Ruch Chorzów stać na europejskie puchary. Legia poza zasięgiem wszystkich? [WYWIAD]

Krzysztof Bizacki, dawny as Ruchu Chorzów, uważa, że niebiescy zdobędą medal, a potem... zespół trzeba będzie budować na nowo.
Ruch Chorzów powalczy o europejskie puchary? Podyskutuj na Facebooku >>

Po dwóch tygodniach przerwy drużyny ekstraklasy wracają do ligowej rywalizacji. Ruch Chorzów i Górnik Zabrze powalczą o medale, a Podbeskidzie Bielsko-Biała i Piast Gliwice o utrzymanie. Przed każdą z drużyn jeszcze siedem dodatkowych spotkań.

Wojciech Todur: Podoba się panu "dogrywka" w ekstraklasie?

Krzysztof Bizacki: - Zdecydowanie nie. To nie jest trafiony pomysł. Jak takie dzielenie punktów ma się do sportowej rywalizacji? To może od początku przyznawajmy za zwycięstwo 1,5 punktu, a za remis pół. Będzie zabawniej... Grałem w przeszłości w lidze [w sezonie 2001/02 - przyp.red.], która w połowie sezonu podzieliła się na grupę mistrzowską i spadkową. Niemal rzutem na taśmę Ruch zakwalifikował się do grupy mistrzowskiej, a potem... a potem to już nie było to. Zeszło ciśnienie, presja i skończyło się granie.

Sugeruje pan, że teraz może być teraz podobnie?

- No właśnie myślę, że w przypadku Ruchu będzie zupełnie odwrotnie. Jestem przekonany, że ten zespół do końca swoich sił będzie walczył o korzystny wynik. A jaki to będzie wynik? Na pewno stać ich na miejsce na podium i awans do europejskich pucharów. Legia jest już poza zasięgiem. Zresztą Legia jest poza zasięgiem wszystkich drużyn. Ale już Lech... kto powiedział, że Ruch nie może dopaść zespołu z Poznania?

Mimo wszystko stawiam, że będą i takie drużyny, dla których sezon szybko się skończy. Zresztą Górnik już od wielu tygodni prezentuje się tak, jakby w Zabrzu było już po sezonie.

Są piłkarze, którzy mówią, że gdy schodzi presja, to gra się lepiej. Mnie to zupełnie nie przekonuje. Dla mnie presja zawsze była czynnikiem motywującym. Lubiłem wychodzić na boisko z myślą, że od tych 90 minut coś zależy.

Załóżmy, że Ruch skończy sezon na trzecim miejscu. W 2000 roku był pan zawodnikiem Ruchu, który także cieszył się z brązowego medalu. Jak pan wspomina tamte rozgrywki?

- Z niedosytem. Przed sezonem też mało kto na nas stawiał, a jednak po rundzie jesiennej byliśmy liderem. Wtedy w głowach zakiełkowała myśl, że mistrzostwo wcale nie jest takie nierealne. Niestety wiosną nie prezentowaliśmy się już tak dobrze. O tym, że nie było złota, przesądził moim zdaniem mecz z Polonią Warszawa na Cichej. W przypadku wygranej wrócilibyśmy na fotel lidera, a był remis (2:2). Strzeliłem wtedy dwa gole, a dla Polonii trafił Tomek Szuflita i... Marcin Baszczyński [gol samobójczy - przyp.red.]. Ostatecznie Polonia nam odjechała, a nam została walka z Wisłą Kraków o brąz.

Zachował pan ten medal?

- Pewnie tak... Ale gdzie on jest? No chyba tam, gdzie wszystkie moje sportowe pamiątki, czyli na strychu. Obiecywałem sobie, że po zakończeniu kariery odkurzę te wszystkie trofea, piłki, kryształowe buty i będę cieszył się ich widokiem. No i niby zimą skończyłem karierę w GKS-ie Tychy i to jest właśnie ten czas, ale... coś mi się wydaje, że nie powiedziałem na boisku jeszcze ostatniego słowa. Nie czuję się jak emeryt. Na razie więc medal musi leżeć przykryty warstwą kurzu.

Ruch, w którym grał Krzysztof Bizacki, ale i ten dzisiejszy łączy jedna rzecz. Zgadnie pan jaka?

- Brak pieniędzy? (śmiech).

To też, ale myślałem raczej o braku stabilizacji.

- To się jedno z drugim wiąże. Za moich czasów robiliśmy dobry wynik, a przy okazji udawało się wypromować dwóch, trzech piłkarzy. Po dobrym sezonie odchodzili Piotr Mosór, Łukasz Surma czy Jakub Wierzchowski. Przychodzili inni, których trzeba było wkomponować w zespół na nowo. A na to zawsze potrzeba czasu. Stąd i ta sinusoida wyników. Nie oszukujmy się. Teraz będzie podobnie. Przecież Ruch tego składu na pewno nie utrzyma. Niebiescy będą latem sprzedawać.

ŚLĄSK.SPORT.PL na Twitterze. Obserwuj już teraz >>

Czu Ruch Chorzów wywalczy w tym sezonie mistrzostwo Polski