Ruchowi Chorzów grozi wojna domowa. Kto będzie ofiarą? [KOMENTARZ]

Decyzja radnych ?Wspólnego Chorzowa?, którzy podczas czwartkowej sesji rady miasta sprzeciwili się budowie nowego stadionu na Cichej, będzie mieć trudne dziś do przewidzenia konsekwencje.
Ekskluzywne materiały i ciekawostki o Ruchu Chorzów na Facebooku >>



Kibice Ruchu Chorzów mają dziś prawo czuć się jak dziecko, któremu przez kilka tygodni opowiadano o efektownym prezencie, a w dniu urodzin dowiedziało się, że z podarunku jednak nici.

Podczas czwartkowej sesji rady miasta zapadła decyzja: miasto nie wybuduje nowego stadionu Ruchu. W zamian klub otrzyma 4 miliony złotych na promocję. Taka kwota ma trafiać na konto Ruchu rok w rok.

Patrząc na finanse niebieskich, trudno oprzeć się wrażeniu, że te kilka milionów to być albo nie być dla zadłużonego klubu. Ruch więc przetrwa. Spłaci część długów. Pewnie otrzyma licencję na nowy sezon.

Jaki to jednak będzie Ruch? Obserwując zachowanie kibiców, a przede wszystkim rozmawiając z nimi, można postawić tezę, że Ruchowi grozi wojna domowa.

Kibice nie chcą Ruchu na Stadionie Śląskim. Nie chcą oglądać obok siebie pustych miejsc. Obawiają się o koszty wynajmu giganta. Nie wyobrażają sobie, żeby mogli dzielić ten stadion z innym klubem - w domyśle z GKS-em Katowice.

Część fanów już mówi o bojkocie Śląskiego. O uprzykrzaniu życia prezesowi Ruchu Dariuszowi Smagorowiczowi. Ryszard Sadłoń, radny "Wspólnego Chorzowa", który planował na początek stycznia wyjazd kibiców do Zakopanego, gdzie ma się odbyć msza św. w intencji Gerarda Cieślika, już usłyszał od kilku osób, że rezygnują z podróży.

To źle wróży. Ktoś powie, że trzeba rozmawiać. Szukać kompromisu. Tyle że kibice Ruchu w ostatnich dniach nie robią nic, tylko rozmawiają. Cztery godziny ze Smagorowiczem, pięć godzin ze "Wspólnym Chorzowem". I tak w kółko. Problem w tym, że te grupy mówią innymi językami. Już się nie dogadają...