Sport.pl

Z ringu do gabinetu. Czy pięściarz uzdrowi GKS Katowice? [WYWIAD]

- Boks to taka sfera życia jak każda inna: zdarzają się bardziej i mniej bystrzy ludzie. Znam kilku inteligentnych pięściarzy, więc nie da się wrzucić wszystkich do jednego worka - mówi Grzegorz Proksa, zawodowy bokser, a od niedawna dyrektor sportowy GKS-u Katowice.
Kiedy GKS Katowice awansuje do ekstraklasy? Podyskutuj na Facebooku >>

Klub z Katowic od lat osiąga przeciętne wyniki sportowe. Upragniony awans do ekstraklasy pozostaje tylko w sferze marzeń. Niektórzy upatrywali przyczyn takiego stanu rzeczy w braku dyrektora sportowego, który najpierw zbudowałby odpowiedni zespół, a potem pilnowałby w nim porządku. W GKS-ie postanowiono więc takiego zatrudnić. Piłkarska Polska była w szoku, gdy okazało się, że wybór padł na... pięściarza Grzegorza Proksę.

Maciej Blaut: Czuje się pan kompetentny do pracy w roli dyrektora GKS-u?

Grzegorz Proksa: Od początku roku, gdy pojawiła się propozycja, miałem trochę czasu, aby przyswoić sobie wiedzę na ten temat. W boksie sam dochodziłem do wszystkiego. Wiem, jak powinna wyglądać kariera zawodowego sportowca. To wiedza, którą będę mógł "sprzedać" piłkarzom. Kontakty i znajomości w świecie piłki? To nie w moim stylu, abym miał się chwalić, kogo znam. Zdaję sobie sprawę z tego, że na pewno trzeba też będzie zawrzeć nowe znajomości. I to się dzieje! Spotykam się z nowymi ludźmi. Mój telefon się urywa, bez przerwy ktoś dzwoni. Zaczęły się sypać maile...

Faktem jest, że pańska nominacja wywołała sporo skrajnych komentarzy.

- Z pewnością to coś nowego dla mnie i innego niż do tej pory robiłem, ale nie na tyle odległego, abym się nie mógł w tym odnaleźć. Cały czas mówimy przecież o sporcie, a ja piłką nożną pasjonowałem się od dzieciństwa. Zostało mi powierzone pewne zadanie, a opinie na temat tego, jak sobie radzę, będzie można wygłaszać za jakiś czas.

Pewnie zadziałał stereotyp boksera jako kogoś, kto potrafi tylko się bić.

- Boks to taka sfera życia jak każda inna: zdarzają się bardziej i mniej bystrzy ludzie. Znam kilku inteligentnych pięściarzy, więc nie da się wrzucić wszystkich do jednego worka. Na pewno nie zgodzę się z opinią, że pięściarze mają szczególny problem z intelektem.

Nie każdy bokser - jak pan - zasiada jednak w radzie nadzorczej banku.

- Kilkanaście lat temu złapałem kontuzję i wtedy zacząłem rozmyślać o tym, co będę robił, gdy przestanę boksować. Zawsze interesowałem się ekonomią. To był czas, gdy sięgnąłem po wiele książek na temat bankowości. Prezes Banku Spółdzielczego w Węgierskiej Górce, gdzie mieszkam, zaproponował mi, aby został jego udziałowcem. Dość niespodziewanie dla mnie - głosami akcjonariuszy - zostałem wybrany do rady nadzorczej banku. Przed rokiem swój wybór zresztą ponowili. To chyba znak, że nie ma niepokojących sygnałów co do mojej pracy. Uważam, że bank - jak na te trudne czasy - ma imponujące wyniki.

Jak zmienił się pana dzień pracy?

- Dotąd wszystko kręciło się głównie wokół rodziny i było bardzo zorganizowane. Rano pobudka, zajęcie się dziećmi, zawiezienie ich do szkoły, pomoc żonie w prowadzeniu domu, odebranie dzieci... Teraz wszystko jest odwrócone do góry nogami. Budzić trzeba się wcześniej, bo muszę dojechać na godz. 8 do Katowic. Wracam często około godz. 20. Moja praca to głównie obserwacje treningów, rozmowy z zawodnikami. W klubie dostałem swój gabinet. Do jego wyglądu wielkiej wagi nie przywiązuję, ale obok swój gabinet ma Jan Furtok [najlepszy piłkarz w historii GKS-u, jest obecnie prezesem akademii Młoda GieKSa - przyp. red.]. Nigdy wcześniej bym nawet o tym nie marzył. To dla mnie wielki zaszczyt i wyróżnienie. To legenda, więc cieszę się, że możemy się teraz spotykać, porozmawiać i od czasu do czasu razem wypić kawę.

W nowej pracy coś pana zaskoczyło?

- Jej intensywność. Nie wiedziałem, że spadnie na mnie aż tyle obowiązków. Nawet jak wracam wieczorem do domu, to zdarza się, że jeszcze otwieram laptopa. Jeśli jest się fanatykiem klubu i chce się dla niego jak najlepiej, to aż tak mocno to nie przeszkadza.

Skąd się wzięła pana sympatia do GieKSy?

- Mój starszy brat był zafascynowany GKS-em, a ja z kolei byłem wpatrzony w niego. Pochodzę z Mysłowic, a w mojej dzielnicy mieszkali kibice GieKSy, ale też Górnika Zabrze i Ruchu Chorzów. Fajną paczkę tworzyliśmy, godzinami graliśmy w piłkę. Czasem dochodziło jednak do sporów i wtedy odzywały się klubowe animozje. Zdarzało się, że się nawet biliśmy.

Wśród bokserów są kibice piłkarscy?

- Artur Szpilka i Andrzej Wawrzyk są fanami Wisły Kraków, Dariusz Michalczewski kibicuje Lechii Gdańsk. Moi przyjaciele ze świata boksu doskonale wiedzieli, komu ja kibicuję. Gdy tylko w naszych rozmowach pojawiał się temat piłki nożnej, to zawsze intonowałem przyśpiewki o GKS-ie. Mój trener Fiodor Łapin nieraz po słabszym meczu GKS-u potrafił mi ostro dopiec. Dziwnym trafem, gdy drużyna zdobywała trzy punkty, to nigdy tego nie komentował.

Jako zawodowy bokser bywał pan na meczach GKS-u?

- Przez dłuższy czas mieszkałem w Budapeszcie i było o to ciężko. Tam chodziłem na mecze Ferencvarosu, żeby przypomnieć sobie atmosferę z "blaszoka". Gdy trenowałem już w Warszawie, to często tak planowałem powrót do domu na weekend, aby po drodze wpaść jeszcze na mecz do Katowic. Czasem trzeba było nawet trochę oszukać żonę.

Słyszałem teorię, że GKS nie wygrywa, bo w klubie było zbyt miło. Za pana sprawą ma się to zmienić.

- Też o tym słyszałem, ale wcale nie potwierdzam tego. Nie wiem, czy piłkarzom towarzyszyła radość, czy smutek z mojego pojawienia się w klubie. Z tego, co zaobserwowałem, każdy z nich stara się podchodzić bardzo profesjonalnie do swoich obowiązków. Oni wiedzą doskonale, że gra w GKS-ie wiąże się z nieustanną presją i że miejsce tego klubu nie jest w środku tabeli pierwszej ligi. Uważam, że kwestia zaangażowania zawodników jest niepodważalna. Chciałbym tylko, aby to przełożyło się na wyniki. Pewnie, że zauważyłem już pewne niedociągnięcia. Będziemy pracować nad ich wyeliminowaniem.

Pana sportowe marzenia są teraz związane bardziej z GKS-em czy z boksem?

- Zdecydowanie z GKS-em. Marzy mi się szybki awans do ekstraklasy. Chciałbym, aby miasto pomogło też wybudować stadion, który dla wszystkich byłby zadowalający. Boks to była dla mnie ogromna pasja, ale nigdy nie patrzyłem na niego jako na sposób zarabiania pieniędzy, czy zdobycia sławy. Chodziło o chęć rywalizacji jeden na jednego. Propozycje walk cały czas się pojawiają, a niektóre warunki finansowe są takie, że nigdy takich wcześniej nie dostawałem. Cały czas trenuję, trzymam dietę... O, proszę: na biurku mam nawet witaminy. W tym roku skupiam się jednak tylko na GKS-ie, bo nie chcę dzielić swojej uwagi. Może na początku nie wszystko będzie mi wychodzić, ale jeśli uda się to w dłuższym okresie, to poczuję się spełniony.

Kim jest Grzegorz Proksa?

Ma 30 lat, pochodzi z Mysłowic. Sukcesy sportowe odnosił już jako amator w barwach Victorii Jaworzno. Wywalczył tytuł młodzieżowego wicemistrza Europy i mistrza Polski seniorów. Był wielką nadzieją na medal olimpijski w Pekinie, ale w 2004 r. przeszedł na zawodowstwo. W 2011 r. w fenomenalnym stylu pokonał Niemca Sebastiana Sylvestra i zdobył tytuł zawodowego mistrza Europy. Rok później walczył o mistrzostwo świata z Kazachem Giennadijem Gołowkinem, ale przegrał. Jego bilans na zawodowych ringach to 29 wygranych (w tym 21 przed czasem) i 4 porażki. Niedawno objął stanowisko dyrektora sportowego GKS-u Katowice.

ŚLĄSK.SPORT.PL na Twitterze. Obserwuj już teraz >>

Więcej o: