Obrońca Ruchu Chorzów uniknął operacji. "Została maleńka dziureczka"

Maciej Sadlok, obrońca Ruchu Chorzów, od wielu miesięcy śledzi grę kolegów z trybun lub przed telewizorem. Zwycięską potyczkę z Legią zapamięta jednak na długo. - W takich meczach rodzi się zwycięski zespół - podkreśla.
Wychowanek Pasjonata Dankowice od wielu miesięcy wraca do zdrowia po usunięcia narośli z nogi. Ostatnio klub z Cichej informował, że konieczna będzie kolejna operacja, ale Sadlok przekazał nam zdecydowanie lepsze wieści.

Wojciech Todur: Mecz z Legią oglądał pan na stadionie czy przed telewizorem?

Maciej Sadlok: Niestety przed telewizorem. Ależ to były emocje! Pierwsza połowa super. Przy wyniku 2:0 nie było jednak mowy o żadnym świętowaniu. Piłkarze często mówią, że 2:0 to niebezpieczny wynik.

Potrafi tak uspokoić, że za chwilę trzeba już gonić rywala. W przerwie rozmawiałem o tym z żoną i zaklinaliśmy, żebyśmy w drugiej połowie za szybko nie stracili bramki. Niestety, nasze obawy się potwierdziły. Na szczęście to była chwilowa słabość, a wola walki i determinacja, jaką zaprezentowali potem moi koledzy, godne największego szacunku. W takich meczach rodzi się zwycięski zespół.

Dla mnie cichym bohaterem tego meczu jest Bartłomiej Babiarz. Wszedł na boisko za kontuzjowanego Artura Gieragę w bardzo trudnym momencie. Legia nacierała, a on miał powstrzymywać Jakuba Koseckiego. Na dodatek grał na prawej obronie, pozycji, która była mu obca przez ostatnie cztery lata.

- Bartek to bardzo charakterny chłopak. Taki co to nigdy nie pęka. Przez ostatnie lata w GKS-ie Tychy rzeczywiście grał cały czas w środku pomocy. W juniorach Ruchu był jednak obrońcą i jak widać, niczego z tamtego okresu nie zapomniał. Był zdecydowany, wyprzedzał zagrania Koseckiego. Na pewno dał mu się we znaki.

Sam bardziej koncentrowałem się na grze środka obrony. Marek Szyndrowski i Piotr Stawarczyk dobrze się uzupełniali. Widać, że ten duet z każdym meczem prezentuje się lepiej. Kiedyś powiedziałem, że środkowi muszą rozumieć się bez słów. Ta para zaczyna właśnie tak działać.

Wygranej nie byłoby też, gdyby nie gra i gol Łukasza Surmy.

- Łukasz zagrał znakomicie. Przed sezonem pojawiały się głosy, że Łukasz nie może grać w środku pola z Marcinem Malinowskim. Słyszałem, że za starzy, za wolni. No to wszyscy po raz kolejny zobaczyli, jak ten "zbyt" doświadczony duet prowadzi Ruch do zwycięstwa z mistrzem Polski. Setki rozegranych spotkań w lidze procentują. Każdy z nich rozegrał przecież ponad 400 meczów w lidze. Nie kupili ich na bazarze.

Chciałbym też docenić grę Krzysztofa Kamińskiego. "Kamyk" bronił jak natchniony. Legia oddała masę trudnych strzałów, a on skapitulował tylko raz. Fakt, że wymieniamy coraz to nowych graczy, jasno wskazuje, że wygrał zespół.

W którym wciąż nie ma Macieja Sadloka...

- Nawet nie chce mi się już o tym mówić (głęboki oddech). Już tyle razy zapowiadałem swój powrót na boisko, a ciągle jestem uziemiony w domu.

Pana kontuzja wydawała się błaha. Chodziło przecież o usunięcie narośli za stopy. Konsekwencje są jednak takie, że rehabilituje się pan dłużej niż piłkarze, którzy zerwali więzadła w kolanie.

- No tak to wygląda. Moja kontuzja, choroba jest jak na piłkarza nietypowa. Na kolanach niejeden lekarz już zjadł zęby. W moim przypadku problemem okazało się miejsce zabiegu. Jest tam mało skóry, mięśni. Przez to rana goi się bardzo opornie. Na dodatek zmagałem się ze złośliwą bakterią, która opóźniała ten proces.

W ubiegłym tygodniu miał pan przejść kolejną operację.

- Na szczęście po konsultacji u lekarza w Poznaniu do operacji nie doszło. Znowu zadziałano antybiotykiem i efekty tej kuracji są naprawdę dobre. Rany już niemal nie ma. Została naprawdę maleńka dziureczka.

Aż się boję to powiedzieć, ale wygląda na to, że w przyszłym tygodniu rozpocznę treningi.

Ma pan do kogoś żal, że leczenie trwa aż tak długo?

- Żal? Może do siebie? Po pierwszej operacji, zimą, za szybko wróciłem do pracy. To było podczas zgrupowania w Turcji. Gdybym wtedy poczekał dwa tygodnie, to grałbym już od wielu miesięcy.

Tak długa przerwa bez gry jest pewnie dla pana bardzo trudna.

- Strasznie mnie to dobija. Szlag mnie trafia, gdy mija tydzień za tygodniem, a ja wciąż jestem poza drużyną. Chciałbym znowu poczuć ligowe emocje. Cieszyć się i wściekać razem z kolegami w szatni Ruchu.