GKS Katowice podnosi głowę. Wygrał zaległy mecz z Arką

Katowiczanie zwyciężyli i zbliżyli się do czołówki. Wygrana jest całkowicie zasłużona, choć po drugim golu nawet jego autor uśmiechnął się z przekąsem, dziwiąc się, że piłka wpadła do bramki.
Mecz siódmej kolejki na prośbę gdynian został przełożony ze względu na udział zawodników Arki w meczach młodzieżowej reprezentacji Polski. Zwłoka nic Arce nie dała. Obie drużyny grały bezpardonowo i dość agresywnie, ale więcej wychodziło GKS-owi.

Obaj bramkarze demonstrowali niezłą formę, większe brawa dla Łukasza Budziłka. W 27. minucie

pokazał umiejętności, kiedy pomocnik Arki Radosław Pruchnik świetnie na krótki słupek dośrodkował z rzutu rożnego. Tam katowickich obrońców uprzedził... obrońca Dawid Kubowicz, lecz jego strzał głową efektownie obronił Budziłek. To była najlepsza okazja Arki w pierwszej połowie.

Dobrą okazję w tej części spotkania mieli też gospodarze, ale po uderzeniu Michała Zielińskiego piłka po rykoszecie minęła bramkę Arki.

Budziłek nie ograniczał się tylko do interwencji bramkarskich. W pierwszej połowie wprawił publiczność w zdumienie, kiedy zaczął kiwać się we własnym polu karnym. Trener Kazimierz Moskal pewnie blisko palpitacji serca, kiedy golkiper gospodarzy ośmieszył rywala najpierw jednym zwodem, a potem drugim. Zaraz potem Budziłek pokazał, że jest jednak bramkarzem, a nie dryblerem - w ładnym stylu obronił groźny strzał Aleksandra.

Druga połowa już dla Katowic. Wprawdzie Michał Szromnik cudownie obronił jeszcze strzał głową Mateusza Kamińskiego z najbliższej odległości, ale potem nie miał już nic co powiedzenia. W 61. minucie Przemysław Pitry świetnym technicznym uderzeniem w sytuacji sam na sam zdobył pierwszą bramkę. Gdynian dobił w końcówce meczu Tomasz Chwalibogowski, choć zarówno podanie, jak i sam strzał nie były precyzyjne. Chwalibowski uśmiechnął się, jakby nie mógł uwierzyć, że to wpadło.