"Byłem mistrzem Polski z Ruchem Chorzów. Znowu szklankę dostałem". Opowieść o latach 50.

- Co myśmy jeszcze z tego Ruchu mieli? Aaa... prysznic po meczu! Czasem do restauracji na obiad nas wzięli. Na mecz autobusem zawieźli. Koszulki prało się samemu. Czasami szewc buty zacerował... Były też i siniaki, ale przede wszystkim wielka, wielka satysfakcja, że jest się częścią tak wielkiego klubu jak Ruch - opowiada 81-letni Augustyn Bujak.
Ruszyła nowa edycja Wygraj Ligę z pulą nagród 20 000 złotych >>

- Czasami wracam do nazwisk piłkarzy, z którymi grałem. Najwięksi z największych. Nie ma ich już obok mnie. Ostatnim, który odszedł, był Gerard Cieślik. To nie był zwyczajny piłkarz. To nie był przyjaciel. On był mi jak brat - zaczyna swoją opowieść Augustyn Bujak, dwukrotny mistrz Polski w niebieskich barwach w latach 1951 i 52.

Elita z Anglii

- Wychowałem się na Raciborskiej. Wciąż mieszkam w domu, który postawił mój ojciec. Przed laty to była ulica, na której dominowali kibice AKS-u. A wiadomo, jak to było z AKS-em. Oni uchodzili za klub niemiecki, a my polski. Mecze z nimi miały szczególne znaczenie. Na trybunach siadało i trzydzieści tysięcy osób. Po ostatnim gwizdku wracałem jednak na swoją ulicę - na nogach lub tramwajem - i strachu nie czułem. Raczej szacunek.

Pierwsze wspomnienie związane z Ruchem? Już na Cichej. Tłum ludzi. Ojciec, który trzyma mnie za rękę. Krzyk, emocje. Moja miłość do Ruchu rodziła się po drugiej stronie ulicy, na Kresach. To były trudne powojenne czasy. Jedna piłka na całą grupę. Gdy ktoś kopnął ją za mocno, to zajęcia się przerywało. Trenowałem więc na Kresach i z nadzieją spoglądałem na Ruch.

Zmieniłem klub za sprawą wyjazdu na kolonie. Wyjazd organizowała Huta Batory, w której był zatrudniony mój ojciec. Poznałem wtedy Józefa Pohla i jego młodszego brata Egona - wtedy już piłkarza Ruchu.

"Chodź z nami. Spróbuj" - zachęcali. Tak się zaczęło. Tak naprawdę myśmy się wtedy Chemik, a potem Unia nazywali. W sercu jednak zawsze był Ruch!

- Miałem wtedy piętnaście, szesnaście lat. Mój ojciec zmarł. Nie miałem żadnego wykształcenia, rodzinie brakowało pieniędzy. W Hucie - chyba z litości - uznali, że przyjmą dzieciaka do pracy. Trafiłem pod skrzydła pana Szyndzielorza - głównego księgowego. To on mnie przyuczał do zawodu. Byłem takim uczniem biurowym. Jak trzeba było, to leciałem na rurownię czy inny wydział. Gońcem takim byłem. Grosze za to dostawałem, ale rodzinie i tak było lżej.

- Na grze w Ruchu się nie zarabiało. To jednak nie miało dla mnie żadnego znaczenia. Czerpałem wielką radość z tego, że na wyciągnięcie ręki miałem tak wielkie piłkarskie osobowości. Przecherka, Alszer i Gienek Kubicki wrócili na Śląsk z Anglii. To była elita. Rozmawiali ze sobą po angielsku. Imponowali nam. Byli jak powiew lepszego świata. Trochę nas zawstydzali, ale tak naprawdę równe z nich były chłopaki. Rozśpiewali nasz zespół, a że sam też lubiłem sobie pośpiewać, to stali mi się przez to jeszcze bliżsi. To głównie dzięki nim powstał nasz klubowy hymn - "Nas jedenastu, a was tysiące...".

To był rok 1949. Wyjechaliśmy na zgrupowanie kondycyjne do Karpacza. Po treningu siedzieliśmy przy hotelowym stoliku. Tuż obok odpoczywał zespół rewelersów z Katowic. My śpiewaliśmy, oni śpiewali. I tak od słowa do słowa i powstał utwór, który stał się naszym klubowym hymnem. Zaśpiewać?



Mało kto pamięta słowa tego hymnu. Ale ja go śpiewam często i z pamięci. Także żeby nie zapomnieć nazwisk tych wspaniałych piłkarzy, których miałem okazję poznać.

"Pieronie! Raus!"

- Najwięksi? Na pewno Teodor Peterek. Łączył znakomite przedwojenne i powojenne czasy. Ludzie odnosili się do niego z wielkim szacunkiem. Ja to się go czasami bałem. Gdy na boisku źle mu się dograło piłkę, to był gotów się obrazić. "Pieronie! Raus!"- klął pod nosem, a mnie się nogi trzęsły. A jak się obraził, to przez pięć minut nie było go na boisku. Znaczy był, ale nieobecny. Potem wracał, walił bramę i było po sprawie.



Wielkim graczem był też oczywiście Gerard Wodarz. Jego znałem też z Huty Batory, gdzie także pracował w księgowości. Bliższy stał mi się już jako trener. Mądra głowa, ale szczęścia do wyników nie miał. Tak naprawdę to mu w tym szczęściu nie pomogliśmy. Słabo graliśmy za Wodarza.

Wodarz, Peterek... to wielkie nazwiska. Dla mnie jednak numerem jeden zawsze był Gerard Cieślik. Geniusz na boisku, a poza nim grzeczny, sympatyczny synek. Peterek był wielki, świetnie grał głową, ale Cieślik... Cieślik go bez trudu przeskakiwał. Nasze drogi przecinały się wielokrotnie. Pamiętam, jak prowadził - już jako trener - Uranię Ruda Śląska. Wprowadził wtedy do drużyny swojego syna - Janka. Średnio to wyglądało, więc ludzie zaraz uknuli teorię, że Janek ma miejsce w składzie tylko dzięki ojcu. No i gwizdali na Cieślika, w którym chcieli widzieć talent na miarę wielkiego ojca. Z czasem Gerarda z Uranii zwolnili, a ja zająłem jego miejsce. Janek wtedy odżył, grał zdecydowanie lepiej. To nas - mnie i Gerarda - jeszcze do siebie zbliżyło. W listopadzie minionego roku - gdy Gerard zmarł - poczułem, że straciłem brata.

Znowu szklankę dostałem

- To były czasy, gdy z piłki nikt by nie wyżył. Wszyscy pracowali. Treningi były popołudniami - trzy, cztery razy w tygodniu. Z Ruchu to mieliśmy dożywianie. Był wtedy w klubie taki działacz: Trójca się bodaj nazywał. Jedną nogę miał krótszą. To on dbał o to, żeby w garnku nie było pusto. Raz w miesiącu jeździło się do niego po wałówkę i w domu było wtedy święto. Co myśmy jeszcze z tego Ruchu mieli? A! Prysznic po meczu. Czasem do restauracji na obiad nas wzięli. Na mecz autobusem zawieźli. Koszulki prało się samemu. Czasami szewc buty zacerował... Były też i siniaki, ale przede wszystkim wielka, wielka satysfakcja, że jest się częścią tak wielkiego klubu jak Ruch.

No i były też sukcesy. Wywalczyłem dwa tytuły mistrza Polski. Pierwszy w 1951 roku. To był ten sezon, gdy mistrzem zostawała drużyna, która triumfowała w Pucharze Polski. Ktoś może teraz powiedzieć, że to dziwne. Takie jednak były wtedy zasady, więc nikt się temu nie dziwił ani nie buntował. Tamte rozgrywki pamiętam jak przez mgłę. Wiem, że za mistrzostwo dostałem szklankę. Taką ze sportowym nadrukiem... Był też i garnitur. Jasny ancug, co to jeździłem po niego do Sosnowca. Ile razy ja byłem w tym Sosnowcu na przymiarkach, to nikt tego nie zliczy! Już dosyć tego miałem i chciałem z tego garnituru zrezygnować! Że jednak było warto, przekonałem się już później, gdy w tym ancugu zapoznałem swoją przyszłą żonę... Rok później znowu byłem mistrzem. Już takim "normalnym". Znowu szklankę dostałem...

Niech w Chorzowie stanie ławeczka Gerarda Cieślika. Poprzyj akcję na fejsie >>