Sport.pl

Marek Zieńczuk: Czy chcę zostać w Ruchu? To pytanie science fiction [PROSTO Z TURCJI]

Marek Zieńczuk, pomocnik Ruchu Chorzów, to jeden z najbardziej doświadczonych graczy w kadrze niebieskich. Mówi nam dlaczego nie może, chociaż bardzo chce, jeździć na nartach i czego obawia się najbardziej na finiszu kariery.


36-letni Zieńczuk to trzykrotny mistrz Polski w barwach Wisły Kraków. Zdobywał też Puchar Polski razem z Amiką Wronki. Od czterech lat gra w Ruchu, z którym również zdobył dwa medale (brązowy i srebrny) mistrzostw Polski.

Wojciech Todur: Wiążąc się z Ruchem Chorzów, pewnie pan nie przypuszczał, że spędzi na Cichej tyle lat?

- We Wronkach byłem cztery lata, w Wiśle pięć, a w Ruch w czerwcu będzie 4,5 roku. Nie myślałem, że tak długo będę grał w Chorzowie. Ale jak widać, stabilizacja mi służy. Jakoś po jednym sezonie kluby nie próbują się mnie pozbyć. To świadczy o tym, że moja robota nie jest najgorzej wykonana. Świadczą o tym też wyniki. Dwukrotnie byliśmy z Ruchem na podium. To bardzo dobre osiągnięcie. Cieszę się, że mogę się w jakiś sposób zapisać w historii tej drużyny.

Pańska umowa wygasa za kilka miesięcy. Czy działacze rozmawiali już na temat nowej?

- W przypadku starszych piłkarzy takie negocjacje rozpoczynają się później. Nie przebieram nogami, nie denerwuję się tym, bo prawie całej drużynie kończą się umowy. Mamy cel do osiągnięcia i na tym się koncentruję. Jeśli będzie dobra forma, to nie powinno być problemu z pozostaniem w Chorzowie czy też załapaniem się do innego klubu.

Chciałby pan zostać w Ruchu na następny sezon?

- To takie pytanie science fiction. Mam ochotę jeszcze trochę pograć, ale nie mogę powiedzieć, że tylko w Chorzowie. Życie piłkarza jest takie, że może być i tak, że ja będę chciał zostać w klubie, ale ten będzie już innego zdania. Nie można zamykać sobie żadnej drogi. Już dwukrotnie przedłużałem kontrakt z Ruchem, choć mogłem zmienić otoczenie. Mam nadzieję, że w tym sezonie osiągniemy to, co musimy, bo ambitne cele trzeba jednak odłożyć. Nasza forma faluje. W myśl tej zasady w następnym sezonie idziemy na podium, czyli warto byłoby podpisać.

Pański kolega klubowy Marcin Malinowski w tym roku kończy 40 lat. Pan też chce grać do czterdziestki?

- Jest to jakaś motywacja. Zostałoby mi wtedy jeszcze prawie cztery lata gry, kawał czasu. Marcin gra na innej pozycji [stopera lub defensywnego pomocnik - przyp. red.], a pozycja skrzydłowego wymaga nakładu większej ilości sił. Najważniejsze, żeby omijały mnie kontuzje i faktycznie można wtedy tak długo grać.

Fizjoterapeuta Ruchu Włodzimierz Duś mówił, że starsi piłkarze są coraz bardziej świadomi i wiedzą, co jest korzystne dla ich zdrowia. To dotyczy przede wszystkim diety. Czy jak był pan młodszy, to czasami chował pan frytki pod liść kapusty?

- We wszystkim trzeba zachować zdrowe zasady. Frytki oczywiście można jeść, ale nie codziennie. Miałem trenerów, przy których trzeba było chować frytki. Próbował to wprowadzić w Wiśle Werner Liczka. Sprawdzało się to na tydzień. Później trenerzy dają sobie z tym spokój. Jeśli ktoś nie chce, to nie będzie się zdrowo prowadził. Nie jest to w jego charakterze i ciężko to zmienić. Czasami może uda się naprowadzić na dobrą drogę jedną, dwie osoby, ale z całą drużyną nie ma co walczyć. Dan Petrescu [także trener Wisły - przyp. red.] jak pierwszego dnia obozu zobaczył, co niektórzy kładą na talerz, to kazał nam przez dwa tygodnie jeść tylko makaron z sosem.

Czy młodzi gracze obecnie wchodzący do zespołu są pod tym względem inni?

- To zależy od charakteru. Jeśli ktoś ma talent i chce zrobić karierę, to musi być cierpliwy, bo nie ma drogi na skróty. Zdarzają się osoby, które jedzą często frytki i robią kariery, ale nie jest to droga do celu.

Jakie miał pan wyniki w biegu na 30 metrów. Czy to się zmienia na przestrzeni lat?

- Szybkość z czasem się traci. Zawsze mówiłem, że te wyniki nie są do końca wymierne. Nawet w Ruchu byli piłkarze bardzo szybcy, ale z piłką przy nodze to nie jest już aż tak ważne. Można to zrekompensować czymś innym. Łukasz Surma nie jest typem sprintera, ale za to szybko myśli. Błyskawicznie podejmuje decyzje i najczęściej są to decyzje trafne. Tym szybko biegającym czasami tego brakuje...

Facebook? » | A może Twitter? »


Przykładem szybkiego piłkarza bez głowy był chyba Wołodymyr Tanczyk.

- "Taniu" zrobił na mnie na początku bardzo dobre wrażenie. Przez pierwsze dwa tygodnie w Ruchu to był piłkarz, który wyróżniał się na treningach. Myślałem, że będzie znaczącym wzmocnieniem. Z czasem jednak zgasł. Teraz jest w Górniku Łęczna i sam jestem ciekaw, z jakiej strony pokaże się w lidze. Z piłkarzami już czasem tak jest. Są w jednym klubie i nic im nie idzie. Przechodzą do drugiego i następuje rozkwit formy.

W czasie sparingów w Turcji nie jest pan oszczędzany przez rywali. Najpierw został pan boleśnie trafiony w szczękę, ostatnio brutalnie "ścięty". Wychodząc na boisko myśli pan o urazach?

- Oczywiście. I prawidłowość, niestety, jest taka, że im częściej się o tym myśli, tym częściej takie przykre zdarzenia mają miejsce. Nikt z nas nie chce skończyć kariery dlatego, że musi. Każdy chce to jednak zaplanować. Najgorszy scenariusz to doznać urazu, przechodzić trudy rehabilitacji i wiedzieć, że już się nie wróci do gry. Coś takiego przeżył w Chorzowie Marcin Baszczyński. Nie zazdroszczę. Każdy z nas myśli o tym, co robi. Nie tylko na boisku. Ja na przykład bardzo chciałbym sobie pojeździć na nartach. A nie mogę...

Zapis w kontrakcie?

- Tak. Takich zapisów jest więcej. Zabraniają jazdy na motorze, uprawiania sportów ekstremalnych.

A ma pan motor?

- Nie, ale mam skuter. Tyle że to taka pojemność silnika, że motorem nazwać go nie sposób.

A kiedy po raz ostatni jeździł pan na nartach?

- Bardzo dawno. Już nawet nie pamiętam kiedy. Tak naprawdę bardziej lubiłem jazdę na desce. Dzieci jednak wolą narty, więc z czasem i mnie to czeka.

Mówi pan o tych nartach, ale przecież bliżej powinno być panu do morza - chociażby do żeglowania. Gdzie jest teraz pana dom - w rodzinnym Gdańsku czy może jednak w Krakowie?

- Ostatnio znowu bardziej zwróciłem się ku morzu. Myślę, że to właśnie w Gdańsku będę kontynuował swoje życie. Tyle że nie ma co przesądzać. Może za rok coś się zmieni? Przez ostatnie dziesięć lat mieszkam w Krakowie. Lubię to miasto. No, ale skoro można odwiedzać Gdańsk, to można i Kraków.

Wróćmy na boisko. Zimą Ruch wygrał pięć z sześciu meczów sparingowych. Jesteście wciąż niepokonani. Czy te wyniki mają dla was znaczenie, czy może podchodzicie do nich na luzie?

- Na luzie? Na pewno nie. Pewność na boisku buduje się poprzez wygrane. Zwycięża się trudno, a porażki szybko wchodzą w kości. Można wtedy wpaść w taki dołek. Porażka staje rutyną. Wygranych też trzeba się nauczyć. Ktoś może nam zarzucić, że nie gramy w Turcji ze zbyt wymagającymi rywalami. Zapewniam jednak, że kelnerzy również to nie są. Wszystko i tak zweryfikuje liga. My już nie możemy czekać. Nie możemy zadowalać się remisami. Musimy uderzyć z grubej rury.

W minionych okresach przygotowawczych zdarzały się wam upokarzające porażki. 2:9 z Żiliną czy 0:5 z GKS-em Tychy. Czasami wspominacie te mecze?

- Czasami dobrze jest dostać taki zimny prysznic. Zawsze to lepiej w sparingu niż w lidze. Tyle że ta przegrana z Żiliną nie miała się prawa zdarzyć. Nigdy! Nawet, gdybyśmy wyszliśmy na boisko prosto z wakacji.

Myśli pan, że Ruch jest dziś już inną drużyną? Lepszą od tej z jesieni?

- Widzę postęp. Złapaliśmy swój rytm. Na boisku jesteśmy lepiej zorganizowani. Latem przygotowania do sezonu szły w parze z grą w eliminacjach Ligi Europy. No i nie wyglądało to dobrze. Graliśmy w kratkę. Nie potrafiliśmy wygrać kilku spotkań z rzędu. Dlatego teraz tak bardzo brakuje nam punktów. Wiosną trzeba będzie te straty odrobić.

Która drużyna najbardziej wzmocni się przed startem ekstraklasy:
Więcej o: