Dyrektor GieKSy Janusz Bodzioch: Korupcja? Przyznałem się, bo chciałem zakończyć sprawę

Janusz Bodzioch, nowy dyrektor sportowy GKS-u Katowice, uchodzi za świetnego specjalistę w wyszukiwaniu piłkarskich talentów. Dlaczego zatem jego nominacja na to stanowisko może budzić mieszane uczucia?
Śledź autora na Twitterze - @maciekblaut >>

W 2005 r. Bodzioch, wówczas menedżer Piasta Gliwice, został zatrzymany, a prokuratora postawiła mu zarzuty udziału w aferze korupcyjnej w polskiej piłce. Długo w jego sprawie nie zapadał żaden wyrok. Dwa lata temu Bodzioch dobrowolnie poddał się karze i został skazany. O tej sprawie nigdy dotąd nie mówił. Postanowiliśmy go więc o to zapytać.

Maciej Blaut: Brał pan udział w korupcji w polskim futbolu?

Janusz Bodzioch: Trudne pytanie... Sprawa była, dokumenty na to są, ale dla mnie tematu już nie ma. Przyjąłem to na siebie. Nie chcę rozwijać tematu, choć może kiedyś przyjdzie na to czas. Gdy będę już na emeryturze.

Dobrowolne poddanie się karze można rozumieć jak przyznanie się do winy.

- Od momentu oskarżenia sprawa ciągnęła się siedem lat. Przyznałem się, bo chciałem ją zakończyć. Kiedyś nazwałem się kozłem ofiarnym tego, co działo się w Gliwicach. Nie mam wpływu na to, jak jestem postrzegany. Ja czuję się normalnie w środowisku. Współpracuję bez problemu z ludźmi ze świata piłki. Nigdy nie spotkałem się z ostracyzmem. Może by tak było, gdyby podobna historia dotyczyła trzech-czterech osób, ale w Polsce to była lawina.

PZPN nigdy nie zajął się pana sprawą?

- Pracowałem wiele lat dla Piasta Gliwice i nigdy nikt mi niczego nie zakazywał.

Objęcie funkcji dyrektora GieKSy to spora odpowiedzialność.

- Wiele się w mojej pracy nie zmieniło. Robię to, co wcześniej robiłem jako skaut. Wiem, że teraz brzmi to poważniej. W GKS-ie oczekuje się spektakularnych transferów. To jednak nie jest tak, że odpowiedzialność za nie spada tylko na mnie. Tam gdzie pracowałem, zawsze był to efekt konsultacji mojej, trenera i władz klubu. Nie jestem szefem trenera, ale jego kolegą z pracy. Na pewno niczego nie będę mu narzucał. Tak jest właśnie w przypadku transferów, których obecnie dokonuje GKS.

Jak ma wyglądać pion sportowy GKS-u?

- Za młodzież odpowiada fundacja Młoda GieKSa. Budowa siatki skautingu to już koszty. Na razie mocno pomaga nam Henryk Górnik, który ogląda zawodników w niższych ligach i robi to bardzo dobrze. Sam zgłosił się też do nas młody chłopak, który penetruje dla nas rynek małopolski. Ja też oglądam pięć-sześć spotkań w każdy weekend. Kiedyś udało mi się odkryć Kamila Glika, Kamila Wilczka, Grzegorza Kasprzika czy Mateusza Matrasa. To wielka radość, gdy widzę, ile oni osiągają.

Menedżerowie też pewnie podrzucają wam zawodników.

- Odbieram od nich wiele telefonów. Znamy się dobrze, więc kitu mi nie wciskają, choć absurdalne propozycje też się zdarzają. Uwielbiam ich stwierdzenia, że mają zawodnika "szerokiego w barach", o "charakterystyce F16", albo "lodołamacza".

W GKS-ie budujecie drużynę na awans?

- Kiedyś miałem w zespole piłkarzy z nazwiskami i to się nie sprawdziło. Pierwsza liga to miejsce, gdzie trzeba przede wszystkim walczyć, bo umiejętności zawodników są zbliżone. W tej lidze można wiele osiągnąć nawet solidnymi rzemieślnikami.

Kto jeszcze może wzmocnić GKS?

- Wstępnie rozmawialiśmy już Energetykiem ROW Rybnik o bramkarzu Antoninie Bucku. Jak wszyscy w Polsce szukamy też napastnika. Ciężko o takiego, który by zagwarantował kilkanaście bramek. Przypominam, że okienko dopiero się otworzy, a najwięcej dzieje się po 15 sierpnia. W kadrze zostawiamy jeszcze jedno miejsce dla ofensywnego gracza. Poza tym zawsze może dojść do transferów w drugą stronę.

Był pan blisko dwóch awansów Piasta do ekstraklasy. Można porównać sytuację w gliwickim klubie z ty m, co teraz dzieje się w GKS-ie?

- Każdy klub ma swoją specyfikę. Pewnie, że część doświadczeń można przenieść, ale niczego nie da się skopiować. Kiedyś GKS zrobił zaciąg z Ruchu Radzionków i to nie wyszło. Podobnie było z zaciągiem z Floty Świnoujście w Arce Gdynia.

A dlaczego odszedł pan z Gliwic?

- Jak by to ładnie ująć... Nie pasowałem do ówczesnego sztabu szkoleniowego. Ja klub traktuję jak dom, a jak ktoś patrzy tylko na zera na koncie i zegarek, to wiele się nie zrobi. Można "jechać na kicie", ale to się kiedyś kończy. Nasze drogi się więc rozeszły. Teraz w Piaście pracują nowi ludzie, z którymi mam bardzo dobry kontakt. Ten klub wygląda już inaczej, ale z powrotem się tam nie wybieram. Teraz moim marzeniem jest awans z GKS-em do ekstraklasy. Chcę udowodnić, że mogę powtórzyć w Katowicach to, co udało się w Gliwicach.

Jak sprawę komentuje prezes GKS-u Katowice?



Janusz Bodzioch jako dyrektor sportowy to: