Sport.pl

Londyn 2012. Srebro Sylwii Bogackiej. A kto jeszcze pamięta niesamowitego strzelca z Kazimierówki?

Cieszymy się z medalu Sylwii Bogackiej, która wywalczyła srebro w konkurencji karabinu pneumatycznego. To dobra okazja, żeby przypomnieć zdecydowanie bardziej utytułowanego strzelca, który pochodzi z naszego regionu. To Józef Zapędzki - dwukrotny mistrz olimpijski z Kazimierówki, malutkiej wioski w gminie Łazy.
Podyskutuj o sporcie nie tylko w naszym regionie na Facebooku Śląsk - Sport.pl »


Wyprostowana sylwetka, szary sweter, czapka z długim przeciwsłonecznym daszkiem - tak zapamiętali go kibice. Dziś jest lekko przygarbiony, nosi wąsik i okulary. Przed laty zadziwiał świat celnym okiem. Teraz też trafia w punkt - tyle, że słowami. Kiedy zaczyna opowiadać, można go słuchać z otwartymi ustami. Mimo że jest najsłynniejszym sportowcem Zagłębia, mało kto wie, że w ogóle pochodzi z naszego regionu! Kto słyszał o wiosce Kazimierówka? A właśnie tam, w drewnianym domku pod lasem, niecałe dwa kilometry od Łaz mieszka Józef Zapędzki. Zaszył się tam z wyboru. Wcale nie musiał, bo ma też mieszkanie w bloku we Wrocławiu. Wiedzie żywot domatora i samotnika. Wcale nie jest jednak kolejnym nieprzystosowanym do życia po zakończeniu kariery sportowcem, rozpamiętującym dawne sukcesy.

Gdy skończył ze strzelaniem, imał się różnych zajęć był: taksówkarzem, nauczycielem wf, uczył strzelania bogatych Niemców i Austriaków. Dziś odpoczywa. Lubi oglądać sport. W domu ma antenę satelitarną - jak dumnie podkreśla - "na dwa konwertery". Mówi, że cieszy się życiem. Zgodził się nam opowiedzieć o swoim życiu.

Mordobicie na rampie

Urodził się w Kazimierówce. Jak sam twierdzi przez przypadek. - Mój ojciec był kolejarzem, pracował, gdzie mu kazano. Przed wojną trafił do Łaz. Ponieważ nie miał mieszkania, wynajął pokój od kolegi, który mieszkał w Kazimierówce. W 1938 roku wybudował tutaj dom, w którym dziś mieszkam - opowiada Zapędzki.

Dzieciństwo przeżył w czasach wojennej zawieruchy. Bez ojca, którego Niemcy wywieźli do Dachau. Już nie wrócił, zginął dwa dni przed wyzwoleniem obozu. Gdy Józek miał 14 lat, Niemcy zabrali go na przymusowe roboty do Zawiercia. Był rok 1943. Młody Zapędzki pracował przy rozładunku na kolejowej rampie. - To była bardzo ciężka praca. Harowałem dwanaście godzin dziennie. Często było mordobicie, a wieczorem jeszcze dodatkowe cztery godzinki harówki.

Kiedy wojna się skończyła, miał 16 lat, trzy klasy szkoły powszechnej i "brak pomysłu na życie". - Przez trzy lata pracowałem w parowozowni w Łazach, a wieczorami jeździłem do szkoły do Zawiercia. W 1949 roku zdecydowałem się na krok, który odmienił całe moje życie. Na ochotnika wstąpiłem do Szkoły Oficerskiej im. Tadeusza Kościuszki we Wrocławiu - opowiada.

Wtedy po raz pierwszy dostał karabin do rąk. Wtedy nawet nie myślał, że przejdzie z nim całe życie. Oddał ponad pół miliona strzałów, z czego większość w dziesiątki. Przez dziesięć lat był zwykłym wojskowym, strzelał nie więcej niż inni żołnierze. O tym, że trafił do sportu, zaważył przypadek.

- Po skończeniu szkoły przez dziesięć lat służyłem w pułku w Gubinie. I tam bawił się człowiek w to strzelanie, ale to była masówka. Raz do roku brało się karabinek kbks, nieśmiertelną "tetetkę", amunicję polską parafinowaną i jechało się na zawody do Wrocławia - mówi Zapędzki.

Ktoś, kto znał go w tamtych czasach, nigdy nie pomyślałby, że Zapędzki będzie dwukrotnym mistrzem olimpijskim. - Nieudany związek małżeński, wódka, papierosy. Jako młody chłopak nieszczęśliwie wpadłem nie na tę kobietę, co trzeba i to mnie zaprowadziło do knajpy. Wypijałem troszkę alkoholu, a może i dużo nawet... Paliłem 60 papierosów dziennie. Ale dzięki sportowi w ciągu jednego dnia stałem się absolutnym abstynentem - wspomina.

To wielki kozak musi być

Początek drogi po olimpijskie złoto zaczął się jednak właśnie w knajpie Malutka w Gubinie, przy butelce wódki. - Po pracy człowiek poszedł na małe piwko i nie tylko. Siedzimy sobie, gadamy, kiedy nagle w środku nocy do lokalu wchodzi kolega. Dobrze mnie znał, wiedział, że potrafię strzelać. I mówi tak: - Jutro rano jadę na zawody Ligi Przyjaciół Żołnierza do Zielonej Góry. Brakuje mi zawodników. Nie pojechałbyś z nami? Zapędzki zgodził się. - Rano razem z całym żelastwem siedziałem już w pociągu.

Los chciał, że na zawodach Zapędzki spotkał dwóch najlepszych zawodników z tamtego okresu - słynnych braci Józefa i Ryszarda Sadurskich. W konkurencji PW1 (pistolet wojskowy pierwsza konkurencja) Zapędzki rozdzielił na podium braci. Wcześniej nikomu się ta sztuka nigdy nie udała. - Słyszałem, jak ludzie pytali: "Co to za jeden ten kapitan z Gubina? Braci Sadurskich rozdzielił?! To wielki kozak musi być!".

Po zawodach postanowiłem odpocząć. Leżałem sobie na trawce i czytałem "Tygrysa", a Sadurscy siedzieli obok na ławce. Oni nie wiedzieli, że ja to ja. Słyszę, że pada nazwisko Zapędzki, więc ucha nastawiłem.

- Jakby z nim porozmawiać? - pada pytanie. Odpowiedź: - Porozmawiać zawsze można, ale ty na niego nie licz. On pali bardzo dużo papierosów, a oprócz tego i do kielicha zagląda...

I skończyłoby się pewnie na słowach, gdyby nie trener Jan Pietrzak, który rozmawiał wtedy z Sadurskimi. - A ja z nim pogadam. Może przyjąłby naszą propozycję regularnych treningów i zerwał z nałogiem?

- Bardzo mi się spodobało, że w trenerze Pietrzaku była ufność w nieznanego mu człowieka. To, że on we mnie uwierzył, było najważniejsze. Usiedliśmy przy obiedzie w barze nad jeziorkiem. Po chwili pyta: "Czy mogę coś panu zaproponować?". Nic się nie odezwałem, ale dokładnie przecież wiedziałem, co chce mi powiedzieć. On proponuje treningi, choć podkreśla, że piję, że palę. Odpowiedziałem, że jeżeli będzie trzeba, to przestanę. I na tym stanęło. W trakcie rozmowy do stolika podeszła kelnerka. Zapędzki zamówił kolację i "pół litra do tego". - Przecież pan powiedział, że już nie będzie pił - zdenerwował się Pietrzak.

- Pijemy teraz ostatnią wódkę i od jutra nie piję wcale. Słowo harcerza - odpowiedział Zapędzki. No i wypili po kielichu. Od tego momentu Zapędzki nie zapalił ani jednego papierosa, nie wypił ani grama wódki. - Czasem wypiję tylko lampkę wina i to wszystko - mówi.

Godziny analiz

Kiedy zaczął regularne treningi, miał 28 lat. Niektórzy uważali, że jest zbyt stary na sukcesy w strzelectwie. On się tym nie przejmował. Marzenia zaczęły się spełniać. W 1960 roku - już po igrzyskach w Rzymie - pierwszy raz został mistrzem Polski. Zaczął więc marzyć o większych sukcesach. Na swoje pierwsze igrzyska do Tokio pojechał, kiedy miał już 35 lat. Zajął 15. miejsce i po powrocie usłyszał od jednego z pułkowników, że człowiek w jego wieku kariery już nie zrobi.

Zapędzki zrobił, ale droga do sukcesów była trudna. W latach 60. brakowało trenerów, za szkolenie zawodników odpowiadali ludzie, którzy sami nie potrafili zrobić kariery. Nie było fachowej literatury, liczył się talent. Zapędzki go miał. - Może nie tyle talent, co przeczucie, że to, co robię, robię dobrze. Do strzelania trzeba podejść jak do nauki ścisłej. Trening to była tylko znikoma część mojej pracy. W domu po zajęciach zawsze czekała mnie analiza, długie godziny spędzone nad papierem milimetrowym. Czemu tu była dziewiątka? Czemu tu zniosło na lewo, a tu na prawo? To była droga do sukcesów - podkreśla Zapędzki.

Wąchanie medali

Na sukcesy nie musiał długo czekać. Ciężka praca na treningach przyniosła mu złoty medal olimpijski na igrzyskach w Meksyku w 1968 roku. - Na strzelnicy było wtedy bardzo hałaśliwie. Ludzie bili brawo, gwizdali. Przekonałem się o tym rok wcześniej podczas rekonesansu olimpijskiego. Żeby się do tego przyzwyczaić, przynosiłem sobie na stanowisko radio i włączałem je na cały regulator. Szybko się przyzwyczaiłem - uśmiecha się na wspomnienie niecodziennych metod treningowych.

Cztery lata później obronił tytuł w Monachium. Zanim wystartował w zawodach, złoty medal w konkurencji zdobył jego kolega Szwed Ragnar Skanaker. Zapędzki poprosił go, żeby na szczęście dał mu... powąchać złoty krążek. Wróżba się powiodła. Kiedy więc medal zawisł na szyi Zapędzkiego, w jego pokoju pojawili się... piłkarze Grzegorz Lato i Lesław Ćmikiewicz. Liczyli, że wąchanie złota pomoże także im. Potem na zwołanej przez Kazimierza Górskiego zbiórce medal wąchali wszyscy piłkarze. Pomogło - Polska wygrała w finale 2:1 z reprezentacją Węgier.

W Montrealu Zapędzki nie zdobył kolejnego medalu tylko przez głupotę działaczy. - Igrzyska w Kanadzie to taka przykra sprawa. Przed olimpiadą strzelałem amunicją firmy Nobel Dynamit z RFN. Była doskonałej jakości. Raz na jakiś czas jeździłem do Niemiec i dobierałem sobie najlepsze pociski.

Miały ściśle określoną ilość prochu w łusce, a co się z tym wiąże charakterystyczną siłę wybuchu i podrzut broni po wystrzale. Niemcy nie mogli uwierzyć, że miałem takie czucie w ręce, że bez aparatury pomiarowej potrafiłem bez pudła określić, jakim rodzajem amunicji strzelałem. Niestety: przed Montrealem jeden działacz - a działacze zawsze są najmądrzejsi i najwspanialsi - zadecydował, że będę strzelał inną amunicją, taką, która była najtańsza - opowiada rozżalony Zapędzki. Okazało się, że nie w każdym naboju była taka sama ilość prochu. Efekt? Na olimpijskich zawodach po jednym ze strzałów pocisk w ogóle nie doleciał do tarczy. Gdyby nie to, Zapędzki miałby co najmniej srebrny medal.

Pożegnanie z bronią

Sukcesy i medale go nie zmieniły. - Znam ich wartość. Wiem, że ciężko je było zdobyć, ale ich nie przeceniam - mówi. Ostatnio Zapędzki poddał się zabiegowi usunięcia narośli z krtani. Miesiąc temu mówił: "Nie wiem, czy będę się mógł jeszcze z panem spotkać, może to coś poważnego". Dziś jest już spokojny o zdrowie. Mówi cicho, żeby nie nadwyrężać chorego gardła.

- Praca pani laryngolog, która mnie operowała, jest dużo ważniejsza niż wszystkie moje medale. Bardzo ją szanuję, ona niesie ludziom ulgę w cierpieniu. Natomiast moje medale to jest taka mała dekoracja, taki skwarek do zupy. Nic poza tym. Wiem, że ludzie się cieszą, że biało-czerwona flaga idzie w górę, że grają hymn. Ale to tylko wartość towarzysko-propagandowa - uważa Zapędzki.

Pytany przed laty, co w swoim życiu ceni najbardziej, zazwyczaj odpowiedział, że... wygodne buty. O minusach nie chciał mówić wcale. W klubie WKS Śląsk, gdzie spędził całą karierę, głos wojskowego w słuchawce telefonu mówi: - Nikt tu nie widział Zapędzkiego od lat. Nie wiemy, co się z nim dzieje. - Jest taka książka - "Pożegnanie z bronią" Hemingwaya. U mnie też nastąpiło pożegnanie z bronią. Pewnego dnia jeden z panów generałów, prezes klubu, zawołał mnie do gabinetu i mówi: "Wyrzucam was, nie jesteście już potrzebni". Takie było moje pożegnanie z prawdziwą sportową karierą - opowiada. To był rok 1977.

Po dwóch latach przerwy Zapędzki postanowił jeszcze raz spróbować. Działacze PKOl namówili go, żeby wystartował na olimpiadzie w Moskwie. - Starałem się, pracowałem bardzo mocno. Wyniki miałem wręcz rewelacyjne, ale na olimpiadzie niestety się nie potwierdziły. Dwuletnia przerwa wytrąca człowieka z rytmu. Jadąc na igrzyska, czułem respekt dla innych zawodników, a powinno być na odwrót - podkreśla.

Chcieli płacić - proszę bardzo

Po skończeniu kariery nie miał problemów z przystosowaniem się do normalnego życia. Uznał, że jest za młody, żeby żyć z wojskowej emerytury. Został nauczycielem wychowania fizycznego. Nie na długo. - Raz przyszedł do mnie znajomy i mówi: "Masz samochód? Masz. Ty wiesz, ilu magistrów siedzi za kółkiem? Na taryfie dobrze się zarabia dobrze, spróbuj". Zdecydowałem się. Fajnie było. Jaka fajna praca - myślałem - bardzo wesolutka. Dobrze mi się z ludźmi rozmawiało, zarabiało się duże pieniądze, istny raj. Potem był rok 1981 - stan wojenny, strajki, zawieruchy, gaziki policyjne się paliły... Szalone czasy. Taksówką jeździłem cztery lata i uznałem, że wystarczy - opowiada. Później Zapędzki przez kilkanaście lat jeździł po Europie. Na zaproszenie dawnych znajomych odwiedzał Niemcy, Austrię, Szwajcarię. Jeździł po klubach strzeleckich i dzielił się swoimi doświadczeniami. - Bogaci ludzie bawili się w strzelanie. Chcieli płacić - proszę bardzo.

Eisenhower mi przeszkadza

Od pewnego czasu Zapędzki znowu mieszka w Kazimierówce. - Człowieka ciągnie do miejsca, gdzie wyrastał. Łazy to miasteczko niewielkie, ale bardzo miłe. We Wrocławiu mam mieszkanie na szóstym piętrze. Patrzę przez okno i co widzę? Ulica - asfalt, kurz, smród... A tu jest pięknie - czysto, cicho. Po tylu wycieczkach po całym świecie, stresach związanych z zawodami człowiek szuka spokoju. Teraz koło domu mam łąkę zaraz obok las. Czego więcej potrzeba na stare lata? - uśmiecha się Zapędzki. - Żyję sobie jak samotnik, domator. Patrzę na medale, w telewizji dużo oglądam sportu. Mam telewizję satelitarną, talerz na dwa konwertery, bawię się tym. Czasem ktoś mnie odwiedzi, to sobie powspominamy stare czasy. Muszę się wtedy dobrze wysilać, bo pamięć już nie ta. Ten tak zwany Eisenhower mi już przeszkadza. Co? Inaczej się ta choroba nazywa? Proszę mi wybaczyć, mnie wszystko kojarzy się z wojskiem - kończy Zapędzki.

[tekst ukazał się Gazecie Wyborczej w kwietniu 2001 roku]

Więcej o:
Kto ma rację w wymianie zadań między Włoszczowską i Szurkowskim?
Włoszczowska
Szurkowski
Ile medali zdobędzie Polska?
Londyn 2012 czy Euro 2012?
igrzyska
piłka