. Raz Małecki mógł zdobyć ładnego gola, ale świetnie spisał się Michal Pesković, który wszedł na bramkę, zastępując Krzysztofa Kamińskiego. Na szczęście kilkakrotnie z pomocą przychodził Bośniakowi Marek Szyndrowski. Do chorzowskim obrońców można mieć pretensje tylko o to, że czasami za bardzo się patyczkowali i zbyt długo zwlekali z wybiciem piłki.

W drugiej połowie był jeszcze ciekawszy. Wisła próbowała atakować skrzydłami, ale najlepszą okazję mieli goście. Maciej Jankowski zostawił obrońców daleko z tyłu, ale zamiast pognać na bramkę Wisły urządził sobie spacerek. Zakończył go Chavez, który zdecydowanym wślizgiem wybił piłkę. Napastnik Ruchu mógł się zastanawiać, czy Honduranin nie znalazł się obok niego wskutek jakiś nadprzyrodzonych zdolności, ale jak zobaczy powtórkę, będzie pewny, że za zmarnowaną okazję może mieć pretensje tylko do siebie.

Jeśli dodamy, że potężny strzał z dystansu oddał Filip Starzyński - piłka zatrzęsła poprzeczką - to można zrozumieć uczucie niedosytu. W końcówce meczu jakby oba zespoły urządzał remis. Michała Miśkiewicza, bramkarza Wisły sędzia popędzał przy wznawianiu gry, a zawodnicy Ruchu nie kwapili się przy schodzeniu z boiska podczas zmian.

Warto dodać, że dla Marcina Malinowskiego był to mecz numer 400. rozegrany na boiskach ekstraklasy. Tym sposobem jest piątym zawodnikiem w całej historii, który może pochwalić się takim osiągnięciem. - Jubileusz jubileuszem, ale to schodzi na dalszy plan. Chcieliśmy wygrać w Krakowie, nie udało się - mówi z trochę kwaśną miną Malinowski.

Czy Ruch Chorzów w meczu z Legią Warszawa:
Więcej o: