Sport.pl

Jacek Bednarz: Ruch Chorzów musi wyskoczyć z ciasnych spodenek [WYWIAD]

- Wykonuję swoją pracę tak, żeby zasłużyć na szacunek. Niektórzy jednak pojmują świat inaczej. Ja z nimi nie wygram. Takie osoby będą mnie wyzywać od łysego chu... i pedała. Kiedyś się tym emocjonowałem. Dziś już mnie to nie rusza - mówi w rozmowie ze ŚLĄSK.SPORT.PL Jacek Bednarz, prokurent zarządu Ruchu Chorzów.



Gdy pojawiła się informacja, że Jacek Bednarz, były reprezentant Polski, mistrz kraju w barwach Legii, może wrócić do Ruchu Chorzów, część kibiców zaczęła głośno protestować. Fani niebieskich solidaryzowali się z kibicami Wisły Kraków, która za czasów prezesury Bednarza mocno walczyła ze stadionowymi patologiami. Inni wypominali Bednarzowi zamierzchłe czasy, gdy ten zamienił Ruch na znienawidzoną w Chorzowie Legię Warszawa.

48-letni Bednarz miał być na Cichej wiceprezesem, ale ostatecznie - chyba żeby nie irytować krzykliwych krytykantów - został prokurentem zarządu. Odpowiada za finanse i organizację klubu. To od jego pracy w dużej mierze zależą losy licencji na nowy sezon.

O rozmowę prosiliśmy go już dawno, ale odmawiał, wskazując "Gdy Ruch opuści strefę spadkową...". Ruch strefę spadkową w końcu opuścił, więc Bednarz wreszcie usiadł do rozmowy.

Wojciech Todur: Dlaczego tak długo unikał pan mediów?

- Jestem człowiekiem, który woli robić i patrzeć na efekty swojej pracy, niż mówić.

Podchodzi pan do pracy w Ruchu bardziej emocjonalnie niż wtedy, gdy był pan zatrudniony w Wiśle lub Legii?

- Praca w sporcie zawsze wiąże się z ładunkiem emocji. Doświadczyłem tego, grając w piłkę w Chorzowie, Warszawie, Szczecinie. Pracując w Legii oraz dwukrotnie w Wiśle Kraków. W klubie jest tak samo jak na boisku. Bez napastnika nie strzelimy gola, a bez bliskich relacji ze współpracownikami nie osiągniemy zakładanych celów

Pracuje pan po cichu. Niektórzy z kibiców nie są nawet pewni, czy faktycznie został pan zatrudniony w Chorzowie.

- Jestem związany z Ruchem od 3 listopada ubiegłego roku. Chciałem pracować, a nie błyszczeć w świetle reflektorów. Te powinny być skierowane przede wszystkim na drużynę i trenera. Oni na to zasługują, bo robią wszystko, żeby udowodnić, że przed tym zespołem jest przyszłość.

Pełni pan rolę prokurenta zarządu. Co należy do pańskich obowiązków?

- Nadzoruję zagadnienia prawne. Zajmuję się sprawami dotyczącymi licencji. Wsparciem organizacyjno-prawnym dotyczącym transferów oraz rozwiązywaniem różnych problemów związanych z kontraktami. To należało do obowiązków mojego poprzednika Marka Glogazy. W Chorzowie taki jest model zarządzania, że prezes i właściciel klubu Dariusz Smagorowicz zajmuje się pozyskiwaniem finansów, wiceprezes Mirosław Mosór sprawami sportowymi, a trzeci obszar to działka, która należy do mnie. Przy niektórych sprawach współpracujemy razem. Mam też doświadczenie z boiska oraz z rynku menedżerskiego. Jeżeli jest taka potrzeba, to doradzam i przy transferach.

Ruch musi szkolić młodych graczy

Czy w Chorzowie walczy się o licencję trudniej niż w Krakowie?

- Wydaje mi się, że w Ruchu jest pod tym względem łatwiej. Nasza sytuacja finansowa systematycznie się poprawia. Przygotowując się do procesu licencyjnego, nie musieliśmy podpierać się dodatkowymi porozumieniami i rozliczyliśmy się ze wszystkimi za ubiegły rok. Wiadomo, że nie jesteśmy krezusami, ale spółka ma perspektywy na przyszłość.

Moim zdaniem brakuje też pieniędzy z transferów. Gdy kilka lat temu Ruch sprzedał za milion euro Artura Sobiecha, na Cichej mieli nadzieję, że podobne transakcje staną się codziennością i stałym zastrzykiem gotówki dla klubowego budżetu. Potem jednak nie udało się zarobić - tyle ile oczekiwano - na sprzedaży Macieja Jankowskiego i Arkadiusza Piecha. A teraz stawiam, że za darmo odejdą również Grzegorz Kuświk i Filip Starzyński.

- Znak czasów. Zmieniają się przepisy - i to bardzo - na korzyść zawodników. Spójrzmy poza Polskę. Kto robi obecnie wielkie transfery? Tylko bogaci. Średnio zamożni albo biorą zawodników wolnych, albo tych, którym szybko kończy się kontrakt. Modyfikacja przepisów zachwiała równowagą stron. Obecnie klub jest w gorszej sytuacji niż zawodnik. Prawdopodobnie już niedługo zwłoka w wypłacie pensji czy premii spowoduje, że piłkarz w każdej chwili będzie mógł rozwiązać umowę. Z punktu widzenia kogoś, kto czeka na pieniądze, jest to uczciwe, ale z drugiej strony negocjacje z piłkarzem to trudny proces. Przystając na bardzo dobre wynagrodzenie, godzimy się z tym, że czasem środków może zabraknąć. Zwłaszcza w biznesie, w którym wysokość przychodów jest tak bardzo nieprzewidywalna. Takie kluby jak Ruch muszą szukać wpływów z transferów, nie kupując zawodników, ale szkoląc młodych. Co do Kuświka i Starzyńskiego, to jeszcze nie wiadomo, czy odejdą. A jeśli tak się stanie, to przecież na ich miejsce przyjdą inni.

Ruch prezesa Dariusza Smagorowicza ma grać w przyszłości na Stadionie Śląskim. A co pan sądzi o tym pomyśle?

- Każdy, kto dobrze życzy Ruchowi, czyli chce, żeby drużyna grała w ekstraklasie i odgrywała w tych rozgrywkach znaczącą rolę, powinien być świadomy, że klub musi wyskoczyć z tych za ciasnych spodenek, w których jest obecnie. Ruch z tym stadionem, z ograniczaniem się tylko do Chorzowa, to za mały potencjał, żeby klub mógł w przyszłości zwiększyć przychody o 30, 50 czy więcej procent. Ruch musi szukać pieniędzy, ale i nowych kibiców na terenie całego regionu. Musimy pracować nad zwiększeniem frekwencji. Tak aby nasze mecze obserwowało średnio 10 tysięcy widzów, a hitowe spotkania jeszcze więcej. Tylko wtedy klub będzie zarabiał więcej, poprawiał swój wynik finansowy i inwestował w lepszych piłkarzy. Czy na Cichej uda się wejść na szerokie wody? Jest sporo przykładów wielkich klubów, które musiały przeprowadzić się na nowe stadiony. Mam wątpliwości, czy Śląski to jedyne rozwiązanie, ale na pewno trzeba zrobić wszystko, aby Ruch miał bardzo solidne, zdrowe fundamenty ekonomiczne, gospodarcze. Należy rozmawiać. Spotykać się z kibicami. Pokazać, gdzie leży problem. Zastanowić się, czy nowy stadion na Cichej - ale dwunasto, dziesięciotysięczny - nie odbierze nam szans na rozwój. To jednak nie jest jeszcze dyskusja na teraz, bo budowa nowego obiektu nawet nie ruszyła. Wkrótce jednak możemy mieć problem z uzyskaniem licencji. I co wtedy? Czasowa przeprowadzka do Gliwic już pokazała, że to może oznaczać dla klubu pikowanie w dół, zamiast wychodzenia na prostą.

Prezes Smagorowicz podkreślał kilkakrotnie, że Stadion Śląski to dla Ruchu mityczna arka.

- Piękne porównanie. Jeśli mocno dramatycznie przedstawi się sytuację, to może tak być. Wychowałem się w Chorzowie. To są moje kąty. Spaceruję po stadionie i okolicach i słyszę te same głosy, co w latach 80. i 90. To jest fajne, ale też daje do myślenia. Mamy XXI wiek, a Cicha wygląda jak w wieku XX.

Emocje nie mogą zdominować tej dyskusji, bo ostateczna decyzja musi być przemyślana, sensowna, rozsądna. Każdy z kibiców, który przeczyta ten wywiad, niech mocno się zastanowi, a później wyciąga wnioski.

Ruch od ściany do ściany

Mówi pan, że rozmawiacie w klubie o różnych scenariuszach. O spadku również?

- Spodziewałem się, że padnie takie pytanie... Taki wariant w ogóle nie wchodzi w grę. Nie będziemy więc o nim rozmawiali. Nie zakładam takiego scenariusza - proszę to wytłuścić! To oczywiście nie oznacza, że jesteśmy głupi. Że nie patrzymy w tabelę. Oczywiste jest, że nasza sytuacja jest trudna, a przed nami wiele bardzo ciężkich spotkań. Wszyscy mobilizujemy się więc i robimy, co w naszej mocy, żeby pomóc drużynie, którą nadal wszyscy chcemy oglądać w ekstraklasie. Problem w tym, że w podobnej sytuacji jest dziś przynajmniej osiem klubów. A przecież szans na utrzymanie nie można odbierać nikomu. Trzeba więc mieć pokorę, pokorę i jeszcze raz pokorę.

Ruch od siedmiu lat miota się od ściany do ściany. Po medalu mistrzostw Polski przychodzi walka o utrzymanie. Jaka jest przyczyna tak falującej formy?

- Do listopada minionego roku patrzyłem na to z boku. Wtedy nie miałem tej wiedzy, co obecnie. Nie wiedziałem do końca, co dzieje się w klubie. W tym czasie Ruch zdobył trzy medale mistrzostw Polski, dwa razy zagrał w finale Pucharu Polski. To są znakomite osiągnięcia. Czapki z głów! A po takim sukcesie - wykreowanym olbrzymim wysiłkiem - przez dobrą pracę, organizację, dobór piłkarzy i gospodarowanie pieniędzmi - po jakimś czasie trzeba zapłacić. Na przykładzie Ruchu widać, że cena za takie wyniki jest wysoka. Wierzę jednak, że jeżeli ta prawidłowość się utrzyma, to za rok znowu zagramy o europejskie puchary.

Pana powrót na Cichą budził kontrowersje. W portalu niebiescy.pl opublikowano sondę na ten temat i aż 76 procent jej uczestników było panu przeciwnych. Był też i nieprzyjemny incydent podczas meczu piłki ręcznej, gdy kibice wywiesili transparent z napisem "Bednarz raus!".

- Szanuję prawo każdej osoby do własnego zdania. Z ludźmi sportu, a z piłkarzami w szczególności, jest tak, że często ocenia się ich nie poprzez pryzmat wiedzy, doświadczeń i umiejętności, a tego, dla jakich klubów pracowali, a w szczególności grali. To trochę niepoważne, bo jednak w życiu każdego z nas przychodzi taki moment, że powinno się liczyć to, co się umie, a nie gdzie się grało. Trudno nagle być hipokrytą i pytanym o Legię odpowiedzieć "Nie. To nie miało miejsca. Tam nie grałem". Urodziłem się na Śląsku. Od 7. do 28. roku mieszkałem w Chorzowie. Tutaj chodziłem do szkoły, w Katowicach studiowałem. Czuję się hanysem. Klubem, w którym grałem najdłużej, był AKS Chorzów. To było jedyne takie miejsce w mojej karierze, gdzie miałem do czynienia z prawdziwym sportem. To było sto procent przyjemności, ale i wiele poświęceń. Potem przyszedł czas na Ruch Chorzów, w którym byłem już zawodowym piłkarzem. Spędziłem na Cichej cztery wspaniałe lata. Przyszedł jednak taki moment, że trener nie do końca widział mnie w składzie, i trzeba się było rozstać. Postawiłem na Legię i nie żałuję. Zostałem tam znakomicie przyjęty. To jednak nie zmienia faktu, że pracuję teraz dla Ruchu i wykonuję swoją pracę najlepiej, jak potrafię.



Na wynik tej sondy wpływ miał przede wszystkim fakt, że był pan skonfliktowany z kibicami Wisły Kraków.

- Na takim już świecie żyjemy, że nic nie jednoczy tak mocno jak nienawiść. Nie oczekuję, że będę kochany czy podziwiany. Zawsze podejmuję się pracy i nowych wyzwań, żeby coś zrobić. Zmienić na lepsze. Trafiłem kiedyś na swój wywiad z początków kariery. Byłem młodszy i głupszy, a jednak też powiedziałem wtedy, że nie chcę być podziwiany, a szanowany - za to jak gram. I teraz też wykonuję swoją pracę tak, żeby zasłużyć na szacunek. Niektórzy jednak pojmują świat inaczej. Ja z nimi nie wygram. Takie osoby będą mnie lżyć. W czasach, gdy grałem w piłkę, słyszałem obelgi z trybun co dwa tygodnie. Kiedyś się tym emocjonowałem. Dziś już mnie to nie rusza.

W Ruchu jestem u siebie

Stał się pan gruboskórny?

- Bardziej odporny tak, ale nie gruboskórny. Nie może być inaczej, jeżeli czyta się o sobie, na internetowych profilach, które są mi poświęcone, że jestem tym łysym chu.. i pedałem. W tym kraju tymi słowy określano już tak zacne osoby, że za przynależność do tej grupy mogę tylko podziękować. Jestem odporny na pseudokrytykę. Merytoryczne opinie cenię sobie zawsze. Z biegiem czasu nabrałem dystansu do siebie i swojej pracy. Nie uważam się za wszechwiedzącego. Łatwiej o taką postawę, gdy człowiek uświadomi sobie, że na trybunach stadionów zasiada wiele osób, które nie słyszą racjonalnych argumentów, a zawsze kierują się niewyszukanymi emocjami.

Gdy pracował pan w Wiśle, zdarzało się też, że panu grożono. W Ruchu również pana spotkały podobne przykrości?

- Nie. Od pierwszego dnia mojej pracy na Cichej mam poczucie, że jestem u siebie. Że wróciłem do domu. Kilometr od stadionu mieszkają moi rodzice. Niewiele dalej mój brat. Dlaczego miałby mi ktoś grozić?

Mówiliśmy przecież o tej solidarności kibiców. Nienawiść łączy...

- Kibole są, jacy są. Bo to są właśnie kibole. Problem w tym, że zbyt łatwo przychodzi nam mieszanie ich z kibicami. Nie ma co generalizować. Obecnie nie mam na co i na kogo narzekać.

A nie uwiera pana, że po okresie spędzonym w Legii i Wiśle, gdy walczył pan z tymi klubami o czołowe miejsce w lidze, teraz musi pan drżeć o utrzymanie?

- Dlatego to dla mnie powód do dumy i olbrzymie wyróżnienie, że prezes Smagorowicz zwrócił się o pomoc właśnie do mnie i właśnie teraz - gdy ten wielki klub jest w potrzebie.

Przed Ruchem mecz z Legią, w której nie tylko pan grał, ale i odpowiadał za politykę transferową. Który z przeprowadzonych w stolicy transferów ceni pan sobie najbardziej?

- Jana Muchy. To był wtedy drugi, a może i trzeci bramkarz Żiliny. Kosztował niewiele, bo około 15 tysięcy euro. Braliśmy więc - zdaniem większości - bramkarza, jakich wielu. Dla nas miał jednak potencjał i to się potem potwierdziło. Wypaliło! Mucha pomógł Legii wygrać wiele ważnych spotkań, a potem został z zyskiem sprzedany.

Jakiego meczu oczekuje pan w piątkowy wieczór?

- Legia to wciąż maszynka do wygrywania. Nie broni co prawda mistrzostwa Polski tak łatwo, jak się wielu spodziewało, ale tak to już na boisku bywa. My walczymy o utrzymanie, ale przecież nikt nie wie, na co nas będzie stać za kilka miesięcy, gdy ruszy kolejny sezon. To jest krótki cykl. Ten zespół, ci sami ludzie, a wyniki mogą być diametralnie inne. Do takiego rywala jak Legia zawsze trzeba podchodzić z szacunkiem, ale nie powinno się go bać. Chociaż z tym strachem też różnie bywa. Strach także może być na boisku dobrym motywatorem. Jeżeli ktoś tak długo jak Legia przewodzi ligowej stawce, to musi być mocny. Stwierdzenie, że warszawski zespół nie jest faworytem meczu na Cichej, zakrawa na brak zdrowego rozsądku. Chcemy zapunktować w meczu z Legią, a potem w kończącym pierwszą część sezonu spotkaniu z Jagiellonią Białystok. Jeżeli ktoś jednak uważa, że będzie o to łatwo, to jest w głębokim błędzie.

Ruch Chorzów, niebiescy, Jacek Bednarz, Stadion Śląski, Cicha, Dariusz Smagorowicz, Wisła Kraków, Legia Warszawa

Czy Ruch Chorzów uratuje się przed spadkiem z Ekstraklasy?
Komentarze (2)
Jacek Bednarz: Ruch Chorzów musi wyskoczyć z ciasnych spodenek [WYWIAD]
Zaloguj się
  • sylwesterruch

    Oceniono 12 razy 12

    w koncu jakis ciekawy wywiad pana redaktora Todura,pozdrawiam serdecznie

  • nienieskirek

    Oceniono 1 raz 1

    Jestem pod wrażeniem . Dawno nie miał Tudor tak merytorycznego wywiadu bez jątrzenia. Jak prowadzi wywiady z wykształconymi ludżmi to mu się troszkę inteligencji udzieli. Pozdrowienia dla noRmalnych kibiców.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX