Ruch Chorzów nie będzie polski po wsze czasy. Niebiescy ustali po potężnych ciosach

- Wszystko wydawało się zmierzać w piękną stronę i nagle... buuum! Pędziliśmy na rowerze z góry i nagle ktoś nam włożył kij między szprychy - mówi Dariusz Smagorowicz, prezes Ruchu Chorzów.
Gorące newsy i złośliwe komentarze. Dołącz do nas na Facebooku >>

Najgorszy stadion w ekstraklasie, marny budżet, tylko polski skład i ... wyniki, które połowa ligowców przyjęłaby z pocałowaniem ręki. O nieprzewidywalnym Ruchu Chorzów rozmawiamy z prezesem Smagorowiczem i Mirosławem Mosórem, wiceprezesem i dyrektorem sportowym klubu.

Wojciech Todur: Po 0:6 z Jagiellonią Białystok przyszła seria ośmiu meczów bez porażki. Gdzie tu logika?

Mirosław Mosór: Dlatego piłka jest taka piękna (śmiech). Wywołuje skrajne uczucia. Niemal każdego dnia można sobie zadawać pytanie: O co w tym wszystkim chodzi? Praca w klubie to nieustanne poszukiwanie szczegółów, które można zmienić, poprawić, usprawnić.

Spójrzmy na nasz zespół. W jednym tygodniu - właśnie po meczu z Jagiellonią - stwierdzamy, że ta drużyna nie potrafi grać w piłkę. Że ten zespół rozchodzi się nam między palcami. Generalnie to nic z tego nie będzie. Mija jednak tydzień, przychodzi kolejny mecz i ta sam grupa ludzi pokazuje, że jednak można. Na pewno wielka w tym rola trenera Jana Kociana, który w tak krótkim czasie potrafił na nowo scalić zespół. Sprawić, że znowu stali się drużyną.

A wie pan, co powie na temat takiej metamorfozy większość kibiców? "Nie chcieli grać dla Zielińskiego".

M.M.: No tak. Taka odpowiedź byłaby najprostsza. Ale czasami po prostu tak jest, że coś się wypala. Trener czuje, że nie ma wpływu na drużynę. Mam duży szacunek dla trenera Zielińskiego za to, że w pewnym momencie sam powiedział: "dość". Czuł, że z tej szatni więcej już nie wyciągnie. Piłkarze, chociaż mają potencjał, przestali reagować na pewne bodźce.

W Ruchu nie zmienia się trenera ot tak tylko dlatego, że jego praca nie podoba się zawodnikom. Nie ma zgody na takie rozwiązanie i zawodnicy doskonale o tym wiedzą. Nie tędy droga.

Wraz z odejściem trenera Zielińskiego odszedł również ostatni obcokrajowiec w kadrze drużyny, czyli Czech Pavel Sultes. Mamy więc "polski Ruch" - autorski pomysł prezesa Dariusza Smagorowicza. Jak dyrektor sportowy Ruchu ocenia ten projekt?

M.M.: Jeżeli przeanalizujemy ostatnie lata, to szybko dojdziemy do wniosku, że Ruch nigdy przesadnie nie stawiał na obcokrajowców. Zawsze staraliśmy się zachować zdrowe proporcje w szatni. Najwięcej obcych nazwisk było bodaj za trenera Duszana Radolskiego. Wtedy mieliśmy sześciu takich graczy. Jeżeli już sięgaliśmy po takich zawodników, to najczęściej byli to gracze z naszego kręgu kulturowego. Słowacy, Czesi, Litwini, zawodnicy z byłej Jugosławii. Jedyne odstępstwo to Brazylijczyk Lilo, który zresztą nie zadomowił się na długo. Byli to gracze, którzy po prostu byli nam bliżsi mentalnie. Dziś mamy w kadrze tylko Polaków, a wyniki, jakie osiąga tak zbudowany zespół, pokazują, że jednak można. Że to jest dobry kierunek.

Dariusz Smagorowicz: Nie da się ukryć, że "polski Ruch" ma swoje podłoże w ekonomii. Jesteśmy w trakcie trudnego procesu restrukturyzacji. To taka finansowa wojna, a na wojnie trzeba być bogatym, jeżeli chce się stawiać na armię zaciężną.

My nie jesteśmy bogaci, więc nie będziemy kontraktować piłkarzy, którzy w chwili kryzysu pierwsi rzucą broń. Chcemy stawiać na swoich, na młodych. Umiejętności, potencjał poszczególnych graczy Ruchu może być mniejszy od tego, co proponuje rywal. Tyle że jako zespół jesteśmy już mocniejsi. W drużynie na ma bariery językowej, a przez to problemów z komunikacją. To także nasz duży atut.

Załóżmy jednak, że w styczniu przyjdzie do was trener Kocian i powie tak: "Jest do wzięcia doskonały napastnik za przyzwoite pieniądze. To Słowak". Siadacie do rozmów?

M.M.: Z założenia mówimy: "nie". To jednak nie oznacza, że nie możemy takiego piłkarza sprawdzić. Przebadać.

D.S..: Tak jak nie możemy mówić, że ktoś z Ruchu nie jest na sprzedaż, tak też nie możemy z góry skreślać piłkarza tylko dlatego, że jest obcokrajowcem. Ruch nie będzie "polski" po wsze czasy. Jeżeli jednak zdecydujemy się na taki transfer, to musimy mieć pewność, że taki gracz będzie dwa razy lepszy od Polaka.

Takiej pewności nie będziecie mieć nigdy...

D.S..: No to będziemy stawiać na naszych.

Mówi pan, że nigdy nie można zakładać, że ktoś jest "nie na sprzedaż". Po zdobyciu wicemistrzostwa Polski w 2012 r. mówił pan jednak inaczej. Wtedy Arkadiusz Piech i Maciej Jankowski byli właśnie "nie na sprzedaż". Konsekwencje są takie, że Ruch przespał najlepszy moment na wytransferowanie tych graczy. Z planowanych milionów zostały tylko setki tysięcy złotych...

D.S..: Podjęliśmy wtedy świadomą decyzję. Byliśmy o włos od mistrzostwa Polski i chcieliśmy więcej. Mieliśmy dobre wyniki sportowe i finansowe. Wszystko się spinało. Przedłużyliśmy kontrakt z trenerem Waldemarem Fornalikiem. Mieliśmy więc szkoleniowca i mocny zespół. Postanowiliśmy, że nikogo nie sprzedajemy, a na dodatek jeszcze się wzmacniamy. Przyszli Maciej Sadlok, Pavel Sultes czy Mindaugas Panka. Wszystko wydawało się zmierzać w piękną stronę i nagle... buum! Tracimy trenera. Pędziliśmy na rowerze z góry i nagle ktoś nam włożył kij między szprychy.

M.M.: Stawialiśmy, że nawet mimo odejścia Waldka do reprezentacji Polski zespół jest na tyle mocny i skonsolidowany, że bez problemu nadal będzie szedł zwycięską ścieżką. Sezon pokazał jednak, że to była wieczna huśtawka wyników i nastrojów.

D.S.: Odejście Fornalika było jak faul na czerwoną kartkę. Do końca sezonu graliśmy w osłabieniu. Gdybym wiedział, że tak się stanie, to zespół byłby budowany inaczej. Sprzedalibyśmy Piecha i Jankowskiego. Na klubowym koncie wszystko by się zgadzało. Poszliśmy w inną stronę, bo trener Fornalik był gwarantem sukcesu.

Przecież rok wcześniej, nawet z trenerem Fornalikiem na ławce, Ruch walczył o utrzymanie.

D.S.: Spokojnie, spokojnie. Wtedy sytuacja była zdecydowanie inna. Sprzedaliśmy przecież Artura Sobiecha, Tomasza Brzyskiego, Macieja Sadloka. Odszedł Andrzej Niedzielan. To już był inny zespół.

Wtedy szukaliśmy pieniędzy. Po zdobyciu wicemistrzostwa zachowaliśmy się odwrotnie i srogo za to zapłaciliśmy. Koszty rosły, a wynik był coraz gorszy. Nożyce się rozwierały. To były ciosy, które położyłyby największych bokserów wagi ciężkiej. To, że ustaliśmy, to duży wyczyn.

W minionym sezonie miesięczny koszt utrzymania podstawowej jedenastki Ruchu przekraczał 300 tys. zł. Teraz to trzy razy mniej. Prawda?

D.S.: Prawda. Powiem więcej: to się jeszcze pogłębi. Musimy uciekać w kosztami. Możliwości na wyjście z finansowego dołka jest kilka. Raz - pozyskiwanie sponsorów. Ostatnio przedłużyliśmy umowę z Węglokoksem. Podpisaliśmy też ważną umowę z Węglozbytem. Dwa - lepszy wynik sportowy. Za nim idą większe wpływy z transmisji telewizyjnych. Większe zainteresowanie sponsorów, kibiców. Trzy - stadion, czyli także wpływy z biletów. Tu się od dawna nic nie zmienia. Ciągle dokładamy do organizacji meczów.

Z tego zestawiania wynika, że najłatwiej samemu zrzucać finansowy balast. Tak było w czerwcu, gdy pożegnaliśmy wielu drogich w utrzymaniu graczy. Tak samo będzie również w najbliższej przyszłości.

Pracujecie już nad licencją na nowy sezon. Najbliższe miesiące będą dla tej sprawy kluczowe?

D.S.: Cały rok jest kluczowy. Jesteśmy na półmetku.

Najwyższe szczyty do pokonania?

D.S.: Zająć jak najwyższe miejsce na koniec sezonu i wtedy większość problemów będzie można rozwiązać łatwiej.

Tyle że mam wrażenie, że w Ruchu powinno pracować się tak, jakbyście mieli finiszować na trzecim miejscu do końca.

M.M.: I tak właśnie pracujemy. Jesteśmy dopiero w połowie sezonu - powiedzmy, jego części zasadniczej. Na razie jesteśmy nad kreską, ale na tabelę nikt z nas za długo nie patrzy. Ta będzie miała znaczenie dopiero po zakończeniu rundy rewanżowej. W ostatnich tygodniach pracujemy inaczej. W klubie pojawił się nowy wiceprezes ds. finansowych, czyli Marek Glogaza. Więcej rąk do pracy to i większa szansa, że uniknie się błędów. Zyskaliśmy oddech.

Dwa lata temu Ruch otrzymał licencję, bo oddał do kadry Waldemara Fornalika. Rok temu, ponieważ najpierw ostro przeciwstawił się reformie Ekstraklasy, a potem - w wyniku negocjacji - jednak ją poparł. Znacie to? Jeżeli to prawda, to teraz będzie trudno o podobnego asa w rękawie.

D.S.: To są tylko dywagacje osób lubiących spiskowe teorie dziejów. W procesie licencyjnym, a już na pewno na jego finiszu, najważniejsze są cyferki, zaświadczenia. Jeżeli ich nie ma, to choćbyśmy oddali do reprezentacji i pół drużyny, to w lidze nie zagramy.

Jak już wspomniałem, Ruch był długo przeciwny reformie Ekstraklasy. A jak patrzycie na zmiany dziś?

D.S.: Na razie to wszystkie kluby w Polsce marzą o tym, żeby znaleźć się nad kreską.

M.M.: Gra w grupie spadkowej to będzie ciężka walka bez satysfakcji. Każdy chce tego uniknąć. Na razie za wcześnie na jednoznaczne oceny. Wszyscy się przyzwyczajamy do nowego systemu rozgrywek. Kolejek rozciągniętych na wiele, wiele dni. Kibice też muszą się w tym odnaleźć. Po sezonie na pewno powiemy sobie o tym, co było dobre, a co trzeba zmienić.

A jak Ruch ocenia likwidację rozgrywek Młodej Ekstraklasy?

M.M.: To był fajny projekt. Szczególnie do chwili, gdy młodzi piłkarze mogli grać na głównych murawach stadionów. Z czasem jednak mecze Młodej Ekstraklasy coraz częściej upychano na bocznych boiskach, a nawet na stadionach w miastach, gdzie na co dzień liga nie gra. Mocno ucierpiał na tym prestiż tych rozgrywek.

Minusem był również fakt, że młodym zawodnikom nie towarzyszyła przesadna presja. Czy wygrali, czy przegrali, to spadek jednak nie zależał od nich. Teraz młodzi ogrywają się w trzecioligowej rezerwie. Naprzeciw nich stają co tydzień piłkarze, którzy walczą na całego i nie cofają nogi. To także ma swoje dobre strony. Jednym zdaniem, Młodej Ekstraklasy nie ma, ale miejsce, gdzie można ogrywać młodych, jednak jest.

Na koniec jeszcze pytanie o Gerarda Cieślika. Czy ten wielki piłkarz powinien być patronem nowego obiektu Ruchu czy może jednak Stadionu Śląskiego?

D.S.: Gerard Cieślik to wymarzony patron dla Stadionu Śląskiego.

M.M.: Sam pan Gerard często mówił, że patronem stadionu na Cichej powinien być Ernest Wilimowski. Gerard Cieślik był symbolem Ruchu, ale ponad wszystko kochał Śląsk i Polskę. Stadion Śląski to wymarzone miejsce, by uczcić pamięć tej klasy piłkarza.

Zobacz także
  • Kibic Ruchu Chorzów wstawił się za Waldemarem Fornalikiem. "A gdzie wideo?!"
  • Złamana kość już nie doskwiera pomocnikowi Ruchu Chorzów
  • Ruch Chorzów wystąpi o przyznanie 15. mistrzostwa Polski?!
Komentarze (2)
Ruch Chorzów nie będzie polski po wsze czasy. Niebiescy ustali po potężnych ciosach
Zaloguj się
  • paparazzi.36

    Oceniono 18 razy 8

    Oby jak najdłużej bez obcokrajowców w składzie. W tej drużynie teraz panuje zupełnie inna atmosfera niż chociażby w tej która zdobyła v-ce mistrzostwo.Dużo lepsza atmosfera.Dla Ruchu miejsce 1-8 w tym sezonie to tak jak zdobyć mistrza Polski.Zobaczymy czy się uda.

  • osman71

    Oceniono 5 razy 3

    Wszystko pięknie, tylko zapomniał p.Smagorowicz powiedzieć,że w porządnych klubach to wlaśnie taki prezes(czyt. właściciel) zapewnia ok 50-70% budżetu, a ile "ze swoich" wykłada nasz prezes?? Nie wspomnę,że sporą część w większości klubów wykłada też miasto, a u nas? pożyczka dla klubu???wstyd!!

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX

LOTTO Ekstraklasa 2018/19

lp. Drużyna M Pkt Br. Zw. R Por.
1 Piast Gliwice 37 72 57-33 21 9 7
2 Legia Warszawa 37 68 55-38 20 8 9
3 Lechia Gdańsk 37 67 54-38 19 10 8
4 Cracovia Kraków 37 57 45-43 17 6 14
5 Jagiellonia Białystok 37 57 55-52 16 9 12
6 Zagłębie Lubin 37 53 57-48 15 8 14
7 Pogoń Szczecin 37 52 57-54 14 10 13
8 Lech Poznań 37 52 49-48 15 7 15
9 Wisła Kraków 37 49 67-63 14 7 16
10 Korona Kielce 37 47 42-54 12 11 14
11 Górnik Zabrze 37 46 48-53 12 10 15
12 Śląsk Wrocław 37 44 49-45 12 8 17
13 Arka Gdynia 37 42 49-51 10 12 15
14 Wisła Płock 37 41 50-58 10 11 16
15 Miedź Legnica 37 40 40-65 10 10 17
16 Zagłębie Sosnowiec 37 29 49-80 7 8 22

  • Grupa mistrzowska
  • Grupa spadkowa