Krawat Waldemara Fornalika uwiera trenerów Ruchu Chorzów [FELIETON]

Piętno, jakie Waldemar Fornalik odcisnął na Ruchu Chorzów, jest tak duże, że każdy, kto zajmie jego miejsce, musi czuć się jak trener tymczasowy.
1170 - tyle dni pracował na Cichej Waldemar Fornalik. Wystarczyło, żeby zaskarbić sobie wdzięczność, szacunek i zaufanie, na które nie mogli w przeszłości liczyć trenerzy zdobywający z Ruchem mistrzowskie tytuły. "Waldkiem Kingiem" stał się dla chorzowskich fanów jeszcze wcześniej. Tak po drodze. Jeszcze zanim poprowadził zespół do wicemistrzostwa kraju - to był jego największy trenerski sukces na Cichej.

Wcześniej było jeszcze trzecie miejsce w lidze i dwa przegrane finały Pucharu Polski. Jest się czym szczycić? Patrząc za siebie - na historię niebieskich znaczoną czternastoma złotymi gwiazdkami - nie.

Tyle że teraźniejszość na Cichej tak skrzeczy biedą, siermiężnym stadionem i niepewnym jutrem, że wyczyny Fornalika to był istny trenerski lot na Księżyc.

Fornalik stał się na Cichej postacią pomnikową. Gdy latem ubiegłego roku schodził z cokołu, żeby przejąć reprezentację Polski, złość części kibiców Ruchu była tak wielka, że nie dostrzegali, że Fornalik tego chce. Wietrzyli działania spiskowców, którzy mieli stać za tym, by pozbawić niebieskich klasowego szkoleniowca. Wszyscy zgadzali się z jednym: następca będzie miał na Cichej trudno. Bardzo trudno!

Aż dziw bierze, że Fornalik nie odradził młodszemu bratu Tomaszowi przejęcia zespołu właśnie po nim. Kibice na początku trochę zaklinali rzeczywistość i powtarzali, że po "Królu" przyszedł czas na "Księcia".

Szybko okazało się jednak, że przed młodszym z braci jeszcze długa droga, by poprowadzić zespół również mądrze i skutecznie, co "Waldek King".

W poniedziałek z Cichą pożegnał się Jacek Zieliński. Trener, który wydawał się być na chorzowskie realia wręcz wymarzonym. Doświadczony, charyzmatyczny, z mistrzostwem Polski na koncie. Atuty były, ale wyników już nie. Ktoś inny powie, że to były wyniki właśnie na miarę potencjału klubu. Tyle że kibice niebieskich aż za dobrze pamiętają, że Waldemar Fornalik w podobnych realiach prowadził jednak zespół do zwycięstw jakby częściej.

Kibice Ruchu tęsknią za Fornalikiem. Dla nich czas bez "Kinga" na trenerskiej ławce niebieskich jest okresem przejściowym. Grypą, którą trzeba przeleżeć. Piętno, jakie Fornalik odcisnął na Ruchu, jest tak duże, że każdy, kto zajmie jego miejsce, musi czuć się jak trener tymczasowy. Fornalik jeszcze walczy z reprezentacją o awans na mundial w Brazylii. Misja to jednak straceńcza, więc coraz głośniej odlicza się dni do końca eliminacji. Dla chorzowskich fanów to także dzień, gdy Fornalik znowu stanie się kandydatem numer 1 na trenera Ruchu.

Nie zazdrościmy żadnemu trenerowi, który chciałby się zmierzyć z kultem Fornalika na Cichej. Zapytaliśmy o to Dariusza Smagorowicza. Prezes Ruchu zapewnia, że starał się jak mógł, żeby trener Zieliński nie czuł się jak szkoleniowiec tymczasowy, na przeczekanie. Przypomina, że przecież zaproponował trenerowi długi, bo dwuletni kontrakt. Nie rozwiązał umowy mimo słabego minionego sezonu, a zespół budowano w zgodzie z pomysłami i sugestiami szkoleniowca. - Co mogłem zrobić więcej? A że kibice czekają na Waldemara Fornalika? Takie ich prawo. Pytanie tylko, czy Ruch będzie w przyszłości stać na trenera tej klasy - wzdycha prezes.

Tego nie wiemy, ale że szary krawat "Kinga" - ten na specjalne okazje - wciąż wisi w klubowej szafie, to już fakt. Przecież Fornalik nie zostawił go przez przypadek...